W domu jest najlepiej.

W domu jest najlepiej.

A najlepiej jest mi w domu. Jak mam na sobie stare, wyciągnięte gacie w grochy i skarpety grube, już ze trzy razy cerowane na paluchu, bo cebula wychodziła. Lubię wejść rano pod prysznic pod czujnym okiem Ryśki, która filuje obok wanny, próbując ją ewentualnie polizać. Za daleko mam, żeby ją odessać… a niech liże, gorsze rzeczy już widziałam. Jak zassie posadzkę w hipermarkecie na pewno zareaguję. Lubię żyć bez stanika, wyprasowanej koszuli i make-upu. W domu jest turbo dobrze. Oczywiście każdego dnia najpierw się nawkuriwam, że syf opanował wszystkie kąty, że parapet nie jest dodatkową półką na klucze, drobne monety, opakowanie po wafelku skonsumowanym w zeszłym tygodniu, worki na kupę psa i spryskiwacz do okien. I chociaż powtarzam to pierdylion razy – to nadal tam jest, chyba pilnuje okna żeby nigdzie nie poszło, nie wiem.  Każdego dnia pytam się gdzie mokre chusteczki do wytarcia ubabranej w resztkach obiadu Krystynowej kapusty/kaśki/psiochy, które to otwierałam pięć minut temu a właśnie teraz, gdy ich potrzebuję to ich nie ma. W odpowiedzi słyszę – nie wiem, weź nowe. Tak oto w każdej skrytce znajduję jakąś nadgryzioną zębem czasu paczkę, bardziej lub mniej wysuszoną na kamień. W domu jest mi dobrze nawet kiedy dziecko przejawia objawy permanentnego napięcia przedmiesiączkowego, na które ewidentnie za wcześnie i kiedy tak pruje puszeczkę to byłabym skłonna posądzić ją o płynne monologi w języku delfinim. Delfiny to chyba jedyne stworzenia, które odbierają na tej częstotliwości bez skrętu kiszek.  W moim domu jest najlepiej bo każdy siedzi gdzie mu dobrze i robi co mu dobrze. Kisiel wyciera się o każdą żółtą ścianę, chyba po to żeby było co odnawiać jak się będziemy stąd wynosić i sadzi ciężkie gazy, Ryszarda wije się pół dnia pod grającą stale trzy melodie matą edukacyjną (kiedyś wyciągnę baterie i powiem, że się zepsuło, jestem blisko) a ojciec ucina komara już czwartą godzinę. Co najważniejsze – w domu jest mi najlepiej bo tylko tutaj czuję się nadzwyczaj bezpiecznie. Jak na prawdziwą panikarę przystało w domu odpuszczają wszystkie moje psychozy, nikt ani nic nas tutaj nie dopadnie i ta myśl mnie uspokaja. Robię sobie kawę z mlekiem o ile w międzyczasie nie dowiem się, że skisło (zazwyczaj organoleptycznie, niestety), Krystynie wciskam w dzioba butlę z kompotem z jabłek i zaczynam żyć na pełnych obrotach. Dopiero tutaj. W domu.

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

2 komentarze

Post a Comment