O żywieniu dzieci wiemy wszystko.

O żywieniu dzieci wiemy wszystko.

_f4a8134Nie wiem, czy na debatę o żywieniu zaproszono mnie ze względu na to, że mam dzieci i powinnam świadomie karmić, co żem poczyniła, czy bardziej któryś z organizatorów zorientował się, że twarz moja wchodzi w nów. Znowu. Tak czy inaczej wycieczka do Warszawy to zawsze ekscytująca historia. Raz, że temat zdrowego jedzenia już z założenia pogrążał mnie w głębokich wyrzutach sumienia bo to, co za zasłonką kuchenną zjada Krystyna kiedy nikt nie widzi woła raczej o pomstę do nieba niż o medal, dwa –  auto, którym się poruszam jest takim samochodowym dziadkiem z balkonem, a rozpędzanie go do 140kh/h gwarantuje  rozluźnienie stolca wszystkim podróżującym. Tak czy inaczej wyszło lepiej niż ostatnio, ponieważ w zeszłym tygodniu, kiedy wracałam z Warszawy sama, postanowiłam do Łodzi jechać przez Gdańsk. Z uśmiechem na ustach i wilgotnym okiem nadrobiłam sześćdziesiąt kilometrów w czterdzieści pięć minut. W radiu pobrzmiewało „WHY, WHY, WHY DELILAH?!” idealnie oddając mój stan emocjonalny. Zanim jeszcze zacznę o stanowisku Zespołu Ekspertów dotyczącemu roli przekąsek w zdrowym żywieniu, oraz poprawnych zwyczajach żywieniowych Polaków, przyznam się do dwóch obserwacji po systematycznych wycieczkach do stolicy i dopuszczę odrobinę samokrytyki. Mam takie dwie irytujące mnie cechy charakteru, a właściwie dwie pięty achillesowe. Mam ich więcej oczywiście, ale te dwie to już przesadzają. Uwierają w poukładane, dorosłe bycie jak kamyczek górskiej drogi w klapku japonku. W wielkim skrócie widzę siebie tak, że z palcem w dupie zaplanuję przeprowadzkę trzech pięter firmy, w której pracuję, skoordynuję potencjalnego falshmoba fermy królików w prowincji Shan – Dong i jak się uprę, upiekę ciasto z pianą z białek, która nie opadnie, ale na pewno, z gwarancją dożywotnią…

 

źle zjadę z autostrady.

 

Nawigacja samochodowa. Jest to małe osiągnięcie cywilizacji, którego nie ogarniam zaraz obok funkcji regram na Instagramie i całego Snapchata,  a które to pozbawia mnie na szybko jednego zwoju.  Ojezusmariaiwszyscyświęci.

 

Hasło „za sześćset metrów skręć w prawo” powoduje, że szare komórki wyparowują przez osłabione wcześniejszym „na rozwidleniu w lewo” mieszki włosowe, a ja, jak Neron, decyzję o skręcie podejmuję metodą na rozchwianego kciuka. „TAK” lub „NIE”.  No nichuja nie czuję różnicy między osiemset metrów a sto, nie wspominając, że podjęte przeze mnie zazwyczaj złe decyzje powodują dalsze lawirowanie w serpentynach szos przepastnych jak brzuch Ryszarda Kalisza.

 

Dalej.

 

Wchodzę do sklepu, coś mi się podoba, dotykam. Wszyscy dotykają, już taka ludzka natura. W następstwie dotyku dajmy na to bluzki, podchodzi do mnie ekspedientka i pyta się, czy może w czymś pomóc. – W czym – myślę sobie, przecież sobie poradzę. Bez przesady. Co ja bluzki sama wymacać nie potrafię? Ale stoi nade mną harpia, więc w zamiarze zaktywizowania funkcji, do których została pierwotnie zatrudniona i chcąc być miłym, bo ja naprawdę się staram, mówię – dobra, macie to w rozmiarze 42? – Po co pytam wie najprawdopodobniej tylko Bóg Ojciec i Duch Święty, przecież nie mam zamiaru kupować czegoś, co kosztuje jak fragment działki pod Pałacem Kultury . Pani oznajmia, że na sklepie już nie ma, ale chętnie sprawdzi w magazynie na czterdziestym piętrze, do którego będzie szła przez dwie ulice i przystanek dojedzie metrem. Więc jak mi już donosi tę bluzkę w rozmiarze 42, spocona jak prosię, bo ewidentnie kopała w worach żeby znaleźć, o co prosiłam,  nie mam sumienia odmówić i wracam do domu w nowym łachem. ZAWSZE! Jestem sieciówkową cipą. To jest comming out.

 

Tyle o mnie. Wracając do debaty o żywieniu i nawykach ludzi. Wiedzieliście, że człowiek zjada średnio w ciągu roku 14 kilogramów śmieci? Między innymi 3 kilogramy ciastek, 2 kilogramy  chipsów, 2 kilogramy  czekolady! Niby wszyscy wiemy, że promowanie regularności spożywania posiłków oraz kształtowanie prawidłowych preferencji smakowych powinno zajmować piedestał wśród nauk rodzicielskich, ale ile razy machnęliście ręką na „pożywny”, marchwiowy napój z półki, idealnie przygotowanej na wysokości oczu waszych dzieci. Ile razy dziadek wiedział lepiej, że od czasu do czasu nic nie szkodzi? Oczywiście, możemy rozmawiać o zdrowym rozsądku, którego jestem zwolennikiem, o słodyczach podawanych moim milusińskim, bez których czułabym wyrwę wychowawczą w matczynym sercu, ale dudnić będę wszem i wobec o niepopadaniu w skrajności, które Polacy uwielbiają. Albo marchew, woda, chipsy z jarmużu i fobia na gluten, albo kąpiele w syropie glukozowo – fruktozowym i nacieranie dziąseł paprykowymi Laysami.  Wiedzieliście, że według badań Insystutu Żywności i Żywienia, 90% uczniów szkół podstawowych i gimnazjów ma dobrą, lub bardzo dobrą wiedzę o zasadach zdrowego odżywiania, ale aż 85% dzieci w wieku 11-15 lat spożywa codziennie głównie niezdrowe przekąski, które dostarczają od 450 do 550 kcal? jabba_the_hutt_in_return_of_the_jedi_1983Szybkie tempo życia, długi czas, w którym nie ma nas w domu i ogromna potrzeba naładowania energią ukrytą w produktach łatwo dostępnych sprawia, że siedzą takie nieletnie Jabby przed monitorami komputerów, smartfonów, wpieprzają jak opętane, a po dwóch godzinach ostatniego wf-u wyglądają jak zmutowane buraki ze stanem przedzawałowym, z których kapie. Tak, dzieci nie chodzą na dwór. Dlaczego? Co się zmieniło od czasów mojej ostatniej partii w gumę? Dlaczego coś, co kręciło pokolenia do lat dziewięćdziesiątych, rower, zupa z tartej cegły na powietrzu, budowany trzeci raz w tygodniu szałas z koca i spinaczy do bielizny, wyparowały? Jako rodzice w obowiązku mamy po pierwsze naukę dokonywania świadomych, dobrych wyborów i mądrego korzystania z dostępnej żywności, ale też kopnięcie w dupę delikwenta, który od niewietrzonego pokoju mdleje, a na palcach wyrastają zwyrodnienia od komputerowej myszki. Panie i Panowie, do pewnego momentu życia dziecka to jest jak najbardziej nasza broszka. Serio.

 

 

Stopniowe, dobrowolne zmiany w diecie, których musimy się podjąć to droga do ulepszenia jakości życia naszych dzieci. Pączka za miłość. Miłość do włanej, zdrowej rodziny. Powodzenia. Idę studiować GPSa, asertywne odmawianie rozmiarowi 42. i siłę konsekwencji.

 

 

Konferencja „czy przekąski to zło?”,

Warszawa, 20 września 2016

Wykład poprowadziły:

prof. Anna Gronowska – Senger

prof. Jadwiga Charzewska

 

 

 

 

 

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

3 komentarze

  • Marza

    21.09.2016 at 13:29 Odpowiedz

    A wiesz, ostatnio mnie olśniło z tym wychodzeniem na podwórka. Mieszkam w dużym mieście, w rozrastającej się prężnie dzielnicy. Tuż obok mojego 15 letniego osiedla, gdzie dzieciaków biega sporo, rosną te „nowe” mieszkania. Mają ogrodzenia wokół bloku, bo to chyba bezpieczniej. O placu zabaw zapomnij, dzieci też tam nie ma, bo po co mają wyjść? Na półmetrowy spacerniak dookoła bloku? Z dziećmi z bloku obok na tym spacerniaku się moga spotkać i pograć chyba w siatkę, przez kraciaste ogrodzenie 😉

  • Karolina

    23.09.2016 at 09:49 Odpowiedz

    Mój smark, je słodycze na potęg, ale nie siedzi przed komputerem, ale biega po podwórku jak oszalała. 🙂

  • Monika

    19.10.2016 at 20:06 Odpowiedz

    Przypomniałaś właśnie mi moje czasy dzieciństwa, spędzone w Łodzi. Jak się spędzało cały dzień na dworze bawiąc sie w milion rzeczy i to było cudowne.Bardzo żałuję ,że moja córka tego teraz nie doświadczy tak jak ja. Moi rodzice wspominają jak miałam 4 lata i sama wychodziłam pobawić się w piaskownicy ( brałam krzesło i otwierałam zamek) ale też nie mieli tego stresu co my teraz. Osiedle otoczone blokami,główna ulica trochę dalej , no i samochodów mniej niż obecnie. Tam,gdzie teraz mieszkam, tuż przed wejściem do bloku mam ulicę niby osiedlową, a jednak kierowcy zap… jak głupi ( poszedł już wniosek o śpiących policjantów) ,więc jakby moja córka odwaliła to co ja moim to bym zeszła na zawał.W każdym razie u dziadków na osiedlu ma lepiej,więc tam może poszaleć.
    P.S. Ta gra w gumę, namioty i wywoływanie duchów, sklep spożywczy z trawą w roli szczypiorku,podchody,trzepak,gra „Wywołuję wojnędla”, poczta na sznurku między blokami- ech, te cudowne wspomnienia. Pozdrawiam Retkinię!

Post a Comment