Więzi.

Więzi.

Często myślę o więziach. Relacje jakie na przestrzeni całego życia dziecka pieczołowicie budujemy, stawiamy niczym mocne fundamenty i ściany z cegieł, te same, które w dorosłym życiu powinny zaprocentować, jakie powinny być? Niektóre tworzone świadomie przez matkę poprzez naukę, czuły dotyk, rozmowy, obecność, istnienie. Inne żyjące własnym życiem będące po prostu wypadkową podejmowanych decyzji, pospiesznie wypowiedzianych słów, takie zupełnie nieświadome zacieśnienie wiązania między pokoleniami. Codziennie patrzę na moje dziecko i zastanawiam się czy wszystko co robię, jak myślę i czuję jest odpowiednie i czy moje zachowanie teraz nie narobi więcej szkody niż pożytku. A co jeśli zbyt mocne więzi między nami a dziećmi niszczą odporność na niepowodzenia, upadki, chwile załamania?
Moje przemyślenia opierają się w pełni na doświadczeniach z mojego dzieciństwa i relacjach z mamą. Moja mama była dla mnie najważniejsza na świecie, najwyższa instancja, najsprawiedliwszy z sędziów, najlepszy inżynier do zakładania łańcucha w rowerze i przykręcania siodełka. Może dlatego, że całe życie byłyśmy tylko we dwie (tatuś pokazał kakaowe oko w moim młodym wieku, odwrócił się na piętce i słuch po nim zaginął) ta miłość do matki spotęgowała się milion razy. Ciężko to nazwać jedynie kochaniem – w oczach dziecka ta kobieta była wszystkim czego potrzebowałam do życia. Od spraw głębokich jak wyrażanie uczucia przez dotyk i pieszczochy, długie rozmowy i odpowiedzi na stawiane w dziesiątkach pytania „mamo, a dlaczego”, tłumaczenie zachowań świata i ludzkości, Król Lew obejrzany pierwszy raz w starym kinie Bałtyk, niezrozumienie dlaczego mama płacze na scenach, które dla mnie wydają się zabawne (teraz już wiem, płaczę na tych samych) przez kwestie błahe z perspektywy przedszkolaka – mama ma pieniążka na loda, mama kupuje słodycze i gazety z zabawkami. Mama jest wszystkim co pozwala mi oddychać. Tak było. I w cale nie byłam przyspawana no maminej spódnicy, wręcz przeciwnie. Jako dziecko byłam otwarta dla świata i ludzi, ze wszystkimi nawiązywałam znajomości niezwykle łatwo. Jednak gdzieś w tle świadomość moja mocno trzymała mamę za rękę.
Kiedy zaczęłam dorastać i odbierałam życie na dorosło mama w moim mniemaniu ujawniła się jako kobieta niesamowicie silna, która w najcięższych chwilach klepania biedy z sześciolatką na kolanach płakała tylko tak, żebym nie widziała, kombinowała jak koń pod górę żebym miała chociaż namiastkę normalności, jaką miały inne dzieci. Rzeczy, na które kiedyś nie zwracałam uwagi teraz wyniosły ją na piedestał, w ręce wsadziły berło i jabłko. Wypadkowa tych zdarzeń jest taka, że mimo naturalnych następstw jakimi jest rodzina, moja Krychula, nieobecność w domu i totalnie autonomiczne życie mama jest nadal na zaszczytnym miejscu i nie wyobrażam sobie nie usłyszeć jej pięć razy dziennie, nie porozmawiać o bzdurach, chmurach i przeżytym w boju dniu. Moje dzieciństwo tak bardzo we mnie zakorzeniło, że więź o jakiej tu mowa urosła do rangi świętości.
Co mi to daje?

Nieodpartą myśl, że jak ją stracę, za dwadzieścia, trzydzieści, sto, dwieście lat to rozpadnę się jak domek z kart, ugnę nogi i upadnę. A później długo nie będę wstawać. O ile w ogóle wstanę. Niestety prosta matematyka. Wszystko co dostałam od swojej mamy w postaci uczucia wróci kiedyś pod szyldem mojej rozpaczy. Takie równanie. Prawa i lewa strona muszą się równać zero, pamiętacie?
I czy warto było?To właśnie ta konkretna relacja zmusza mnie do myślenia, czy rodzice, matki bo na nich się skupiam na swoim przykładzie, chcąc dla swoich dzieci jak najlepiej nieświadomie je krzywdzą? Gdzie i kiedy postawić grubą kreskę między kochaniem a podsycaniem uwielbienia? Kiedy myślę, że oddaję dziecko do żłobka, co jest naturalną sprawą i niczym egzotycznym, to widzę jak Ryś dzielnie oddaje się w obce ręce i na cały dzień zapomina o bożym świecie przy stercie zabawek i zajęć. Widzę też siebie, jakby mi ktoś płuco wypruł, nogę obciął i wyrzucił. Ja wiem, że trzeba jej dać być. Wiem, że naturalna koleją rzeczy jest to, że nie zawsze będę dla niej tylko ja i moja percepcja świata. Kiedyś pozna innych ludzi, nauczy się wyrabiać swoje zdanie. Mimo to świadomie (bo przecież zdaję sobie z tego sprawę) zaczynam powielać scenariusz mojego hiper łącza z mamą, którą kocham nad życie. I nie chce tego, chcę żeby była twardsza, może mniej wrażliwa na kwestie „mamy kiedyś nie będzie”, ale z drugiej strony w głowie kołacze jedynie słuszny model funkcjonowania matka vs. córka – mój.
Wiem, że swoim zachowaniem i wychowaniem „na czuja” oddam Ryśce morze emocji i miłości. Mam nadmiar bo dostałam od swojej bardzo wrażliwej mamy i teraz chce oddać swojemu dziecku. Niech będzie tak samo szczęśliwa jak ja kiedyś. Myślę natomiast usilnie i żyła mi na czole wychodzi już z tego wszystkiego, czy oby na pewno wszystkie więzi, wyrabiane w Maluchu wspomnienia i emocje to na pewno dobra droga do zafundowania mu szczęścia w dorosłym życiu?

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

15 komentarzy

  • ~mama tosi

    04.07.2014 at 11:06 Odpowiedz

    A Ty jesteś szczęśliwa? Bo ja też kocham swoją mamę nad życie i nie mam wątpliwości że chciałbym wychować Toske tak jak ona mnie omijając kilka jej błędów ale pewnie po drodze dokładając tez swoje.. Tekst jak zawsze genialny 🙂

  • ~Rynata

    04.07.2014 at 11:08 Odpowiedz

    Bo wszystko w życiu dzieje się tak po prostu po kolei. Pamiętam czas , kiedy mój syn był taki mały jak Twoja córa i tak samo myślałam i odczuwałam jak Ty. Ale jakoś migiem przeleciało 22 lata i dziś mimo, że kocham go najbardziej na świecie jestem gotowa na jego samodzielne życie a nawet nie ukrywam -czekam na ten moment. Z miłością matczyną jest jak z zaczynem drożdżowym. Trzeba dać pokarm by pięknie wyrósł- potem pielęgnować i uformować ciasto a na koniec tym ciastem poczęstować gości. Na wszystko przyjdzie czas i myślę że za jakieś 20parę lat sama zdziwisz się swoich odczuć. Zresztą- zapytaj swojej mamy :):)
    ps. i nie mówię, że to wyjście z domu naszego dziecka jest jakimś łatwym przeżyciem

  • ~fistaszka

    04.07.2014 at 11:09 Odpowiedz

    Wyrabianie w Maluchu wspomnień i emocji to zdecydowanie, na pewno, nie ulega dyskusji dobra droga do zafundowania Mu szczęścia w dorosłym życiu. Bez dwóch zdań. Bez tych emocji, bez takich wspomnień będzie mieć pustkę w sercu.

  • ~Apolonia

    04.07.2014 at 12:31 Odpowiedz

    Tak jest napewno lepiej… Ta niezwykłą więź z mamą nauczyła Cię nie tylko tego wszystkiego co wyżej opisałaś, nauczyła Cię czegoś co Tobie wydaje się zapewne baaaardzo normalne, ale np. dla mnie stanowi niewyobrażalny wysiłek – UCZUCIA. Moi rodzice mieli troje dzieci, opiekowali się dziadkami i pracowali…. dużo wszystkiego, do tego nie nauczyli mi mówić KOCHAM i okazywać tego. Wszelkie wyrazy wzruszenia czy też innych uczuć były DZIWNE, czasem nawet wyśmiewane przez starsze rodzeństwo. Oni nie nauczyli mnie tego, bo ich tego nie nauczono. Do dziś przy nich wstydzę się okazywać uczucia i o nich mówić. Ale za wszelką cenę chciałabym aby mój syn potrafił z tego korzystać, nie dusić się ze swoimi uczuciami w swoim własnym środku, a żeby bezpiecznie mógł dawać im upust.
    A miłość Twoja do mamy wróci do Ciebie napewno w cierpieniu kiedy za STO TYSIĘCY LAT jej zabraknie, ale wróci jeszcze w jednej postaci… w miłości Twojego dziecka do Ciebie, bo gdyby nie mama nie potrafiłabyś tego nauczyć swojego dziecka 🙂
    Pozdrawiam serdecznie
    P.S Uwielbiam czytać Twoje WYPOCINY :))))

    • Mama Rysiowa

      04.07.2014 at 13:00 Odpowiedz

      No i widzisz, jednym komentarzem naprowadziłaś mnie na właściwe tory! Pozdrawiam

    • ~ka

      07.07.2014 at 23:00 Odpowiedz

      Nigdy nie rozumiałam PO CO i DLACZEGO niektórzy dzwonią do siebie po milion razy…. Ja jak już dzwonię, to z konkretami 😀 Moja mama uważa, że jestem zimna…. pewnie dlatego, że nie opowiadam o swoich uczuciach, bo nie lubię się przytulać i generalnie nie drę się jak widzę mysz. Moja mama i ja jesteśmy z jednej strony zupełnie inne – ona się wypruwa uczuciowo, płacze bez powodu (nie jest niezrównoważona), wszystko co nowe jest złe. Ja znowu jestem twardzielką, nie wzruszam się na filmach, nie boję się gryzoni i innych stworzeń, wszystko kalkuluję na zimno. Ale po mamie mam kilka fajnych cech: asertywność, podejście do ludzi….no i biust ;). Mama jest dla mnie ważna, ale wiem, że ktoś będzie musiał być pierwszy…. Ogólnie nie rozumiem strachu przed śmiercią, pożegnaniem z kimś bliskim. Naturalna kolej rzeczy… świat się nie zawali, ale to tylko dlatego, ze „non omnis moriar”, nasi rodzice zawsze będą w nas… czy to się komuś podoba czy nie.

  • ~Hartypia

    04.07.2014 at 12:57 Odpowiedz

    Pięknie napisane. Wiem co czujesz. Mój żółwik ma 4 miesiące a moja najkochansza i najwspanialsza Mamcia już 8 miesięcy nie jest z nami. I nie ma zasięgu… Ciagle się nie pozbieralam. Gdy patrzę na małą to smutno mi ze babcia jej nie rozpiesci i nie pozna. I też myślałam wcześniej że bez mamy się rozpadne. Ale to tak nie działa. To było by łatwe. Nie. Z tym trzeba żyć. Ciesz się chwilą ze Mama jest. Daj rysce to co otrzymałas.

    • Mama Rysiowa

      04.07.2014 at 12:59 Odpowiedz

      Boże aż się rozpłakałam. Serdecznie współczuję.

      • ~hartypia

        04.07.2014 at 16:03 Odpowiedz

        Po prostu nie zastanawiaj się nad tym i cieszcie sie tym co teraz a Krycha jest już najszczęśliwsym dzieckiem pod słońcem. A innym nic do tego bo Wy jako Rodzice wiecie co jest dla niej dobre. Pozdrawiam i często czytam Twego bloga bo widzę mnóstwo podobieństw do mojego życia:)

  • ~Nika

    04.07.2014 at 14:38 Odpowiedz

    A czy ta miłość, troska i morze uczuć, które dostałaś od mamy nie była wspaniała dla Ciebie?Była, no to teraz nie ma co kombinować i kalkulować pora przekazać ten skarb następnemu pokoleniu, czyli Rysi. Właśnie po to aby ona taki skarb też kiedyś bez marudzenia przekazała swojemu dziecku itd.

  • ~matka-nie-idealna

    04.07.2014 at 23:54 Odpowiedz

    Jesteś zajebistą mamą.
    A co do żłobka spoko, stworzymy grupę wsparcia.

  • ~shy

    05.07.2014 at 15:34 Odpowiedz

    Zazdroszcze i nie zazdroszcze – mnie wychowali dziadkowie choc moi rodzice zyja ale bedac 18 letnimi gnojami trudno wychowywac dziecko. Nigdy nie miałam z nikim takich relacji jak ty z mama (zazdroszcze) dopiero jak zaszlam w ciaze i sie wyproqadzilam zrobilo sie super – i to jest bezcenne

  • ~RiccardO

    05.07.2014 at 21:59 Odpowiedz

    Napisane prosto i delikatnie. Nowa wersja rozmowy Małego Księcia z Lisem – i równie piękna.
    Pisz dalej, proszę…

  • ~LEW

    06.07.2014 at 00:26 Odpowiedz

    Hehe, wpadłem na coś takiego :o)

    http://demotywatory.pl/4360406/Przywilej-wieku

  • ~RiccardO

    06.07.2014 at 23:28 Odpowiedz

    Nowa wersja rozmowy Małego Księcia z Lisem – i równie piękna. Pisz dalej, proszę…

Post a Comment