UNIJNY NINJA

UNIJNY NINJA

Mój mąż jest mistrzem wyczucia czasu. Nie wiem, prawdopodobnie wielu mężczyzn ma podobną cechę, być może którąś z kobiet to jeszcze nawet denerwuje, natomiast moja dusza i ciało umęczone, odpuściły walkę już dawno temu. Uważam, że to jest takie mistrzowskie osiąganie absurdu sytuacyjnego przez Starego, że warto się przy tym zatrzymać i się z wami podzielić, bowiem bez sensu jest żyć w pojedynkę z czystym pięknem, którym niewątpliwie jest głowa mojego MISIA, a każdy przejaw satyrycznego rozumienia rzeczywistości przez mężczyzn, powinien dotrzeć do szerszego gremium.

 

No bo na przykład siedzę sobie kiedyś w ciąży z Jurkiem, z rozmiarem brzucha tak rozciągniętym, że widać mi przez powłoki skóry śledzionę, wątróbkę i jelito cienkie niemalże, przez pępek jak przez judasza, pokaż kotku co masz w środku, a już na pewno, i to bez najmniejszej wątpliwości, widać lekkie zniecierpliwienie i zmęczenie na twarzy, którą na okres 9 miesięcy ktoś mi ukradł, podmienił, bo to nie możliwe w sumie, że ta ulana na gębie, świnka poczciwinka z krzywym ryjem – to ja. No doprawdy.

 

Toczę się po salonach, prasuję mikro gacie i kurze wycieram dziesiąty raz ze szczebli łóżeczka jak dla lalek, jak kustosz piórkiem miziam te ramy, pieszczę wierząc, że gehenny mojej przyjdzie kres i że się kiedyś syn zdecyduje ze skorupki wykluć , jak ptak, diplodok czy inny stwór, ale nie. Póki co walczy skubany, trzyma się pępowiny jak liny i zostaje.  Podwaliny mojego spokoju pękają. Jak lód kruchy idą w zapomnienie.

 

Nie do końca rozanielona więc, stękając pod pierzynami swemi, wystawiam napuchnięte jak bochny chleba dłonie, próbując palcami, jak kiełbasy, przełączyć z „tefauenu” na „polsatenu” czy jakoś tak, podnoszę rękę na bezdechu, już się witam z gąską, już mam w niedoli obczaić „Pamiętniki z wakacji”, czy „Zapiski z kolacj”, cokolwiek,  a tymczasem na środek pokoju Stary wpada z rozłożoną KOSIARKĄ DO TRAWY i mi oznajmia, że on teraz będzie składał. W lutym. I żeby mnie to nie bolało zbytnio, on posprząta. Dużo śrubek jest, on wie, i że właśnie dlatego składanie kosiarki na dworze nie sprzyja.

 

– Może dlatego również, że jest luty, a za oknem leży śnieg po pachwinę? Trawa chyba by to zrozumiała, tak mi się wydaje, że jej dzisiaj kosić nie zamierzasz – ale to, to ja już sobie sama dopowiedziałam, pod nosem. Głośno myślę czasem. Może za głośno? Albo właśnie niewystarczająco, bowiem!

 

Siedzę wczoraj późnym wieczorem zakopana w pracy wszelakiej. Nie wiem co mam najpierw zrobić, pozmywać, uprać, podrapać się po głowie, zaplanować zawładnięcie świata, odciski wyciąć, nogi ogolić, dzieci rozczepić, zanim się zabiją. Nie wiem – serio. Nie wspomnę nawet, że od kilku dni planowałam odkopanie letnich rzeczy, bo mnie Grzesio na wakacje wyciąga daleko, ale to tak daleko, że mam pełną okrężnice na samą myśl, że długo w samolocie będę i lotnisko lekko niebezpieczne, też nie sprzyja. Siedzę w kuchni pochylona nad listą zadań, martwiąc się o wszystko, obieram 85. jabłko dla syna, przez którego żarcie przelatuje jak przez krowę, słucham kłótni na śmierć i życie, które z moich dzieci jest dzisiaj Shimmer, a które Shine, w związku z tym sprawdzam systematycznie czy nie doszło do rozlewu krwi, przełączam finalnie na Wampirinę, BO ILEŻ MOŻNA SŁUCHAĆ O SHIMMER I SHINE DWA DŻINY NAJ NAJ!!!, i słyszę jak przez mgłę, –Misia,  Pojedziesz jutro do ŁARR-u (Łódzka Agencja Rozwoju Regionalnego, także tego) i załatwisz mi umowę na bony w ramach programu „Bony na rozwój”. Kropka. Zero znaku zapytania. Kropka. On stwierdza.

 

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego pewnie, gdyby nie fakt, że dzisiaj w nocy, kiedy zacznę kłaść dzieci spać, zrobię cztery dokładki chałki z dżemem i podam miętę bez cukru, bo – na noc to nie wolno mamo, my już wiemy, dam dotknąć cycka jednemu i drugiemu, położę się symetrycznie na środku łóżka, bo jak tylko nie na środku to legną w gruzach wszelakie umowy rozejmowe, pozbieram po mieszkaniu porozrzucane gacie i skarpetki, ewentualnie nadgryzione jedzenie z rana lub z zeszłego miesiąca, spakuję torbę na wyjazd, zafarbuję włosy na wściekły róż, wszystko TAK, ale zanim to się stanie, zanim opuścimy ojcowiznę, pojadę bladym świtem do urzędu, bowiem to jedna z tych rzeczy, o którą walczyłam jako żona, żeby móc ją robić, przy których rozlewa mi się na sercu ciepło. Urzędy, procedury papiery i nomenklatura z piekła, och jakie mnie uczucie dobre oblewa właśnie. Mam niespakowane majtki, skarpety i kapelusz, a on mi każe od 8:00 rano do urzędu, którego rozwinięcie nazwy przychodzi mi lekko jedynie przy współpracy z przeglądarką Google. Elo!

 

I tutaj kończąc historię genialnego wyczucia czasu mojego męża, w punkt pomysłów na sytuacje zastane, dodam jedynie, że załatwianie urzędowych spraw to jest mój prywatny Koszmar z ulicy  Wiązów, że jak słyszę „forma zatrudnienia”, albo „filar”, to mam lęk, a w mózg wchodzi mi paraliż umysłowy. Ale taki nieopisany i w pełni szczery, lęko – paraliż przed tym , co mówi do mnie Pani z okienka, że jakby mi normalnie Freddy Krueger machał zza zasłony ręką z nożyczek. Muszę się do tego przyznać, że na hasło „ZUS” lub „oprocentowanie” wyłączam mózg, mam „mute on” po całości do tego stopnia, że tam dzisiaj w ŁARRze nie wiedziałam jak działa pieczątka firmowa. Gaddemyt mężu błagam, jakem piszę ten haniebny tekst na swoje usprawiedliwienie, ty mnie nie testuj intelektualnie z Bonami Szkoleniowymi „Przepis na rozwój” w PONIEDZIAŁEK, o 8:00 rano, PRZED 45 kawami, bo to się nie uda. Ja już Ci chyba nie muszę udowadniać, że jestem w miarę inteligentna i zazwyczaj ogarniam kuwetę życia. I jak myślałam, miałam tylko wejść i zostawić teczkę, żółtą – dla łatwości, ale Stary powalił załączniki i zaczęła się moja poniedziałkowa droga cierniowa. Im głośniej zadawane pytania o formy prowadzenia działalności, tym ja głębiej w fotelu, im częściej – „JAKI ZUS,PANI GRZESIAK, JAKI ZUS?!” tym mi głośniej Podsiadło: -„Fal, nie ma faaal, nie ma faaaaaaal”, że żeby cokolwiek, byle nie oprocentowanie, podatki i moje ulubione – „Misia, to łatwe, ja Ci wytłumaczę”.

 

Chryste Panie, Grzesiek,

 

 NIE WYTŁUMACZYSZ MI TEGO DO ŚMIERCI. CZAISZ?! JESTEM WIEDZOODPORNA – ZAPRZESTAŃ MARNOWAĆ CZAS. W TYSIĄCA, W KARTY TEŻ NIE UMIEM I NIE CHCE UMIEĆ GRAĆ. UŚWIADOM TO SOBIE, SOBIE.

 

Reasumując, dobrze, że mam Grzesiaka, bo on może i składa kosiarkę zimą, w pokoju niemowlaka, układa śrubki na śpiochach wypranych w Lovelli, markuje chuchanie na kombinerki, zanim dotkną poduszki nienarodzonego jeszcze dziecka, że niby czystsze,  wiadomo, ale zapisał nas do programu „Przepis na rozwój”, dzięki czemu on nauczy się nareszcie elektryki, zanim go do końca wykończy żyrandol naprawiamy domowym sumptem, przy pomocy noża, a ja w styczniu pocisnę certyfikat DIMAQ,  na który skierowała mnie jedna z firm ogłaszających się w BURze (Bazie Usług Rozwojowych)  i dała mnóstwo hajsów z wyimaginowanej wspólnoty. Unio – jestem dozgonnie wdzięczna.

 

Dodam jedynie, że o bonach dowiedział się Stary na sporcie, chodząc na niego raz z tygodniu, RAZ! No a ja postanawiam się z wami wiedzą tą podzielić, bowiem wy na sport może nie dojdziecie  nigdy, w końcu jesteście moimi obserwatorami. Sport nie jest dla każdego, wiemy to od dawna.

 

Wizytę w ŁARR przeżyłam, umowę podpisałam i zaczynam się szkolić za wielkie pieniądze. I wam polecam samorozwój, więcej o Bonach dowiecie się pod linkiem: 

Tutaj:KLIK 

 

 

 

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook219Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

No Comments

Post a Comment