Przeprowadzka sucks.

Przeprowadzka sucks.

Przeprowadzka według słownika języka polskiego, to zmiana miejsca zamieszkania. Po prostu.

Nikt nie napisał, że to walka z czasem, stresem  i dokładanie wszelkich starań żeby nie rozwalić rodziny w tym całym szaleństwie. Co jak co, przeprowadzić się było trzeba, pakowanie jak zwykle na ostatnią chwile.

Kilka tygodni przed godziną zero kupiliśmy bagażnik samochodowy. Nie wiem dlaczego wydawało się nam, że będziemy w stanie upchnąć tam całe nasze mieszkanie a sama podróż do Lublina odbędzie się w luzie, atmosferze śpiewów biesiadnych, podgryzania kanapek z rzodkiewką przygotowanych przez mamę i generalnie swobodnej pogawędki o nowym starcie i sensie życia.  Wyobrażenia po raz kolejny przerosły rzeczywistość, gdzie po zapakowaniu bagażnika po brzegi okazało się, że zostało nam jeszcze całe wszystko do dopakowania.  Podczas jazdy, przez trzy godziny przyszło mi podtrzymywać kołdrę i poduszki, które na każdym zakręcie spadały na łeb, chronić Ryszardę przed złowieszczym segregatorem, który już raz wziął dziecko z zaskoczenia i najprościej w świecie rąbną ją w głowę (tak, był płacz) i starać się cieszyć z pozytywów, żeby GG nie zarzucił maruderstwa.

Pakowanie auta toną worów, pudeł i rzeczy dziwnych kształtów zaczęliśmy od samego rana. Moment, w którym po kilku godzinach wrócił Pan z parkingu i stwierdził – dobra, więcej już nie wejdzie a za mną leżało pół naszego życia, przejdzie do historii. Od tej chwili zmuszeni byliśmy dokonać super ważnych wyborów, co zabieramy a co zostaje. I tak: Rysia nie ma wanienki, obecnie kąpię ją w dużej wannie w takiej pozycji i wygięciu krympla, że mi kiedyś żyłka pierdząca pęknie, nie mamy żelazka – nosimy ciuchy speszal edyszyn, nieprasowane,  jak wyrzygane, a GG w takich do pracy, hipster. Nie zabrałam ani jednego wieszaka a w nowym mieszkaniu mamy tyle rurek do ubrań, że rozgościłby się cały blok. Deski do prasowania brak, natomiast łóżko na którym spaliśmy pierwszej nocy spokojnie może spełniać taką rolę. Nie mamy dużych talerzy, nie mamy firanek, ale są dwa mopy.

Pakujący auto GG z każdym powrotem do domu wracał z coraz większym, panicznym uśmiechem, kończąc na histerycznym chichocie, kiedy pokazałam mu pozostałe trzy pudła przy obłożeniu samochodu 120%. Spojrzał na psa zalegającego w łazience i stwierdził – A tobie współczuję. Kiedy zeszłam na dół ocenić sytuację, dosłownie posikałam się w majty. Znacie te chwile, kiedy wnosząc kanapę z bratem na czwarte piętro nagle zaczynacie się śmiać, a kanapa pomału osuwa się na palce? Pies wciągany przez tylną kanapę do bagażnika (nadal mamy popsuty zamek) rozkraczył się w połowie i odmówił współpracy, ja między górą wszystkiego a dzieckiem w foteliku na wdechu, żeby się tylko drzwi domknęły, GG kierowca, siedzenie dla siebie, po prawicy CB radio i całe centrum dowodzenia, wygodnicki.  Z zewnątrz samochód zapakowany jak na handel z pudeł. Byliśmy definitywnie atrakcją polskich szos.

Podczas ponad trzygodzinnej przeprawy mój kochany nagadał się przez radio jak zwykle. Ja, jako bardzo spostrzegawcza osoba stwierdzam, że kierowcy na trasie stają się w dupę uprzejmi (oczywiście do czasu). Po pierwsze wszyscy inni na drodze to koledzy:  „Koledzy jak tam sytuacja?” albo „Dziękuję kolego”, szkoda, że nie daj buzi kolego. Do tego zdrabniają na potęgę co mnie rozbraja. Jedzie taki Roman już trzecią dobę bez zatrzymywania, zapach stóp i pach szczypie Romana w oczy, kawał schaba, kurwą czasem mięsistą rzuci, a tu podnosi radio i zaczyna: mobilki, mobilki (serio?), jak tam dróżka (droga Roman, droga!) na Warszawę? Po czym kończy „ No dzięki kolego”.

Fajnie, fajnie,generalnie buziaczki i „pozdruuuffka” koledzy.  <3

Do miasta zajechaliśmy w okolicach dobranocki,  dziecko płakało już od Radomia. Ja w sumie też z tą różnicą, że mnie nie wolno, bo jestem dorosła i powinnam rozumieć. Co tu rozumieć, kiedy człowiek siedzi taki wygięty, że mógłby stopą podrapać się po czole spod pachy. Dramat. Pierwsze rozprostowanie kości pod nowym, pięknym, metalowym bloczyskiem i oto oni – Łodziaki w Lublinie!

Z pierwszych obserwacji donoszę, Lublin dziwnie absurdalnie podchodzi do życia. Samochody pod blokiem parkujemy przodem bo inaczej spaliny lecą sąsiadom do mieszkań (szacun dla tych, co mieszkają przy lotniskach i nie boją się zbierania z posesji wypadających z samolotów toreb), z podwójnych drzwi w mieszkaniu na klucz zamykają się tylko jedne a  drugie traktujemy jako zasłonę dźwiękoszczelną. Z ciekawostek językowych kilkudziesięciomionutowa rozkminka kim jest brejdak. Właściciel mieszkania, które wynajmujemy wspomniał o nim tyle razy w sąsiedztwie słów remont, malowanie, naprawianie, przyjdzie i zrobi, że uwierzyliśmy, iż brejdak to najzwyklejszy w świecie majster. Otóż nie – brejdak to brat. Bójcie się narody jak pocisnę z łódzką krańcówką i migawką.

Sąsiedztwo dość dziwne, ponure, bardzo ostrożnie podchodzi do rejestracji inszej niż wszystkie. Sąsiad z naprzeciwka podobno nie mówi dzień dobry. Nigdy. Ten z parteru, co ma dziwne nazwisko, jak kogoś nie lubi wybiega z mieszkania i zatrzaskuje drzwi przed nosem, no i ten spod osiemnastki, co ewidentnie nie lubi policji i prokuratury, dając tego dowód w postaci epitetów wywrzeszczanych na balkonie w eter. W jego też sprawie podpisałam już pierwszą petycję. Taka jestem.

Rozdziewiczając kuchnię młodą, lubelską kapustą i kotletem schabowym kończę relację z przeprowadzki. Póki co żyjemy, mamy się dobrze i odkrywamy coraz to nowsze zakamarki tego urodziwego miasta. Może tym razem ktoś pomacham mi na lubelskiej ulicy?  Zamykam komputer i lecę do sypialni. Fajnie jest mieć osobna sypialnię, kiedy przybyło się z 27. Metrów kwadratowych. Ach, rozmarzyłam się, a może tu zostanę?

– Fotorelacja z niedzieli –

Mały kryzys pakowacza. Dwie godziny do odjazdu i moje paniczne: „GG, nie widziałeś mojej ładowarki?!”

image-2

Efekt końcowy, Rysiowa Familia aka romski tabor.

image-3image-1No last but not least – dziecko przeprowadzone to dziecko szczęśliwe.

image

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

22 komentarze

  • ~BonaLisa

    07.05.2014 at 23:17 Odpowiedz

    Z radiowych tekstów najbardziej „lubię” jak do mnie co po niektórzy odpowiadają w stylu: „przed Tobą koreczek, weź zakręcik na miasteczko i jedź dróżką prostusio”…

  • ~m_madzia

    07.05.2014 at 23:26 Odpowiedz

    Kosmos 🙂
    Nie wyobrażam sobie przeprowadzki z tak malutkim dzieckiem. Sami zmieniliśmy adres rok temu, ale to wszystko w obrębie jednej miejscowości, i to dostawczakiem, na kilka rundek. Dziecko było dwuletnie, w brzuchu – 6-miesięczne. Ale i tak było ciężko.

    PS. Ja nie z Łodzi (choć prawie, bo dzieliło nas tylko 47 km 😉 ), więc wiem co to krańcówka. Migawka też 🙂

  • ~Karolina

    08.05.2014 at 01:25 Odpowiedz

    Grunt to dobra organizacja czasu i przestrzeni;-) Karmiac dziecko tak się usmialam.ze mi blizna po cesarce trzeszczala w szwach;-) a świeża jest i powinnam uważać.Jednak niezmiennie uwielbiam i życzę powodzenia w nowym miejscu Lublin piękne miasto:-)

  • ~małami

    08.05.2014 at 09:10 Odpowiedz

    O, ja też czytałam karmiąc dziecko 😉 Jeszcze są „miśki na hulajnodze” albo „miśki z suszarką”. A mobilki są o tyle dowcipne, że większość tych „mobilków” do malutkich nie należy.

  • ~Kacperkowa mama

    08.05.2014 at 09:16 Odpowiedz

    Leżę i kwiczę ze śmiechu, jak zawsze zresztą 😛 Pociśnij im migawką! Ja, Kujawianka z urodzenia, z wyboru Łodzianka, pierwszego dnia w Łodzi zostałam tym poczęstowana i oczywiście głupio mi było zapytać, co to 😛

    Wszystkiego dobrego, niech Cię w tym Lublinie wena do pisania nie opuszcza! 😀

  • ~J.

    08.05.2014 at 10:49 Odpowiedz

    A czemu nie zamówiliście jakiegoś dostawczaka? 😉

  • ~mimbla

    08.05.2014 at 10:55 Odpowiedz

    Jezu,jaka Ryśka fajna :))))

  • ~m,

    08.05.2014 at 11:06 Odpowiedz

    oplułam ekran ;-)))))jestes niesamowita. z Lublina niestety nie jestem, a chetnie bym Tobie pomachała 😉 pozdrawiam ciepło

  • ~Ara

    08.05.2014 at 11:09 Odpowiedz

    Że się tak wyrażę miSZCZ 🙂

  • ~meg

    08.05.2014 at 15:49 Odpowiedz

    A ja jestem z LUBLINA i cieszę się niesamowicie że przyszło CI mieszkać w naszym pięknym mieście. Jak się ogarniesz trochę to umówimy się na kawę.
    PS. Brejdak myślałam że to ogólnopolskie powiedzenie, ale pewnie jeszcze nie jedno mnie zdziwi.
    Brejdaczki chyba już nie trzeba wyjaśniać 🙂

  • ~gumofon

    08.05.2014 at 16:05 Odpowiedz

    🙂

    Kisiel musi mieć zajebistą minę jak *znów coś od niego chcą* 🙂

  • ~bazie_w_bravo

    08.05.2014 at 17:39 Odpowiedz

    doświadczyłem przeprowadzki pani mamy.
    trauma do konca życia, szacun GG.

  • ~katia

    08.05.2014 at 17:46 Odpowiedz

    macie combi i jeszcze Wam źle?! w dupach się poprzewracało!! 😀 kiedyś się jeździło fiatem 126p i było dobrze! 😀

  • Zołza

    08.05.2014 at 22:26 Odpowiedz

    Popłakałam się ze śmiechu 🙂 choć gdy sama się przeprowadzałam z 11-sto miesięcznym dzieciem wyglądało to na pewno podobnie 🙂
    A czy zostanę wtajemniczona i dowiem się co to krańcówka i migawka ??? 🙂

  • ~Wiwi

    09.05.2014 at 00:03 Odpowiedz

    Gratuluję! Misję „przeprowadzka” możesz uznać za zakończoną sukcesem! 🙂 Teraz misja „rozpakowywanie”… Powodzenia! 😛

  • ~doriss

    09.05.2014 at 10:39 Odpowiedz

    Czytam Cięod dawna i ok nogach leje nie raz ;p żze śmiechu oczywiscie..pozdrowienia z Lublina
    P.s. tak z ciekawości jaka dzielnica?
    Pzdrawiam

    • ~

      09.05.2014 at 11:11 Odpowiedz

      Czuby dzielnica a co do osiedla to kill me, jeszcze nie doszłam do tego 😉

  • ~Jaga43

    18.05.2014 at 20:45 Odpowiedz

    Hej Rysiowa! Czuby to fajna dzielnica, jeżdżę tam czasami do rodzinki. Teraz Lublin trochę rozkopany chyba, na spacery z małą zapraszam do Puław niedaleko przecież a wrócisz oczarowana :). A co do mobilków to oni zawsze tak zdrabniają-pracuję z nimi 🙂

  • ~Govinda

    23.05.2014 at 21:49 Odpowiedz

    Nasza przeprowadzka z Wawy do Lublina wyglądała dosłownie identycznie. Auto, dziecko i szpargały atakujące dziecinę.

  • ~Milena

    23.05.2014 at 23:36 Odpowiedz

    Życzę wszystkiego dobrego w Lublinie ! To moje i męża miasto „studenckie”. Teraz- mimo że od trzech lat towarzyszą nam dwa małe „robaczki”, potrafimy podczas krótkich- głównie wakacyjnych nawiedzin-odnaleźć w Lublinie powiewy naszej młodzieńczej beztroski 🙂 Serdeczne pozdrowienia od stałej czytelniczki bloga wdzięcznej za powody do intensywnego „uchachania”.

  • Monika Just

    30.01.2016 at 17:16 Odpowiedz

    Trafilam na ten blog niedawno, poprostu rewelacja wiec zaczelam czytac od pierwszych wpisow. Notorycznie opluwam monitor i zasmiewam sie jak glupi do sera 😂 Nikt nie potrafi tak opisac sytuacji ktore wszyscy przezywamy w tak niebanalny sposob!!!

  • Tomek

    20.02.2016 at 00:24 Odpowiedz

    Znam ów punkt nieco niewystarczająco, jednakowoż wierzę, iż notujesz z pojęciem.

Post a Comment