Wesele z dzieckiem.

Wesele z dzieckiem.

W związku z nadchodzącą przeprowadzką powinnam pomału zacząć pakować graty. Mam tyle do ogarnięcia, że na dobrą sprawę nie powinnam robić nic innego , jak tylko latać po domu z szarą taśmą klejącą, pudłami, listą, długopisem do odhaczania i w chwilach najcięższych rwać włosy z głowy (ewentualnie skąd inąd)  i bluźnić. Tak. Mam zaległości, jestem w koziej dupie.

Z tego powodu, że mam tak strasznie dużo do zrobienia –  otworzyłam piwo i nie robię nic. Krystyna padła wtulona w Misia Tadeusza. Dzisiaj nie cycuje, migrena upomniała się o uwagę z rana, leki oddaliły Pisklę od centrali na minimum 24 godziny, nie ma co marnować okazji. Z resztą, zaczynamy na poważnie myśleć o całkowitym odstawieniu, skoro już znosimy wspólnie całkiem dobrze takie długie przerwy. Wiem, że będzie dramat, ale dajże matce pożyć ptysiu puszysty.  Zmęczenie po weekendzie odpuściło jakiś czas temu, chętnie opowiem Wam, jak przeżyliśmy nasze pierwsze wesele z niemowlakiem pod pachą.

Opcja „dziecko na weselu” jest propozycją albo dla bardzo cierpliwych, albo zdesperowanych. Cierpliwość moja i Pana Ojca w skali od 0 do 10 plasuje się w pierwszej trójce, czyli od zera do trzy. GG poproszony o położenie płytek w kuchni latem zeszłego roku wylał z siebie tyle kurew, że wyrzuty sumienia gryzły go do zimy. Ja przy pierwszej próbie rozplątania słuchawek od iPod’a, po dziesięciu pierwszych sekundach zaczynam machać nimi góra – dół żyjąc w przekonaniu, że im mocniej pizgnę nimi o ziemię, tym szybciej się rozplączą. Takiego wała. Morał z tego taki, że niemoc zostawienia dziecka z kimkolwiek spowodowała rodzące się w nas przeświadczenie, iż warto,  w imieniu nowoczesnego macierzyństwa, zabrać ze sobą tę uroczą, małą istotę. No…trochę, jak kiedy nie możecie kupić sobie samochodu z salonu, z plazmą w każdym zagłówku i bagażnikiem, w którym wózek zmieściłby się bez składania i stoicie nad dwunastoletnim Seicento po trzecim właścicielu i nadal wierzycie, że to szczyt waszych marzeń. W takich sytuacjach siła perswazji i teksty w stylu „nie no, jest super, jak na wasze  trzecie auto. Kogo by było stać na taki nowy z salonu, wiecie ile to pali?!” pomagają wypielęgnować w sobie wiarę w słuszność zakupu. Podobnie z dzieckiem na weselu –  nie będziemy pić bo bez tego też się świetnie tańczy (byłam o krok od skręcenia kostki), wygibasy do „Żono moja” z x-landerem w wersji „spacer”  potraktujemy hobbystycznie a dziecko na pewno uśnie zaraz po dwudziestej, padnie wręcz na twarz.

NI-CHU-JA.

Zaczęliśmy szykować się na kilka godzin wstecz, ja goląc łydkę jedną ręką drugą  poprawiałam tapetę, GG wciskał spodnie od garnituru badając sprawnym przysiadem, czy oby na pewno nie pójdą w kroku (Jedno takie wesele z jopą na ptaszku zaliczyliśmy), Krysia cierpliwie przyglądała się harcom, gryząc w nosidle uchwyt od pani pszczoły. Kiedy po tonie zabiegów, prasowań, przygotowań, niezłamanych nóg na klatce schodowej podczas schodzenia na dół  i pięknie umalowanych paznokciach u stóp zatopionych w głębokiej kałuży z błotkiem wsiedliśmy do samochodu, poczuliśmy ulgę – faza pierwsza: spakuj się i nikogo nie zabij w afekcie zakończona pomyślnie. Rysia w falbanach rzyga właśnie na biały, odświętny sweterek, wózek obecny w bagażniku razem z toną pieluch i kilkoma gotowymi do spożycia butelkami radośnie wygląda przez okno, deszcz jest, spóźnienie minimum piętnaście minut jest, niemowlę jest, gumy miętowe są. Pora zaczynać fazę drugą: przejechać bezpiecznie 25. kilometrów za miasto, dojechać na miejsce i przeżyć mszę we względnej ciszy.

Krysia pierwsze „Dzień dobry”, wyznanie wiary i znak pokoju raczej przespała, ale kiedy się już obudziła wiedział o nas cały kościół. Kiedy zaczęła wykrzykiwać swoje mądrości w lewym skrzydle, z prawego wtórował pół roku starszy syn Młodych. Cisza zamieniła się w rozpacz, która zmusiła GG do szybkiej ewakuacji z kościoła na salę a życzenia składaliśmy już przy kotlecie. Wchodząc na imprezę godzina zdawała się być odpowiednią do spania dla młodzieży. Kilka uścisków męskich marynarek, zalotne trzepotanie rzęsami do starszych panów i oględziny talerza mamy i taty przez zamaszyste szarpanie obrusa uznałam za odpowiednią ilość atrakcji jak na jeden dzień i uwierzyłam, że pozwoli to Ryście usnąć. Młoda dostała butelkę, doprawiłam naturą (zanim oddałam się rozkosznym literatkom a mleko nadawało się do spożycia), położyłam w wózku i zaczęłam bujać. Po godzinie, kiedy Rysia miała nadal oczy jak dwa talerze doszliśmy wspólnie do wniosku, że usypianie dziecka przy takim za przeproszeniem pierdolnięciu z głośnika, nie ma najmniejszego sensu. Wyciągnięta z mobila, falbanka strzepnięta bo się trochę pomięła, odnalazła się w swoim żywiole. Tańczyć się chciało a nie spać. Sama sobie śpij matka.

Kiedy wszystkie „dobre wujki”, które bujały nam dziecko przez następnych chwil kilka, się pokończyły, a muzyczna, weselna klasyka „Stokrotka polna” czy „Jedzie pociąg”  porywała moje obolałe od szpilek nogi do tańca, podjęliśmy ostateczną walkę. Przytachałam dziecię do kuchni, między marchwie i się zaczęło. Od tego całego bujania mogła spokojnie odpaść jej głowa, słowo honoru, siedzieliśmy tam bite czterdzieści minut. W końcu jest, udało się! Śpi! Chłopaku z orkiestry tylko nie przestawaj grać, wychodzi na to, że im ciszej, tym bardziej wyczulone mam Młode! Od tego czasu już tylko densy, mama spuszczona ze smyczy fantastycznie bawiła się do wszystkich, bogatych w przesłanie piosenek (np. „ […] Dlaczego wciąż cię zwą, zakłamaną, małą ćmą […]”), co chwilę ktoś z nas zapuszczał żurawia, czy wszystko w porządku, kucharki postawione w stan najwyższej gotowości miały informować o potencjalnym przebudzeniu. Bajla, bajla, kokodżambo i do przodu. Mama zrobiła sobie drinka <fuck yeah m/>, schrupała schabowego i poczuła się dobrze. Tata brał rzeczywistość na trzeźwo. Wiecie jak to jest na trzeźwo, kiedy otoczenie nie bardzo? Także tego.

Po trzeciej, kiedy ze zmęczenia wycierałam nos w sałatkę warzywną na talerzu, postanowiliśmy wracać. Krystyna była nieprzytomna jak szmaciana lala, my jedyne o czym marzyliśmy to łóżko i nie w sensie ero. Kiedy już przy zgaszonym świetle zległam pod kołderką i poczułam jak pulsują mi stopy w rytmie „Jesteś szalona”, a poproszony o szybki masaż Niemąż parsknął słusznie śmiechem, oddałam się w ramiona podusi i usnęłam. Tak oto nasze pierwsze wesele z dzieckiem dobiegło końca. Bardzo dobre wesele, mimo wszystko. Stwierdzam po wszystkim, że to przedsięwzięcie rozmiarami mnie przerosło. Srogo.

…Dacie wiarę, że w sobotę mamy następne wesele z Rysią?…

Kyrie eleison…

 

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

10 komentarzy

  • ~Malczik

    28.04.2014 at 23:56 Odpowiedz

    Hehe! No cudnie, my mamy w perspektywie letniej 4 wesela i obecnie 2 – mies dziecko. No i cyc karmiących. Wesołego alleluja życzę nam…

  • ~Nela

    29.04.2014 at 18:56 Odpowiedz

    Ja i tak podziwiam Cie ze karmisz tak dlugo.Ja karmic nie chcialam ale na szkole rodzenia zrobili mi pranie mozgu pod tytulem napewno bedzie Ci dziecko chorowalo wyrodna matko noi karmilam….jeden miesiac i przeszlam na butle.Nie nadaje sie do karmienia ani moje dziecie do ciumkania cyca.To byla tragedia dla mnie i dla corci.Obecnie ma 14miesiecy super sie rozwija nie choruje chociaz ma kontakt z innymi dziecmi.Postawilam na hartowanie czyli spacerki w kazda pogode i dosyc lekki ubior.

  • ~Nela

    29.04.2014 at 18:59 Odpowiedz

    A na wesele nie odwazylam sie isc jeszcze moze dlatego ze moja mala ma wstret do spania w wozku noi nie zasnie w takim halasie niestety.

  • ~czytelniczka

    30.04.2014 at 22:24 Odpowiedz

    Czy możliwe, że widziałam Cię dzis wieczorem w łodzi, na skrzyżowaniu Paderewskiego z rzgowska, ze swoim maluchem w wózku? Sądząc po zdjęciu, wydawało mi się, że to Ty 🙂 pozdrawiam!

    • ~

      30.04.2014 at 22:33 Odpowiedz

      Odpowiadam- definitywnie tak 🙂

      • ~czytelniczka

        01.05.2014 at 11:42 Odpowiedz

        O kurdę!!
        Jaki ten świat mały… przypadkiem znalazłam bloga na onecie, zaczęłam czytać i przypadkiem, jadąc tramwajem Cię zobaczyłam. A co zabawniejsze utwierdziłam się w przekonaniu, że to Ty jak zobaczyłam, że to wózek x-lander 😀

  • ~anna

    04.05.2014 at 22:12 Odpowiedz

    Popłakałam się,na serio.

  • ~KAsiaK

    08.05.2014 at 23:36 Odpowiedz

    My byliśmy z młodym na weselu jak miał 6 tygodni – 150 km od domu. przespał pół nocy na sali, przy orkiestrze. Ze starszym pewnie było by gorzej 😛 Jedyny minus dla mnie – wesele na trzeźwo ;p

  • ~Luna

    05.06.2014 at 17:05 Odpowiedz

    Gratuluję takiej imprezy 😉 to i tak super, córka moich znajomych na weselu tydzień temu balowała do 1 w nocy 😀 ma 17 miesięcy. Dodam, że to było wesele na końcu świata (ok 600km od domu) a nocleg mieliśmy w domu weselnym. Mój kochany dwuipółletni brzdąc spał w tym czasie w wynajętym domku 2km od nas (bawiących się świetnie) z moimi rodzicami 🙂 chwała im za to, że nam tak pomogli!!! 🙂

  • ~dje-wesele

    24.07.2015 at 12:32 Odpowiedz

    Popłakałam się ze śmiechu. Świetnie przedstawiona praca matki z dzieckiem na weselu! Zawsze mnie zadziwiało, jak one dają radę, a tu proszę takie wyjaśnienie 😀 Super blog, pozdrawiam!

Post a Comment