Wypad na miasto z mobilnym roczniakiem.

Wypad na miasto z mobilnym roczniakiem.

Krystyna zaopatrzona w zimowe wszystko. Dosłownie czekam na śnieg, Armagedon pogodowy i inne zjawiska towarzyszące. Wstając dzisiaj rano, powłócząc nogami do kuchni po gorąca kawę zatrzymałam się na chwilę przed wielkim, utytłanym po ostatnich deszczach oknem i próbując przebić się przez gołębią toaletę (ufajdane wszystko od A do Z, uratować może nas jedynie szpachlowanie) odczytałam wynik: -1 stopnia. Dramat. Zarówno stanu parapetu jak i odczuwalnej temperatury powietrza. Na samą myśl o planowanym dniu powrotu do życia towarzyskiego i wyściubieniu nosa za drzwi zatelepał mną dreszcz. Minus jeden pomyślałam, trochę zimno. Ale nam to zimno nie groźne.

Jako matka wyznająca zasadę, że z dzieckiem można robić dosłownie wszystko opatuliłam Smroda w wyposażenie syberyjskich oddziałów piechoty niemalże, nagotowałam wody na ciepły sok z malin produkcji dziadkowej, wymalowałam usteczka (swoje rzecz jasna), zaczesałam grzywę i pognałam w świat szeroki z dzieckiem na kawę i do ludzi. Przecież nie będę więźniem trzeciego piętra metalowego wieżowca i niesprzyjającej, środkowoeuropejskiej aury. Już wsiadając do autobusu zaczęłam znany mi jesienno-zimowy rytuał focha Krystyny. Ja się dziecku nie dziwię. Na dworze minus jeden, w autobusie Acapulco panie, ludzie porozpinani, włosy zaczynają mi się kręcić, szyby zaparowane, piekarnik. Cuchnie. Pot. Krystyna ewidentnie nie lubi jak śmierdzi, zaczyna się miotać, pasy przygryzać, wrzeszczeć. Kto by chciał trzymać nos na wysokości tyłka jakiegoś pana. Nikt, a dziecko musi biedne. Przecież w autobusie tłok jak na występie Tiny Turner w ’96. Ruszyć się nie ma gdzie, wózek jak raz zaparkował tak stoi do końca. Tak na marginesie mama mi opowiadała, jak na wspomnianym koncercie facet zamknął się na szybkie siku w Toi Toi i nie wyszedł już z niego do całkowitego opuszczenia stadionu przez milionową publiczność. Jak ludzie zaczęli napierać na te plastikowe sralnie to się modlił żeby go nie wywalili, o wyjściu nawet nie marzył. Ale o czym ja tu pisałam, Ryśka autobusów nie trawi, koniec, kropka, amen.

Kiedy po ciężkich bojach dotarłam na piękną lubelską starówkę myślami siorbałam już ciepłe latte macchiato. Na horyzoncie pojawiła się zacna kawiarnia, na plakacie wielka kawa z pianą, w środku żarzyły się delikatne lampki. Bingo – tu się dzisiaj odchamię i poprzypominam sobie jak to jest posiedzieć w mieście. Mina za milion dolarów opadła w kilka sekund. Tak oto delikatny wypad na latte macchiato skończyłam na walce z (chyba) mosiężnymi wrotami do lokalu w ilości: 2, z których jedne otwierały się do środka i drugie też. Otwieram jedne, których nie mam jak za sobą zamknąć bo obecność wózka na niespełna metrze kwadratowym wiatrołapu wyklucza tę kwestię. Więc zawisam na wózku na bezdechu, koniuszkami palców drapię w klamkę następnych bram, wyślizguje mi się ta zasrana klamka, z okien wystają wytrzeszczone oczy przyklejonych do szyb ludzi „ta co! patrzcie jak się męczy.”, nikt nie raczy pomóc, kółka zahaczają o to mosiężne gówno, zaczynam się szarpać, lecą kurwy ogniste. To by było na tyle z uduchowionej wycieczki, ale skoro już udało mi się wejść, pokonać drzwi i trzy nie wiem po jaką cholerę istniejące stopnie (tak wtargałam wózek po schodach sama) to już noga moja nie opuści lokalu bez wcześniejszego spożycia kofeiny. Rozpakowuję dziecko. Jeden ekspres, drugi ekspres, czapka, szalik, rękawiczki, Młoda się uśmiecha póki co. Wiem, że w drugą stronę nie będzie tak miło. Staram się o tym nie myśleć, przede mną jeszcze te miłe chwile, spienione mleczko i te sprawy. Rozebrana Krystyna zaczyna mi uciekać po kawiarni. Ludzie się do niej uśmiechają, „och jaka słodka”. Zaczynam się modlić żeby przystanęła bo stygnie mi kawa. Oczywiście krzesełka do karmienia nie ma a wzrok Pani tak bardzo zdziwiony, jakbym zapytała o podgrzewacz do mleka w nocnym klubie z tancerkami. Nie, proszę Państwa – to jest kawiarnia, jest godzina 13:00, ludzie rodzą dzieci. Szok, prawda? Z braku laku sadzam córkę na wózek, histeria. Przyszedł taki wiek, że oczy lubimy mieć na tej samej wysokości a nie czuć się jak podczas karmienia psa pod stołem. Poza tym Krystyna raz spuszczona ze smyczy nie jest zainteresowana powrotem. Na siłę wpycham jej butelkę z mlekiem, żeby dała mi chociaż pięć minut na degustację. Moje kochane dziecko zaczyna popis rzucania mlekiem w dal, wszyscy klaszczą, ja toczę pianę na ustach (szkoda, że nie tą od mleka), starannie ułożone włosy kręcą się już po całości. Spociłam się a kawę wypijam duszkiem. Całości przyjemności bywania na mieście dopełniła rzadka dwójka, zero przewijaka, zmienianie pampersa w powietrzu i umazana garderoba Smarka. Krystyna oczywiście manifestacyjnie położyła się z gołą szanowną na podłodze w wucecie uderzając rytmicznie nogami i pięściami o podłogę. Ach żyć nie umierać. Opatuliłam dziecko w tempie sprinterskim widząc miny innych gości z cyklu „czego to tak płacze”. Po całym dniu szarpania się z drzwiami, schodami, wózkiem, wiatrołapem i roczniakiem na końcu języka miałam: Tak, to płacze, kurwa mać. To jest dziecko w wieku dość niewielkiego zaawansowania krasomówczego, oprócz „dada”, „tata” i wystawiania języka nie porozumiewa się a: ma sześć zębów, idzie reszta, boli jak skurczysyn, zesrała się w gacie i trochę niefajnie. Spróbuj sobie ktoś posiedzieć z kupą między nogami dwadzieścia minut z bólem ósemki. Pogadamy.

Mimo wszystko nie zniechęcam się. Musze odkurzyć social life bo za chwilę wracam do pracy i byłoby miło przypomnieć sobie jak to jest umalować oko i umyć zęby przed dwunastą w południe. Jako matka występująca publicznie z roczniakiem życzyłabym sobie traktowania lepszego niż „podludź”. Byłoby miło spotkać przewijak w innym miejscu niż stacja benzynowa i Mak Kwak, doczekać się podjazdu w urzędzie, windy albo bramki w markecie na szerokość inszą niż ta mieszcząca w pasie jedynie piętnastoletnią Chinkę o wadze kota. Jako rodzic mam potrzeby, mój wózek ma potrzeby. Ja wiem, że widok taszczącej X-Landera kobiety z żyłą na czole cieszy oko. Zupełnie jak wywinięcie orła na oblodzonej ulicy.

 

Gdzie te lokale przyjazne dzieciom. Dlaczego jest ich tak mało?!

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

24 komentarze

  • ~Bogna

    19.11.2014 at 18:55 Odpowiedz

    Boshe jak ja kocham czytać Waszego bloga 🙂
    MamoRysiowa powinnaś Zastanowić się nad publikacją jakiejś książk, bo nie ukrywajmy masz talent do pisania!
    Pozdrawiam Bogna matka dwójki Potworków 😉

    • ~Nana

      20.11.2014 at 01:11 Odpowiedz

      Dokładnie!!!

      • ~MamaNastolatka

        26.11.2014 at 12:05 Odpowiedz

        O tak, wchodzę na przegląd blogów które followuję, patrze Jest! Nowy post! Tak! YAS!
        I mnie nie ma, dopóki nie przeczytam do końca.

  • ~anna

    19.11.2014 at 18:55 Odpowiedz

    haha no niestety. Dopiero jezdzac wozkiem z dzieciakiem zauwazylam jak ciezko maja ludzie poruszajacy sie na wozku… i mamom z wozkamiwo Akurat zdazylo sie tak, ze od ponad pol roku meszkaniem w uk. kraj przyjazny matkom i dzieciom:) jasne jest wiele sytuacji gdzie ciezko sie z wozkiem poruszac, ale zawsze jakis mily starszy pan przytrzyma drzwi. czy kierowca autobusu pomoze wyjsc z wozkiem jak stanal za daleko od kraweznika:) az sie boje co bexzie jak w zimie pryjexziemy do pl na krotki urlop

  • ~Agni

    19.11.2014 at 18:57 Odpowiedz

    Na pocieszenie ci powiem, ze ruszyła właśnie prężnie inicjatywa pt. „Lokale bez dzieci….”… To tyle w kwestii twoich podjazdów, windy i przewijaków.. 😛

    • Mama Rysiowa

      19.11.2014 at 19:03 Odpowiedz

      to jest szczyt bezczelności. czytałam o tym. i jak mnie to kiedyś wkurwi (a u mnie szybko) urządzę sobie pikietę i akcję uświadamiania, że dziecko TEŻ CZŁOWIEK.

      • ~Kalina

        21.11.2014 at 09:38 Odpowiedz

        to nie jest szczyt bezczelności, powinny być lokale dla rodzin z dziećmi i powinny być takie gdzie osoby takie jak np ja (bezdzietna i nie lubiąca dzieci) może posiedzieć przy kawie nie słuchając krzyku dziecka; jeżeli ja jestem w stanie zrozumieć ze taki mały człowiek ma potrzeby i swoje bolączki i wyraża je płaczem to Ty powinnaś zrozumieć ze są ludzie którzy w kawiarni chcą tę kawę wypić w spokoju – ta tolerancja powinna działac w obie strony

        • ~Matka2Latka

          22.11.2014 at 08:47 Odpowiedz

          Również popieram różnorodność. Mam 2 letnią córkę , przyjemnie czasem wyjść z mężem i dzieckiem lub spotkać się ze znajomymi zabierając Młodą ze sobą – lokale przyjazne dzieciom są potrzebne. Ale czasem sama potrzebuję resetu i rozumiem ludzi którzy wychodzą z domu chcą się oderwać od krzyku, histerii i płaczu dziecka, Chcą ciszy, spokoju, chwili dla siebie. Dajmy ludziom wybór 🙂 Są lokale dla palących i niepalących, niech będą przyjazne dzieciom i takie które szanują uczucia i potrzeby osób niechętnych towarzystwa małym głośnym pociechom 🙂

    • ~Judyta.

      20.11.2014 at 16:56 Odpowiedz

      No i dobrze. Szlag by mnie trafił, gdybym chciała spędzić miłe popołudnie z kawką w kawiarni, a jakieś dziecko o bok by się cały czas darło.
      ‚Lokale bez dzieci’ to świetny pomysł, ale mogą zrobić też akcję ‚lokale z dziećmi’ gdzie nikomu taki płacz by nie przeszkadzał.

  • ~Kasia KŁ

    19.11.2014 at 19:02 Odpowiedz

    Oj tak, też to znam z autopsji 🙂 mieszkam w małym mieście nieprzyjaznym wózkom, wszędzie schody. Do Urzędu Miasta wielkie drewniane drzwi i schody do nieba. Wjechać można z piwnicy windą dla niepełnosprawnych (nie testowałam). Ale plus – w WC przewijak jest 🙂 Najlepsza akcja była w galerii w Gdańsku – przez cały pasaż szliśmy przebierać małego w asyście ochroniarza do pomieszczenia, które się okazało pokojem pierwszej pomocy 🙂 ale na kozetce można było dziecko spokojnie przebrać 🙂 Dla pocieszenia – masz „tylko” Xlandera, a wyobraź sobie te matki z podwójną gondolą z bliźniakami 😛 zero szans wejść gdziekolwiek

    • ~Czarna

      21.11.2014 at 11:32 Odpowiedz

      Ja jestem/byłam taką matką z bliźniakowym, podwójnym wózkiem 🙂 Teraz Młodzież ma JUŻ 6 lat ale gdy byli wózkowani to dupa blada. Albo bierzesz kogoś ze sobą wszędzie co by wózka z dzieciakami popilnował albo nie wychodzisz wcale (winda w moim bloku nie mieści podwójnego wózka, sama bez męża nie miałam szans wyjśc) 😛 I to się nazywa udupienie.

  • ~mimbla

    19.11.2014 at 19:45 Odpowiedz

    No nie, młoda… Telepatia działa 🙂 Dwa dni temu zaczęłam pisać do ciebie na priva z propozycją tematu. A mianowicie. Powstają w naszym pięknym kraju kafejki,do których nie mają wstępu dzieci. Tak, tak. Na drzwiach znak jak byk. Przekreśla dzieciak. Z psami i dziećmi nie! Tak sobie pomyślałam,że chętnie poznam zdanie Kryskowej matki. I dyskusja się pewnie wartka rozwinie… A tu proszę… No to jak, z dzieckiem,czy bez dziecka? A pisać nie skończyłam bo jestem w ciągłym niedoczasie 😉

    • Mama Rysiowa

      19.11.2014 at 19:49 Odpowiedz

      Niech na mojej drodze stanie taki znaczek. Ja sobie tego wręcz życzę. Nagram to nawet i kalulatorem i opublikuję. Bede wchodzic gdzie chce o ile nie jest no klub nocny z dziwkami. Na jakie manowce zmierza świat? Psa rodziłam czy CZŁOWIEKA?!

  • ~Dee

    19.11.2014 at 20:06 Odpowiedz

    Ja zaczęłam rozglądać się za foodtruck’ami w moim mieście i opcją „kawa na wynos bez wizyty w lokalu” wlaśnie ze względu na bunt przy ubieraniu dziecia. I jeszcze z uwagi na fakt, że nagła zmiana temperatury przy wejściu do lokalu z syberyjskiej na tropikalną powoduje natychmiastową pobudkę kiedy w końcu udało się usnąć na spacerze. Wiecie, że w ponad pięciuset tysięcznym mieście ciężko znaleźć?…

  • ~Magdalena

    19.11.2014 at 20:22 Odpowiedz

    Heh dlatego zrezygnowałam z czołgu- głębokiego wózka z super kółkami i super ciężkiego. Zawsze jak niby ma jechać nisko podłogowy to leci stary ikarus, a oczywiście mało chętnych do noszenia wózka 15 kg + dziecia kolejne 10 kg. No i te ubierania zimowe brrr odechciewa się w ogóle spacerów!

    • Mama Rysiowa

      19.11.2014 at 20:26 Odpowiedz

      Sprostuję niedomówienia. Nie mam już X-Landera. Ale pamiętam jak było. Teraz śmigam z „parasolką”, ale nie jest lepiej. Oprócz tego, że lżejsze gówno przychodzi mi wkładać do autobusu.

  • ~deedee

    19.11.2014 at 21:24 Odpowiedz

    O matko…. Znam z autopsji niestety. Tez chciałam wszędzie z dzieckiem bo razem przyjemniej, jednak brutalne zderzenie z rzeczywistością szybko zmienilo moje podejście, zwłaszcza jak pojawiło się drugie młode. Przyznaje, poległam…
    P.s
    Mamo Rysiowa uwielbiam tego bloga

  • ~Agi

    19.11.2014 at 22:21 Odpowiedz

    Kurcze ja mieszkam w większym mieście, Kraków, gdzie mogłoby się wydawać, że jest inaczej. Jednak oprócz „galerii” czytaj tłum ludzi z obłędem w oczach i Ikeii też nie ma gdzie pójść. Były dwie kawiarnie dla rodziców z dziećmi, zabawki itp, ale się zamknęły. Reszta kawiarni jest przecież dla poetów tudzież studentów, ;| względnie turystów. Widok dziecka budzi co najmniej zdziwienie. Tu się rozmawia a nie wrzeszczy czy biega…

    • ~DziulkaCrew

      21.11.2014 at 00:42 Odpowiedz

      a Mamy Cafe jest teraz na Karmelickiej jak coś

      • ~asiek

        23.11.2014 at 09:25 Odpowiedz

        W Choco na Wiślnej też dzieci nikogo nie dziwią, jest kącik zabaw, zaryzykuję stwierdzenie, że widziałam krzesełka do karmienia – ale że dziecka swojego na stanie nie posiadam, to pewna nie jestem.

  • ~Mama Neli

    20.11.2014 at 00:08 Odpowiedz

    Lublin b kiepsko stoi z otwarciem na dzieci i przystosowaniem do wózków (co mają powiedzieć inwalidzi). Niewiele jest miejsc gdzie sie z wozkiem wjedziesz bez problemu i bez nadmiernego manewrowania sie bd przemieszczać…
    Pamietam raz jak czekałam na miejsce w windzie w lubelskiej Plazie („pokój” do przewijania znajduje sie na drugim pietrze, notabene strasznie w nim smierdzialo gó***, bo z przepełnionego smietnika wypadaly pampersy :)), dziecko sie „dże”, czekamy. Po 4 kursie windy pelnej ludzi o dwoch zdrowych nogach, bez widocznych uszczerbków na zdrowiu, wybuchłam. Slyszeli mnie chyba w Sopocie. A winda opustoszala w sekunde 🙂

  • ~Maria

    20.11.2014 at 08:44 Odpowiedz

    Dzięki za wpis, którego nie mogłam się doczekać.
    Niestety to wszystko prawda. Smutne to, w dobie, kiedy mówimy o ujemnym przyroście naturalnym. Zamiast ułatwiać życie matkom z dziećmi to na każdym kroku są one traktowane jak podludzie, a na twarzach ludzi pojawia się często myśl: „jak sobie zrobiłaś dziecko to teraz się z nim męcz”. Co zrobić, egoizm bierze górę!

  • loona

    20.11.2014 at 09:31 Odpowiedz

    Normalnie jakbym widziała moją Nataszkę jak był w wieku Krysi. Też nie usiedziała w miejscu i wszędzie jej było pełno. Co do zimna na dworze to chyba najgorsze w tym wszystkim jest to ubieranie.
    Moja córcia ma 6 lat i zima jej nie straszna. Tylko od prawie 3 lat choruje na cukrzycę ,więc wyjście w czasie mrozu na dwór do łatwych u nas nie należy. Niestety bywa ,że glukometr nie wytrzymuje niskiej temperatury i odmawia posłuszeństwa ,a w razie za wysokiego cukru przedarcie się do pompy insulinowej przez te wszystkie ubrania graniczy z cudem , pomimo tych niedogodności mam nadzieję ,że jednak uda jej się w tym roku pojeździć na sankach.
    PS. Jako dziecko potrafiłam biegać w mroźny dzień (pomimo nawoływań mamy) caaaaały dzień . Fajne to były czasy. Teraz byle minusik na termometrze ,a człowiek już panikuje jak to zimno , jak przemarzł.

  • ~DziulkaCrew

    21.11.2014 at 00:41 Odpowiedz

    <3 <3 love love
    Och jak ja Cię rozumiem. Mi też się marzy światowe życie. Jak mieszkałam jeszcze na cywilizowanym osiedlu to chadzałam na spacery do KFC, po kawę. To był haj lajf… Teraz mieszkam w dziczy i mam do miasta 2 przesiadki. A Dziulka też za mpk nie przepada. Poza tym trochę jej się taka jazda kojarzy ze spaniem, a spanie z cycem. Więc w tramwaju mamy szopkę, ona drze się "cycy cycy", ja udaję głupa do ludzi " cici? kotek idzie córciu za oknem? ojejjejejej", ale dyskretnie już odpinam co trzeba, robię parawany z płaszcza, a ona już mi grzebie w bluzce od góry. Siara jak nie wiem, pot po tyłku płynie po 2 przystankach. I knajpy przyjazne dzieciom, haha. A Wasze zdjęcia z insta ze śpiworem inspirują mnie też do spacerów w tę obmierzłą pogodę.

Post a Comment