Rysia, zęby i NFZ

Rysia, zęby i NFZ

Myślałam, że ząbkująca Krystyna przejdzie przez wyrzynanie równie sprawnie i bezboleśnie jak przez wszystko inne, w tym zapalenie ucha, gdzie nawet nie zapiszczała i nie byłabym się w stanie zorientować co się dzieje, gdyby nie dziwny wysięk z ucha. Wszystko znosi z gracją, jak prawdziwa arystokratka, w końcu to moje dziecko 😉 Zęby wybijające się Ryśce w dolnej szczęce sprawiły dzisiaj w nocy, że zmieniłam o niej zdanie. Byłam bliska seppuku i skłonna odliczać minuty kiedy GG wstanie, spakuje torbę, wyjdzie i nie wróci, a zaczęło się niewinnie.
Krystyna zachęcona gromkimi owacjami na stojąco w zwiazku z widocznymi jedynkami na tyle się rozochociła, że długo nie chciała usnąć. I dopóki w szczerym uśmiechu kontaktowo dokazywała i umilała wieczór tak ok.  21:00 zaczęła stosować przemoc psychiczną w swoim domu w postaci wysokiej temperatury, która ewidentnie prowadzi jej nowe  mleczaki za rękę i ostatecznie doprowadziła do histerii. Mamusia jak to mamusia,  24/7  w pogotowiu, noc „przespała” z termometrem w ręku, wybudzała się co pół godziny, żeby sprawdzić czy Młoda może łaskawie zaczyna dochodzić do siebie a tu taki walec. Jak była temperatura tak została, doszedł kaszel i generalny wkurw, który i do naszego dolewał oliwy do ognia.
Ostatecznie obudzona po średnio przespanej nocy,  w okolicach 7:00 rano przez moją najmilejszą, która z gorączki nie zrezygnowała,  złapałam za telefon w celu umówienia lekarza w osiedlowej przychodni. Tutaj tak na prawdę zaczyna się moja NFZ-owa historia, po której stwierdzam raz na zawsze i po raz enty – Fundusz powinien polać się benzyną i podpalić.
Dzwoniłam dosłownie z sześć razy zanim jakaś lafirynda raczyła odebrać telefon. Ja wiem, że śniadanko w składzie bułka z masełkiem, twarożek i kawa są na wagę złota, ale szanowne panie, telefon na biurku przed wami nie służy do zbierania kurzu i czasem warto go odebrać. Szczególnie jak dzwoni. Jak nie dzwoni podnoście dla treningu, najwidoczniej jest potrzebny. Pani odebrała wyraźnie jeszcze przez wspomnianą kawę na nogi nie postawiona, z wkurwem na takim poziomie jakby spędziła u mnie noc, ze średnio pozytywnym nastawieniem do interesanta. Poproszona o umówienie wizyty domowej dla czteromiesięcznego niemowlęcia skwitowała skąpo „nie wiem, sprawdzę”. Ale przepraszam sprawdzę co, bo nie rozumiem? Czy ktoś ma na tyle siły witalnej żeby przejść przez ulicę i zapukać mi do drzwi? Bo dzwonię od siódmej rano, skoro teraz nie ma już miejsc to kiedy mam dzwonić w takiej sprawie? Rozumiem, że najlepiej przewidywać takie rzeczy jak gorączka oraz generalne złe samopoczucie i umawiać wizyty z tygodniowym wyprzedzeniem. Franca. Dobra, nie poddaje się- pomyślałam, walczę dalej.
Po słowach pomocnej rejestratorki zapisałam się ostatecznie na wizytę w przychodni, przecież ja mogę się przejść, nie to, żebym nie miała nic do roboty. Urlop macierzyński to król wśród urlopów. Najdłuższy czyli analogicznie najwięcej się na nim wypoczywa.  Na samą myśl o hulającej w przychodni  zarazkowej drużynie piłkarskiej aż mnie zemdliło, ale nie było wyjścia. Dla swojego spokoju i zdrowia Młódki trzeba było sprawdzić czy wszystko w porządku. Zawinęłam Kryśkę w kombinezon i kocyk, na uszy naciągnąłam czapkę i poszłam. Wózka już nawet nie brałam, wejde i wyjde myślę sobie. Takiego!
Wchodzę do przychodni a tam zza biurka wychyla się babsko ze sto kilogramów z okularami zaczepionymi na czubku nosa, mieli jeszcze końcówkę kanapki, jakby wzrok mógł zabijać już bym pewnie leżała trupem. Od wejścia wiem z kim miałam przyjemność wymienić zdanie przez telefon z rana. pokazała tylko ręką, pod który pokój mamy się udać a tam… O Boże Bożenko ostry dyżur to mało powiedziane. W jednej kolejce stoją matki z niemowlęciami, zdrowymi, chorymi, babcie kasztlące, wypluwające z siebie dziwne wydzieliny, pani z półpaścem (!!), pani czekająca na pogotowie bo ewidentnie zaraz znajdzie się na ostatniej prostej, milion osób z cyklu „ja tylko na chwilę” albo „ja się tylko zapytam”, które wchodza i już nie wracają, jak pensjonariuszki w filmie „Piknik pod wiszącą skałą” – były i nie ma, i ja. Z Ryśką. Miesięcy cztery. Muszę się przyznać, że sama wyprawa do przychodni mnie zawsze przeraża. Nie mam za grosz zaufania do lekarzy pediatrów i internistów, którzy znają się na wszystkim i na niczym, a recepty przepisują na podstawie zasobności portfela. I tym razem się nie myliłam. Uwielbiam wybrać się na wizytę, gdzie każe mi się opowiadac co się stało, żeby lekarz na koniec mógł skwitować „no tak, trzeba obserwować”. Tyle to i ja wiem. Bez tej magicznej pieczątki i dziesięciu lat studiów. Na domiar złego po raz kolejny pani doktor sympatyczna przepisała mi leki bez sensu, które znam już na pamięć więc jako mama Rysiowa – bunt: Ja tego nie kupię szanowna Pani, zamiast tej maści za dwadzieścia milionów marsjańskich dolarów za gramiszcze (chyba z opiłkami złota te maści a nakrętka wysadzana kamieniami od Swarovskiego) użyję zamiennika, za dwa qurwa pięćdziesiąt. Pani nagle sobie przypomniala, że faktycznie taki zamiennik istnieje, totalnie zapomniała, cóż za zbieg okoliczności! Chyba na wakacje w tym roku na Kanarach będzie musiała jeszcze ponaciągać.
I tak oto poszłyśmy jedynie na odsłuch, żeby się upewnić, że gorączka męczy mi młode jedynie ze wzglądu na te dwa białe brylanty na dole. Po raz kolejny skończyłyśmy z inhalatorem w ręku, maścią majerankową pod nochala i mnóstwem buziaków od mamy, dawanych gdzie popadnie. Mam dziwne wrażenie, że te pieszczochy i całusy mają największa moc naprawczą i uzdrawiają mi córkę jak nic innego. Dzisiaj już śpi, ale co się napłakała to jej!

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

13 komentarzy

  • ~Aga

    21.03.2014 at 09:45 Odpowiedz

    Wiem, że jesteś zdenerwowana, sama bym była, ale powiedz mi jaką rolę w tej całej historii ma NFZ?

    • ~gosiasek

      21.03.2014 at 14:06 Odpowiedz

      a taka ze zatrudnia takie france na recepcjach albo taka ze kolejki sięgaja marsa w przychodni, nie mówiąc o sponsoringu lekarzy przez firmy farmaceutyczne.

      • ~Aga

        21.03.2014 at 15:23 Odpowiedz

        I błąd, bo to nie NFZ zatrudnia lekarzy i (jak napisałaś) takie france. To placówki same zatrudniają personel. Co do kolejek, to cóż, środki na każde świadczenie limituje Ministerstwo Zdrowia, NFZ jest tylko wykonawcą i płatnikiem udzielonych świadczeń. A hasła o sponsoringu lekarzy to już w ogóle nie rozumiem. Co to ma do rzeczy?

        • ~katia

          25.03.2014 at 20:23 Odpowiedz

          sponsoring ma to do rzeczy, że jak jesteś laikiem, który nie ma książki leków w jednym małym paluszku, a lekarz przepisuje ci tabletki za 40 zł to nie wiesz, że możesz identyczny skład kupić za 10 zł. Bo w końcu ktoś im płaci za to, że przepisują droższe leki… no bo przecież nie dlatego, że Polacy srają pieniędzmi, prawda?

  • ~ines

    21.03.2014 at 12:26 Odpowiedz

    Ale serio? To normalne, że z malym dzieckiem czekasz obok pani z gilem, pan z grypą (może to jelitòwka- ten dreszczyk emocji)… Zamiast oczekiwanej pomocy masz pakiet zarazków, gdzie tu logika? A moze wystarczyłoby umawiać na godziny, ot taki pomysł.

  • ~czechu

    21.03.2014 at 13:30 Odpowiedz

    Mi zawsze nóż w kieszeni się otwiera jak mam iść do przychodni. Kiedyś lekarz który był (jedyny tego dnia w przychodni) powiedział ze mojegonwowczas pol rocznego syna nie przyjmie i nie zbadać bo on się nie zna. To po jakiego ch*** on tam siedzi? I za co mu płaca? Tak wiec pełna złość zaplascilam za prywatna wizytę innego lekarza. I pytanie po co ja place podaki? Skoro jak potrzebujesz lekarza dla dziecka należy płacić 150 zł?

  • ~gosiasek

    21.03.2014 at 14:04 Odpowiedz

    a ja z innej paki. umawiałam męża mego na wyciecie głupiego pieprza na klatce piersiowej rok temu ( bo takie OPREACJE trzeba planować z mego wyprzedzeniem). zeby było ciekawie tydzień temu potwierdziłam wyczekany zabieg a mąż jak poszedł okazało sie ze zabiegou ni bedzie bo im sie qurwa punkty NFZ skończyły 12 lutego. WTF ?! ja sie pytam jak w połowie marca potwierdziłam ?! szanownej pani z recepcji która ma qrwa telefon kontaktowy pod reką nie chciało sie zabiegu odwołac? ok nie chciało. ale ja dzwoniłam specjalnie. mąż dzień wolnego bo jakże by inaczej wziąśc musiał, dojechać do ęxtra kliniki a tam nawet całusa w dupe nie dostał. cała służba zdrowia. ale co sobie użyłam na francy z recepcji to już moje…..

  • ~gosiasek

    21.03.2014 at 14:09 Odpowiedz

    a jak urodze to dopiero poznają moje możliwości walki na zęby w trosce o dziecko. i nie bedzie zmiłuj

  • ~Ya

    23.03.2014 at 01:26 Odpowiedz

    Ja po doswiaadczeniach z jukejowska sluzba zdrowia, wychwalam polka pod niebiosa! Fakt panie z recepcji sa milsze tu, ale lekarze… Ehhh
    Ostatnio bylam u dentysty, pomijajac, ze nazywal sie Hussein i balam sie, ze zainplntujr mi jakis ladunek wybuchowy pod plomba, to przedmuchal zeba, i zalozyl plombe na plombe!! Nadal czuje dyskomfort w szczece i wkurzona jestem bo zaplacilam nie male pieniadze! Musze isc na pogotowie!! I zmienic dentyste.. Ale do rzeczy! Sa lekarze genialni- z powolania, ale sa tacy, ktorzy zatracili je gdzies daleko.. Siedzac w przychodni z ludzmi z roznymi chorobami, no coz tyle samo ustrojstw jest w centrach handlowych 🙂 na poczatku latalam ze wszystkim do lekarza, teraz??

    No coz..
    Katar i kaszel to dla mnie nie choroba,
    Temperatura dopiero powyzej 38 stopni ibpo 3 dniach dopiero ide do lekarza..
    I moglabym rak wymieniac..
    Teraz nadia ma 3 lata a ja mam grubsza skore!
    Oczywoscie nie bagatelizuje 🙂
    Ale tez bie panikuje 🙂

  • ~katia

    23.03.2014 at 17:42 Odpowiedz

    Jak miałam jakieś 14 lat to cierpiałam co miesiąc na jakieś infekcje dróg oddechowych i często bywałam w ZOZach i innych szpitalach. W jeden ze świątecznych dni wybrałam się do szpitala na inhalacje i musiałam poczekać na swoją kolej. Czekały ze mną dwie mamuśki potwory. Obie miały niemowlęta w podobnym wieku i obie rozmawiały o kolorze swojego pokarmu… jedna miała żółty druga zielony… chwilę potem licytowały się który pokarm lepszy….
    mam nadzieję, że nigdy nie będę taką porąbaną mamuśką!

  • ~Karolina

    24.03.2014 at 16:26 Odpowiedz

    Kolejki u lekarzy rodzinnych to wina tylko i wyłącznie ludzi, którzy często przychodzą tam bez powodu, ot – ponarzekać. Zabierają miejsce i CZAS. A co do leków – lekarz nie ma obowiązku wpisywania najtańszego zamiennika, to domena farmaceuty. Żeby nie było takich nieporozumień, jak właśnie obwinianie lekarza za napisanie na recepcie nazwy takiej, a nie innej, ma zostać wprowadzona zasada pisania nazwy łacińskiej leku. Chociaż wtedy i tak pewnie znajdą się niezadowoleni, no bo „co ten lekarz przypisał”.
    A na ząbkowanie nie ma jeszcze lekarstwa 😉 Trzeba przeżyć, chociaż każdej Matce serce się kraja.
    Pozdrawiam,
    stała czytelniczka, nie-lekarz, ale nielubiąca, jak się wszystkie psy na medykach i innych wiesza bez powodu :p

  • ~Paulado

    26.03.2014 at 21:48 Odpowiedz

    Hm. U nas w przychodni są godziny dzieci „zdrowych” i „chorych”. Dorośli wchodzą osobno. I, wiadomo – dziecko do roku bez kolejki. Ale co kraj, to obyczaj 🙂 Ba! co dzielnica w mieście to obyczaj. Niestety.

  • ~Paulado

    26.03.2014 at 21:51 Odpowiedz

    gosiasek :0 myślisz, że krzyki coś dadzą? :0 To fakt, „pieprza” mi wycieli po 9 m-cach. Ale przecież to „Wielka Pani z Recepcji” więc jak to tak krzyczeć?:D

Post a Comment