Ryśki na zwolnieniu.

Ryśki na zwolnieniu.

Nie ma co się dużej użalać nad życiem i czekać jak na zbawienie, aż się jakiś bank do nas łaskawie  odezwie. Powiedziałam, wracam do żywych jak tylko sympatyczna pani od podejmowania decyzji zadzwoni do nas i zaplanuje nam przyszłość na następnych tysiąc pięćset dwa dziewięćset  lat, w sensie albo kawalerka do grobowej deski albo dom na kolejny przytulny hipoteczny do emerytury, ale niestety NIKT się nie odzywa, wszyscy mają nas w rzyci, a z dotychczasowych perypetii kredytowych mogłabym napisać EPOPEJĘ KAJEGOMAĆ! Więc ochłonę właśnie, pochłonę kolejną kofeinę dzisiaj w nadziei, że pikawa nie zacznie tak łomotać, że wypadnie, i napiszę wam co słychać.

 

A u mnie:

Krystyna ma zapalenie gardła i wychodzące trzonowce. Nic szczególnego. Nic, gdyby nie temperatura bliska czterdziestu kresek, rajd po mieście w nocy z piątku na sobotę w poszukiwaniu reanimatora, kolejka w aptece jak po Trzeciego Wiedźmina w MediaMarkt, pani przede mną opowiadająca co dolega córce, ile waży, kiedy ma urodziny, ile godzin się rodziła i jak długie włosy codziennie rano trzeba jej czesać, jakby to kogokolwiek interesowało. Mało tego kolejna gwiazda uskuteczniająca dziesięć minut debaty czy tabletkę przeciwbólową da się pociąć na cztery. Dziesięć minut o cięciu piguły, rozumiecie? Nie dziwne, że w Polce nie ma pozwolenia na broń, bo połowa tego zdesperowanego aptecznego towarzystwa odblokowałaby spust w kieszeni spodni. Zapalenie gardła, majaczenie i sraczka na dechy zostawiona przez dzieciątko na chwilę uwolnione od pieluchy, czyli kolejnych kilka powodów, dla których warto pójść na zwolnienie w pracy i modlić się, żeby mnie kiedyś za to wszystko nie wywalili na cyce. Na bruk.  Matka od tygodnia nie widziała stanika, nie pamięta gdzie ma podkład i dobrze jej z tym. Młoda pomału staje na nogi, może już w poniedziałek pobawię się znowu w moim ukochanym Excelku. Rozmarzyłam się.

 

Zostawiając zdemolowaną chorobowo córkę z dziadkiem postanowiłam pozałatwiać sprawy, na które zazwyczaj nie mam czasu. Próbowałam oddać bluzkę do reklamacji w pewnej polskiej sieciówce, bo ściągacz przy dekolcie po pierwszym praniu zamienił się w sznurowadło a cała „kreacja” wyglądała jakbym ją zjadła i trzy razy zwymiotowała. Zachęcona faktem, że zakup zrobiony był niedawno, miałam paragon i nawet niewypłowiały, pobiegłam do sklepu, rzuciłam łachem na ladę a tu… W czym Pani prała? Ile stopni? 40? A gdzie tu jest napisane, że ma być 40? Obcięła Pani metkę? Po co? Ma ją pani ze sobą? Na pewno niczego nie dolała Pani do tego prania? Na kogo Pani głosowała, dlaczego rozmiar taki duży, kiedy promocja w Żabce na Żubra i po co Pani w ogóle z domu wyłazi. Niemalże.

Oberżnięta metka, w długości dwóch kilometrów czochrała mi brzuch do strupa. Obcięłam, mea culpa. Z resztą, przy metce jakiś Einstein nadrukował  nożyczki. To dla zmylenia przeciwnika? Te nożyczki się tam przykłada i wtedy nie drapie czy jak miałam to odebrać? Pytanie czy mam obciętą metkę razem z paragonem było równie inteligentne jak to, czy czegoś dolałam do pralki. Tak, dorzuciłam włókna azbestu, żeby mi się przyjemniej nosiło. Wypisywana pół godziny deklaracja co się stało i jak doszło do  zaistniałej sytuacji dobiła granic absurdu, kiedy drukarka pokazała nam palec, zawiesiła się łącząc się w „bulu” z poziomem całej wymiany zdań i kazała na siebie czekać kolejnych trzydzieści minut. Wkurwiłam się, rzuciłam mięsem, pomemłałam cos pod nosem o szacunku do klienta, nikt się nie przejął. Poszłam do sklepu obok i kupiłam buty. Morał? Nie ma morału. Nie podjęłam walki z sumieniem, poniosły mnie emocje, szaleństwo, tynk ze ściany na nadchodzący czas miejmy nadzieję pożywny.

 

Poczyniłam wstępne przygotowania do ślubu. Zaklepałam termin. I w sumie na tym koniec. Każda jedna kieca robi ze mnie tort bezowy, spódnice szyte są na piętnastoletnie Japonki z anoreksją, a te, które mi się podobają i byłyby w stanie pomieścić dupę musiałby zostać ubezpieczone. Do tego wszystkiego plany przyjęciowe zaczynają kaszleć gruźliczo, bo ogród, którego mieliśmy się do tego czasu dorobić macha nam póki co zza krat. Najwyżej każdy weźmie chabaninę, kocyk i spotkamy się w jakimś łódzkim parku na kiełbasie z grilla. Alkohol też sobie weźcie, do czasu drugiego kredytu będzie nas stać Igristoje. Jedno na pięć. Par.

 

Z nadmiaru czasu – Poszyłam wszystkie poprute koszulki, majtki, wózek naprawiłam. Czekał na to zwolnienie lekarskie ROK. Taka jestem przejęta i perfekcyjna. Wytarłam kurze w miejscach, o których istnieniu dowiedziałam się wycierając, zdjęłam pajęczynę z karnisza, poukładałam w szafach dziecka, w swoich, znalazłam zagubiony miesiące temu biustonosz, posegregowałam leki (mam pokaźna kolekcję, zapas na atak zombie), odrobiłam kilka odcinków House of Cards. Pod te wybory, wiecie. Z informacji również istotnych, proszę Państwa:  GG rozżalony wypomniał mi ostatnio, że Krysia dostaje zupy z makaronem „literki” a on nie. Poważne zmiany nadchodzą, teraz „literki” musze kupować na tony, dla wszystkich swoich dzieci. Życie moje nabiera rozpędu.

 

Należy niezwłocznie rozwiesić pranie.

Rosół przestudzić póki Licho śpi.

Z nerwicą szarpać telefon co dwie minuty, czy ktoś dzwoni.

Czy ktoś do nas jeszcze zadzwoni?

Kredycie, daj się polubić.

 

 

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

15 komentarzy

  • ~feroce

    21.05.2015 at 13:32 Odpowiedz

    Jeny. My też złożyliśmy wniosek o kredyt na mieszkanie z ogródkiem (marzenie) i ciągle bijemy się z wizjami naszych dziadujących, jedzących kartofle z kefirem 5 razy w tyg dzieci. Rozliczanie wszystkiego, tak jakbyśmy teraz żyli z pompą.

  • ~saba

    21.05.2015 at 13:56 Odpowiedz

    Jak zawsze świetny tekst. p.s. do czytelniczek – czy wy wszystkie jak się śmiejecie to plujecie? zawsze czytam „oplułam” ekran itepe

    • ~Jagoda

      22.05.2015 at 10:00 Odpowiedz

      Zdecydowanie, poza tym mam takie napady śmiechu że zastanawiam się kiedy ktoś zapuka do mojego gabinetu z upomnieniem. Matka Krysiowa jest boska :D.

  • ~Sui

    21.05.2015 at 13:59 Odpowiedz

    W podobnych rozmiarach sukni białej szukałam i znalazłam taką, która nie zrobiła ze mnie atrapy cyrkowego namiotu 😉 a i obsługa bardzo miła, dało się wszystko załatwić z wysp z dwudniowym wyprzedzeniem, dać namiary? 🙂

  • ~agata

    21.05.2015 at 14:10 Odpowiedz

    My z kredytem walczylismy 3 lata. Bo mój polowek z drugiej ręki i obciążony kredytem z ex którego nie chce. I spełnił miliard zachcianek banku po czym i tak usłyszał że go nie odpisza „bo tak juz jest”. Dobrze ze ślubu nie mamy i dziecko skitrał wiec cały jego dochód tylko na niego jest rozliczany. Bo jak na troje to nawet na kawalerkę by nie było. Ale ale kredyt komsumencki ten sam bank na 300 tys proponuje! Uffff w końcu udało się. Miliony podpisów tony papieru ale przecież to dopiero początek. 2 miesiące czekaliśmy na decyzje z uml że „nie wyrażają sprzeciwu” na prace remontowe. Brak logiki i sensu. Proponuje rozsądnego doradcę finansowego który ładnie obróci papierami tak jak w naszym tragicznym wypadku pomógł bardzo. Trzymam kciuki za zdrowe dziecko i kolejne obciążenia finansowe

  • ~smerfeta

    21.05.2015 at 14:34 Odpowiedz

    Usmialam sie do lez..dwa razy czytalam i dwa razy bylo duzoooo smiechu….. powodzonka z kredytem 🙂

  • ~Olga

    21.05.2015 at 14:47 Odpowiedz

    Michalino, ja swój ślub brałam z 3-miesięcznym dziecięciem u piersi 🙂 Ślub zaplanowaliśmy na 1.09.2012 i z tej miłości się tak cieszyliśmy, że po drodze dziecko spłodziliśmy i urodziliśmy;D. Nie chciało nam się imprezy przyspieszać, ani odkładać też, ksiądz się zgodził i kameralnie ślub z chrzcinami połączyliśmy. Ale kup suknię ślubną z pijawką taką małą.
    Udało się w pierwszym sklepie z brzegu, za obłędną cenę 219 zł, idealną rozmiarowo kremowa, do kolanek.
    Było fajnie:)

  • ~ulka

    21.05.2015 at 16:47 Odpowiedz

    z mojej sukni zrobiłabys sobie trzy. (rozmiar bardziej niz 100 xlów) sprzedam – oddam – dopłace… 😉

  • ~LadyDeeDee

    21.05.2015 at 18:40 Odpowiedz

    Polecam salon sukien ślubnych Dorin – przy rynku bałuckim (starym). Szyli mi suknię ślubną w krótki terminie, ceny znośne. Dopasowali idealnie suknię do rosnącego we mnie dziecia 😉
    Trzymam za Was kciuki, zdrowiejcie!

  • ~Nela

    21.05.2015 at 21:29 Odpowiedz

    Bo w dzisiejszym swiecie nie kazdego stac na kredyt. Nie dla psa kielbasa nie dla biednego kredyt. Niestety taka rzeczywistosc.Wspolczuje sytuacji

  • ~Pat

    22.05.2015 at 09:43 Odpowiedz

    Bo najpierw zeby dostac kredyt, musicie udowodnic bankowi, ze jestescie tacy bogaci, ze go wcale nie potrzebujecie! Nie wiedzieliscie?? 😉 Trzymam kciuki

  • ~Jagoda

    22.05.2015 at 10:06 Odpowiedz

    Co do kredytu to cuda nie z tego świata zawsze chcą. Sama pamiętam ten miliard papierów, które trzeba było przynieść żeby miliard rzeczy udowodnić, ale udało się 2 miesiące czekaliśmy ale dali :D. W kwestii ślubu dasz radę bo przecież jesteś matką a matki mają super moc. Trzymam kciuki :).

  • ~Monika

    22.05.2015 at 13:56 Odpowiedz

    Jak to powiedziała pewna Pani: taki mamy klimat 🙂 jeszcze trochę musimy poczekać by coś zmieniło w tej kwestii. Dacię radę

  • wieczna opiekunka

    23.05.2015 at 23:43 Odpowiedz

    Swietny blog:) lekko sie czyta o sprawach waznych 🙂 gratuluje i pizdrawiam
    uposledzona.blogujaca.pl

  • ~Piotr

    24.05.2015 at 13:28 Odpowiedz

    Eeee, a ja nałogowo obcinam metki przy nowo zakupionych koszulkach i to nie tylko tych zakupionych dla siebie bo zarówno ja jak i latorośl mamy alergię na drapiące i swędzące kilometrowe cosie…
    My też zmagamy się z choróbskiem. Od półtora tygodnia. Lekarz „osłuchowo nic nie widzi” i zapisuje steryd na katar, którego nie ma… Cyrk na kółkach…

Post a Comment