o Żydach na sadzy, wojnie i podartym zdjęciu.

o Żydach na sadzy, wojnie i podartym zdjęciu.

 

„Drogim Rodzicom, dajemy swoje ślubne zdjęcie, żeby nas (młodych) zawsze mieli w pamięci. 

Józik z Wiesią

26 III 1946″

14139348_10207304294471871_145927689_oIm starsza jestem tym więcej z lokalnego patrioty mam za t-shirtem, tam pomiędzy żebrami, gdzie się bada przepływy. Moja mała Łódź nie kręciła mnie bardziej niż teraz, a kiedy nieudana emigracja rzuciła mną z powrotem jak ciężkim młotem Anity Włodarczyk, z wysp ponoć zielonych, ale niezwykle pochmurnych, gotowa byłam ściany wszystkie w „WIDZEW PANY” wysmarowane, własnoustnie wycałować od stóp, aż po same dachy. Celowo piszę „mała” Łódź, bo traktuje to miasto trochę jak własne, nieładne dziecko, które przechodzi mutację, albo młodszą, niekochaną siostrę, którą nie ma się kto zaopiekować, kiedy wpada w kłopoty i szuka domu. Jest we mnie konflikt, ale chyba ten właśnie napędza miłość do każdej nory aglomeracji. Nie wspominając, że z lotniska po okresie życiowej, jukejowej posuchy, odbierał mnie jeszcze wtedy Niemąż, jeżdżący Nissanem Micrą z 1995 roku, niebieską, za którą tak mnogo sypały się pytania – męskich nie było w komisie? Kwiatka też dostałam, pamiętam. Siedem lat później klękał na Gubałówce w śniegu po pachy pytając, czy za niego wyjdę. Wyszłam.

 

 

Moje korzenie sięgają okolic Warszawy, ale to najdalej, co o sobie wiem. Tożsamość warszawską pokazują zdjęcia prababć sunących dumnie w kapelutkach na bakier i z tak starannie odszytymi garsonami, że zawsze zbieram zęby z podłogi, moszcząc w palcach pożółkłe sepie. Mam na stanie takich zdjęć garść, dosłownie. Każde jedno znam na pamięć, głaskanie dłonią po wypukłym napisie sygnującym fotografie konkretnym, warszawskim zakładem fotograficznym, przyprawia mnie o ciarki. Tych ludzi nie ma, a małe, podniszczone karteczki to jedyne co zostało. Jak wyglądała Warszawa, zanim doszczętnie ją zniszczono. Kim była moja Prababka. Kim był człowiek, który towarzyszy jej na zdjęciu. Magia.

 

 

Moja Babcia, Babcia Wiesia, opuściła Starą Miłosną zaraz po wojnie. Dosłownie zaraz, bo w roku 1945 a w 1946 urodził się wuj, pierwsze z trójki ich dzieci. Nie wspominając nawet, jakie musieli mieć szanowni Dziadkowie tempo wydarzeń, skoro w rok zdążyli poznać się w łódzkich zakładach przemysłu bawełnianego, w których Babcia była tkaczką, a Dziadek kierownikiem zaopatrzenia, pochodzić na randki, zakochać się, urodzić dziecko i tak zostać przy sobie na blisko pięćdziesiąt lat.

 

 

14151675_10207304296751928_628005818_oHistoria tego zdjęcia, jedynej ślubnej fotografii dziadków jaką mamy w domu, sięga początków małżeństwa. Pierwsze wspólne, łódzkie mieszkanie, poddasze. Dziadek rosły mężczyzna, metr osiemdziesiąt z grubym hakiem i sufit, ponoć zawsze okopcony na czarno od palenia w piecu węglem nisko tak, że się Dziadunio garbić musiał. Z przekazów wynika, że uwielbiał na tym zaczernionym sklepieniu mazać paluchem postacie Żydów, z dużym nosem, pejsami i w czarnych kapeluszach. Ochoczo uciekał przed Babcią, kiedy po raz kolejny goniła go ze ścierą wołając – Józik! Do jasnej cholery! Jedno z takich artystycznych wynurzeń Józka nie znalazło zrozumienia u Wiesi i w przypływie wielkiego uniesienia raz, że wytłukli całą zastawę z powojennego kredensu i zmuszeni byli pić herbatę w szklanach po musztardzie, to dwa – dorwali ślubne zdjęcie, jedyne jakie im zrobiono i przedarli na pół na znak wymownego końca. Tam, gdzie zbiegały się barki, tam, gdzie ułożenie ciał wskazywało miłość, dotykając jedno drugiego. Zdjęcie na włosku trzymało swoje dwie części i całe małżeństwo, podzielone odrobiną sadzy i dużym nosem Moszego. Finalnie doczekali się tłustych rocznic i trójki dzieci.

 

14075074_10207304300632025_200777572_oI tak oto siedzę u mamy, u której zdjęcie zapisane przekazem bardziej niż tłuste knigi, świeci zza szyby brązowego kredensu, poklejone kilkoma taśmami na przestrzeni lat, scala dziadków i całą historię naszej rodziny, a w dłoniach pachnąca nowością, nowoczesnością fotoksiążka zatytułowana nazwiskiem, w której ja, małe Rysio – Jerze i Grzesiek, w otoczeniu starej przędzalni i tkalni Franciszka Ramisha. Serce rośnie, rodzina w miejscu, do którego przywiodła nas powojenna Warszawa. Dziadka duma urosłaby dwa razy. Odkrywanie tożsamości kręci mnie, a teraz może i moje dzieci. I choć starannie przeglądam kartki z sesji, i wiem, że nie da się zaprzeczyć wielkości takiej pamiątki, to czuję gdzieś głęboko, że to już nie tamte fotografie, które pożółkną z czasem, ani sztywna pocztówka wycięta wokół we wzorek jak w wiekowej papeterii,  którą przedrę, żeby potem kleić w dwustu miejscach. To już nie zapach skórzanego albumu. Jedynego jaki będziemy mieć, bo teraz zdjęć możemy mieć na wory i wartość ich jakby insza już. Czuję, że postęp nie końca był mi na rękę, jakby odbierał istotną część wymowności chwil, w których uczestniczę. Spoglądam jeszcze raz na dziadków za szybą, nieżyjących od ponad dwudziestu lat, później na nas w sztywnej okładce nowoczesnej książki, i mimo różnej formy życzę sobie, żebyśmy i my góry i doliny przeżywali na tyle zgodnie, żeby za pięćdziesiąt lat podać sobie pomarszczone grabie i wrócić do wspomnień.

 

 

Wspomnień w sztywnej okładce. Takie czasy.

 

 

 

 

*książkę wydrukowała dla nas CEWE 

 

 

 

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

10 komentarzy

  • magosia t m

    26.08.2016 at 11:08 Odpowiedz

    Juz od dawna jak czytałam Twoje wpisy to miałam wrażenie, że my to rozdzielone w szpitalu siostry bliźniaczki. To samo spojrzenie na tak wiele spraw… Ale dziś o tym patriotyzmie i Łodzi i zdjęciach starych i myśleniu jak to było kiedyś, wtedy, tam- dotknęłaś do żywego. Jak Cię spotkam na ulicy to wyściskam- ostrzegam 🙂

  • T.1987

    26.08.2016 at 11:35 Odpowiedz

    Takie wspomnienia są cenne, bo jakoś pozwalają zachować własne ja

  • Martek

    26.08.2016 at 12:57 Odpowiedz

    Oooo zegarek 😉

    I ja się staję coraz bardziej terytorialna, rodzinna, szkoda, ze coraz mniej osób, które można wypytać o przeszłość .
    Mi tych pożółkłych fotografii żal wystawiać na światło dzienne, zeskanowałam i wywołałam po raz drugi :p teraz czekają na czas Pragmatyka, żeby z nich galerię stworzyć

  • monika

    28.08.2016 at 11:34 Odpowiedz

    My fotoksiążki robimy od urodzenia się małego, zamawiamy przeważnie z pixbook 🙂
    Super pamiątka 🙂
    Zapraszam do mnie: http://maly-cud.blogspot.com/

  • hakah

    06.09.2016 at 15:15 Odpowiedz

    matuuulo mamo co to za mega lakier

    • MamaRysiowa

      06.09.2016 at 20:37 Odpowiedz

      jakiś hybrydowy brokat. Nic standardowego

  • Marta

    07.09.2016 at 15:48 Odpowiedz

    🙂

  • Hania

    07.09.2016 at 17:52 Odpowiedz

    super 🙂

  • Annz

    15.09.2016 at 23:04 Odpowiedz

    Toteż raz na pół roku wywoluję zdjęcia i wkładamy do albumu. Foto książkę zrobiłam raz, dla babci i dziadka moich dzieci, moimi dziećmi. Zniechęca mnie do foto książki selekcja zdjęć, tworzenie szablonu, brrrr! Wolę wywołać 500 sztuk i mieć wszystkie w albumie 😉

  • KasiaL

    27.10.2016 at 13:54 Odpowiedz

    Czy zdradzi Pani firmę zegarka? Zakochałam się 🙂

Post a Comment