Tabata, ty kutfo

Tabata, ty kutfo

Nie jest w życiu tak, że trzeba się podobać każdemu. Wystarczy przecież podobać się sobie, a wtedy każdy będzie chciał nas bardziej. Mocniej. Będzie czuł głośne bicie serca i pewność siebie. Tak  mówią przynajmniej. Ale kiedy nie można się już schylić do wiązania buta i gnąc się w pasie człowiek o mały włos nie rozczłonkowuje się na własnym pasku od spodni, przechodzi przez myśl, że jest jednak źle. Krytycznie może nawet, ale to „krytycznie” kłuje dopiero wtedy, kiedy mężczyzna, który z wami mieszka zachwyca się pięknem Multipli i Ssang Yonga Rodiusa. Nagle stajesz się podejrzliwa. Niespokojnie sypiasz. Dużo myślisz. Składasz w głowie rebusy jakieś dziwne. No bo skoro podoba mu się Ssang Yong i TY!!! to znaczy, że facet pojęcie piękna ma od dawana niezaktualizowane, jak niezaktualizowany bywa system polskiego szkolnictwa,  a wszystkie usłyszane dotąd komplementy możesz sobie wsadzić sama wiesz gdzie.

 

 

I wtedy właśnie nachodzi człowieka chęć poznania prawdy („po co, po co, po co, po co”). Chce wiedzieć co się z nim dzieje, że tak świszczy w płucach jak biegnie do domofonu i dlaczego rolują się rajstopy na połaciach wokół pępka. Robi się żywo zainteresowany wynikiem z wagi, powtarzając co wieczór podczas czyszczenia szczelin między brzuchami i brodami, że tyle to tych rantów, rąbków i plisek było pół roku temu, i że wynik nie mógł się przecież jakoś znacząco zmienić. Nie jest to do końca wytłumaczalne. Nie jest jasne co człowiekiem zarządza, że  nagle z dnia na dzień właściwie, z nieświadomego Trumana Burbanka z Truman Show, zmienia się w agenta federalnego FBI z Twin Peaks. Szorując opony namydloną gąbką szepcze pod nosem złowieszczo – kto zabił  Laurę Palmer…kto zabił Palmer…kto…i kto nabił mi  na Boga to BMI? Dalej jest już tylko gorzej, bo zaczyna człowiekiem miotać desperacja i radykalne zmiany. Z domowego przycisku do kanapy staje się demonem sportu i w starej, spranej podkoszulce The Kelly Family stara się udowodnić, że gdzieś tam pod smalcem mieszkają jeszcze kości obojczyka. I tu dobijamy do brzegu. Cumujemy, bo oto dziś mój TOP 6 myśli rasowego tucznika pierwszego dnia powrotu na fitness.

 

 

Panie w szatni też tłuste. Może się nie ośmieszę

 

Zacznijmy od samego początku. Idealnie badasz teren jeszcze w szatni. Niby tylko zmieniasz gacie na fikołki, ale przecież doskonale wiesz jak histerycznie strzelasz z oka na otwierające się co chwilę drzwi. Im większy gabaryt przeciska się przez futrynę tym mocniej przytulasz do serca wiarę, że jest was więcej i że chyba każda dzisiaj poznała gorzką prawdę. Jedziesz góra dół babeczki w różnym wieku bezczelnie pocieszając się, że inni mają większe problemy. No… a później w blasku światła od Jezusa z góry wchodzi na salony jakaś Angelika z wygolonym zauszem i małą dziarką typu tribal na odsłoniętej w bucie na koturnie kostce. Cała w Adidasie i Najku, dupa opięta w legginsach patrzy na twoją. Solarjumy, muskuły, opaska na czole jak u Rogera Federera, fuck me. Wszystko tak piękne, ale to tak piękne te lajkry i strecze, że szkoda pocić, szkoda się w tym w ogóle wyginać. I ta mała buteleczka mineralnej między paluchami z różowym tipsem, pozdrawiająca ustawione obok twoich kolan wiadro wody środkowym palcem, dająca do zrozumienia, że dzisiaj to Angelika narzuci tempo zdarzeń.

 

 

Na luzie. Takie rozgrzewki biorę na klatę. Jak tak ma wyglądać nadchodzący czas zmian – jestem nawet w stanie to polubić

 

Tak. Tak właśnie myśli 99% ludzi po dwóch pierwszych minutach skakania pajacyków. Kolejnych dziesięć minut natomiast, przynoszących mroczki przed oczami i kolkę udowadnia jednak, że wszystko da się człowiekowi obrzydzić, wszystko. Nawet szkolne pajacyki tak niepozorne kiedyś. Jeżeli wydaje ci się więc, że zadanie o charakterze fizycznym jest zalecane dla chwili wytchnienia, starcia krwi i potu z parkietu, zaklejenia kolan i zebrania myśli to gwarantuję, że ta mała, wstrętna, niepozorna bestia z mikrofonem na przodzie sali jest tam właśnie po to, żeby udowodniać jak bardzo się mylisz. Zasada pierwsza: na fitnessie nie ufaj nikomu. Nikomu.

 

 

Jak to, dopiero piętnaście minut minęło?!

 

O, to moje ulubione. Syndrom ocucenia mózgu w czasie. Twarz bordowa jak nadwiślański burak. Jeszcze nigdy piętnaście minut nie trwało dwa lata. Jeszcze nigdy nie patrzyłaś na zegar jak na szafot mrużąc powieki pod naporem kapiących do oczu kropel potu. Piętnaście minut, litości. Przecież ja już się czuję jak postrzelony ze śrutówki dzik gdzieś w lesie, który resztkami sił szuka schronienia u mamy. Gdzie mam wsadzić nadchodzące czterdzieści pięć minut?! Co sercu powiedzieć? Co płucom?!

 

 

„Tabata” mówi pani, a… nie ciabatta przypadkiem?

 

Z opisu nie wiesz co to jest ta cała tabata i początkowo wydaje ci się, że nie potrzebujesz tej wiedzy. Trochę kardio, trochę nogi, czasem trochę brzucha. Nie oszukujmy się, po to tu przyszłaś. Ale kiedy po piętnastu minutach podrzucania sztangi na garba masz ochotę wysrać mózg oczami wiesz, że twórcy tabaty powinni odpowiedzieć za zbrodnię przeciwko ludzkości. Puls chcący zabić twoje uszy od środka, błędnik szukający tratwy ratunkowej w drodze do szpitala i próba powrotu do normalnego oddechu po raz kolejny stawiają przed tobą milowe pytanie, pytanie klucz:

 

 

n o n a c h u j c i t o b y ł o ?!?

 

 

Czy wyjście przed końcem zajęć będzie oznaką słabości?

 

Ta myśl zaczyna cię okładać po twarzy mniej więcej wtedy, kiedy Szatan – Prowadzący obiecał ”ostatnich pięć” jakieś dwadzieścia osiem serii temu. Rozglądasz się pospiesznie po sali, widzisz porozkładane po matach zwiędłe ciała kobiet na ostatniej prostej do śmierci. Wyglądacie wszystkie jak meduzy suszone od dwóch tygodni na piaskach gorącej pustyni, odcięte doszczętne od źródła pitnej wody. I co z tego, co z tego, że wy jak wysuszona osłona od salcesonu, skoro tam gdzieś w rogu Angelika fika jak łania te jabane, pulsacyjne squaty ze sztangą na karku i podskakuje z nimi mając za nic prawa grawitacji, ciężkości  i konstrukcji kolana. Oszalała. Teraz już nikt wam nie uwierzy, że to jest szybka droga do trumny i że odpuść, odpuścić, odpuścić.

 

 

Chodakowska, ty szarlatanie

 

To już w drodze do szatni, kiedy podpierasz ściany połykając ostatnie chełsty wody butelkowanej Saguaro. Wiesz doskonale, że to co się z tobą dzieje obecnie jest wynikiem nacisku opinii publicznej z każdej strony na poślady, brzuch, uda. Ty sama wpadłaś w pułapkę nasion chia, ksylitolu i pokazów Victoria’s Secret. Ty! Przyjemny, pluszowy przycisk do kanapy wybrałaś się odchudzać, niemądra. Nie chcesz przecież wyglądać jak szynka, ale jak tu teraz zejść po schodach po tym całym ultratabattingu, żeby nie zedrzeć maski? Tabata oprócz zdjęcia godności z twojej twarzy i wyciśnięcia z jelit kilku niekontrolowanych bąków, odebrała finalnie stabilizację stawów pozostawiając w sercu zamiast miłości – migotanie komór. Chciałabyś coś odpowiedzieć uśmiechniętej recepcjonistce na pytanie „i jak było?”, ale spuchła ci gęba, język, zęby, wąsy. Spuchło ci życie.

 

 

 

A dzisiaj znowu. Idziemy na wojnę. Dzisiaj znowu tabata. Może i nam kiedyś Adam Levine zaśpiewa pod skrzydłami motyla, kiedy w staniku z muszelek zachce nam się przejść przez catwalk?

 

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook2.2kShare on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

16 komentarzy

  • Matka Olka

    29.11.2017 at 19:12 Odpowiedz

    „Ale kiedy po piętnastu minutach podrzucania sztangi na garba masz ochotę wysrać mózg oczami wiesz, że twórcy tabaty powinni odpowiedzieć za zbrodnię przeciwko ludzkości.”
    You made my day! 🤣🤣🤣

  • Paprotka

    29.11.2017 at 19:16 Odpowiedz

    oj chciałabym, żeby Adam Levine mi zaśpiewał :-p
    powiem tak, za pierwszym razem miałam tak samo, zrobiłam się opasła i poszłam…. akurat nie na tabtę, ale inny cholerny fitness na którym każde 15 min trwało i trwało w męczarniach i skończyć się nie mogło :p . Tak się stało nawet nie wiem why??? czemu ja sobie to robię :p, ale chodzę do tej pory 🙂 parę kg zeszło i wreszcie zaczęło to przynosić jakaś przyjemność, ale do aniołków dalej daleko 🙂 życzę wytrwałości
    P.S. nie zwracaj uwagi na te szczupłe w przecudnych leginsach w tipsach podnoszące sztangi , nie warto olej :-p

  • Agata vel Pani Miniaturowa

    29.11.2017 at 19:17 Odpowiedz

    O bosz, skąd ja to znam. Jeszcze nie zaczęłam, a już zmęczona na sam widok 🙂
    Przezornie dałam się ciachnąć w wieku stanowczoPRZEDjezusowym, co by „operację dla babć” mieć już za sobą. I tak sobie leżę z tą moją tytanową biżuterią w tyłku, potocznie biodrem zwanym i czekam na moją rehabilitantkę. Pocę się z ekscytacji, już niedługo, już za moment przyjdzie ONA, ta światła ONA i postawi mnie do pionu, ale będę ćwiczyć! Ale będę nową nogę używać, machać, zginać i pójdziemy na spacer po korytarzu – podniecenie milion! Wreszcie się rozruszam!
    I przychodzi Pani rehabilitantka 10/10.
    – Pani Agato, przejdziemy się po pokoju, proszę przesunąć operowaną nogą w lewo ile pani da radę.
    – Yyyy uff ufff ufff – poce się jak szczur w garniturze – … już. Przesunęłam
    – Nie widziałam, żeby się ruszyła :/
    – Nie umiem mocniej.
    #POĆWICZONE

    Szczęściem ruchliwość na poziomie kokona motylka po jakimś czasie ćwiczeń przemija i wreszcie pozwala nam się przepoczwarzyć 🙂

  • Kata

    29.11.2017 at 19:19 Odpowiedz

    Płaczę….😂😂😂😂

  • Ewa O

    29.11.2017 at 19:37 Odpowiedz

    Brawo za wytrwalosc. Ja już jestem level Andzelika , ale też bylam level salceson więc nie poddawaj się, bo da się!

  • Janina

    29.11.2017 at 20:14 Odpowiedz

    Ahhh…❤ ja tak po pierwszej ciąży wysloczylam na step no co „step by step ouu bejbe” tylko z tym mi sie kojarzyło. Bóg zlitowal się nad resztka mej godności gdy ostatni wolny stal na szarym końcu sali. Tam też uświadomiłam sobie czemu matka zabrała mnie z nauki tańca towarzyskiego….gdy wszystkie kobiety na hasła ‚szase w prawo lewo tu tam’ hopsaly jak w transie ja skakalam wokół plastikowego kloca niczym łania na dopalaczach. Ale! Gwiazdą poczułam sie dopiero gdy prowadząca zapytała przez mikrofon ‚a pani w rozowej koszulce na tyłach to się dobrze czuje? Bo jesli przyszla tu się obsmiewac z zajęć to przypominam że do sezonu bikini zostały tylko cztery miesiące’ pffff… I tak nigdzie nie jedziemy!

  • Justyna

    29.11.2017 at 20:14 Odpowiedz

    ojacieżpierdolę popłakałam się ze śmiechu i o mało nie udławiłam pasztetem :D:D:D:D:D jesteś boska! kocham Cie! 😀

  • Ola

    29.11.2017 at 20:39 Odpowiedz

    Po jakiego grzyba szłaś na tabatę!!! nie było zumby, jogi albo zdrowego kręgosłupa? Na zdrowym kręgosłupie robi się miłe ćwiczenia, po których jest się zdrowym a nie martwym!!!

  • Agnieszka

    29.11.2017 at 20:46 Odpowiedz

    Hej może za ciężkie te ćwiczenia na początek. Polecam personal treneiro. Mam taką trenerkę. Nie dosc ze dobiera ćwiczenia do umiejętności i poziomu. To jest to super zabawnie spędzony czas. A później nie zmęczenie do usrania. Tylko endorfiny. Mega pozytywne nastawienie. Tym się wszyscy jarają. Dla tego indywidualne zajęcia. No i efekt jeeest. Warto w siebie zainwestować kilka stowek miesięcznie. Zamiast nowych łachów nowa dupka i brzuszek. Oj działa to. Pomyśl. Skonsultuj i atak! Powodzenia Matka! Hej!

  • Ewa Bogdaniuk

    29.11.2017 at 22:14 Odpowiedz

    Migotanie komór to stan zagrożenia życia😊.
    Niezbędne jest użycie defibrylatora😮.
    Ta ultratabatta jest niebezpieczna dla życia i zdrowia😮😂😂.

  • Abo

    29.11.2017 at 22:21 Odpowiedz

    „Wysrać mózg oczami…. ” genialne 😂 i czemu ja jeszcze twojej książki nie mam ?! Chyba wiem co sobie na Mikołaja zamówię 😉

    • MamaRysiowa

      29.11.2017 at 22:24 Odpowiedz

      To są zebrane teksty moich cudownych czytelniczek 😀

  • Aneta

    29.11.2017 at 22:47 Odpowiedz

    Droga Michalino! Ty swoim pisaniem uprawiasz takie dżudżicu, czy inne karate, że żaden czytelnik nie ma z Tobą szans. Historia gustu męża było początkiem z górnego C a potem już tylko lepiej i mocniej i więcej, aż finalnym ciosem „niekontrolowanego bąka” położyłaś mnie na łopatki i wale w tą matę błagając o litość! 😂
    Ale wiesz co Ci powiem…. Zainspirowałaś mnie tym wpisem bardziej niż Chodakowska niejednym Instagramem. Mogłabym z Tobą poćwiczyć karate choć początkowo mogło by się wydawać że to sumo! 😘

  • Ania

    29.11.2017 at 23:10 Odpowiedz

    Dawno się tak nie uśmiałam. Dzięki.

  • Justyna

    30.11.2017 at 09:04 Odpowiedz

    Michasia, do kutfy nędzy. Weź dostosuj czcionkę do ślepych, do których ja należę. Gówno widać. Ta szarość na białym tle może i modna ale weż walnij czerń, bo mnie się oczy zdenerwowały.
    W okienku pisania komentarzy grzmocę na oślep. Zlituj się.
    PS. Wracam do okienka ponownie, bo nie wpisałam imienia i maila, ale gdzie to do cholery jest???? (skorzystam z tabulatora, wrr)

  • Monia

    01.12.2017 at 12:36 Odpowiedz

    Ja tam wole zumbę, przy okazji wytapiania tłuszczu przynajmniej trochę potańczę 🙂 Polecam!

Post a Comment