O objawach mojej starości.

O objawach mojej starości.

Po ostatnim przeżytym tygodniu doszłam do wniosku, że starość to nie metryka urodzenia, ale zachowania w jakie wpadamy. A może właśnie w jakie powinniśmy wpaść, a na jakie już nie mamy siły, bo biegając za stadem zmieniamy się w podwiędłe pomarańcze. W prywatnym odczuciu trzy  faktory sprawiają, że człowiek zaczyna poważniej myśleć co się z nim dzieje i dlaczego systematycznie zasiada do Wiadomości. Taki mój mikro ranking top trzech powodów świdczących o nichybnych procesach. Tym samym pozdrawiam wsystkie gibkie pięćdziesiątki latające w cekinach na pląsy. Tydzień w tydzień. Drogie Panie  jesteście wielkie i należy z Was czerpać całymi garściami.

 

Powód 1 – wyjścia.

 

Nareszcie udało Ci się wyskoczyć na miasto. Kiedyś oznaczało to wielogodzinne przygotowania, golenie nóg razem z udami, szaleństwo! Prasowanie majtek, wybielanie staników na wypadek seksu życia i wiele innych. Dzisiaj dziękujesz Bogu, że znalazłaś czas na szybki prysznic pod skrzydłem, wypłukanie ust Listerinem i przetarcie trampek mokrą chustką, w którą przed chwilą wysmarkałaś nosa jednego z narybka. W tak zwanym międzyczasie ugotowałaś zupę na kostce rosołowej zagłuszając swoje wyrzuty sumienia, że dzieciarnia bez obiadu, rozłożyłaś tony skarpetkowej drobnicy dzieci do szuflad malując rzęsy chyba nogą, i ułożyłaś misternie włosy. Suszarką. Poziom ekscytacji z wyjścia kipi w Tobie jak niedopilnowane mleko, niech się dzieje wola nieba, myślisz sobie, nareszcie porozmawiasz z kimś, kto nie przeżył rzygania dzieci w restauracji i łapania tego w ręce, nareszcie nikt nie obsika Ci pleców, bo zapomniałaś założyć  pampersa i chyba spokojniej pobawisz się wiedząc, że nie musisz  sprawdzać koleżanek co dziesięć minut pytaniem czy nie chcą kupy. Więc jedziesz w tramwaju, żujesz orbitkę jak za dawnych, dobrych lat, a w uszach rozbrzmiewa ulubiony utwór. Gra z tych słuchawek, które dostałaś w komplecie z nowym telefonem, a których nie miałaś przyjemności  (ani potrzeby) wyjąć z pudełka od pół roku. Dojeżdżasz na miejsce, przy pierwszym piwie opowiadasz w jakim jesteś imprezowym nastroju i jak zatańczysz na stole do „Smack my beat up” Prodigy, jak pierwsza dorwiesz jakiegokolwiek Anglika  celem udowodnienia słuszności piątki na ustnej maturze i zaczepisz napotkanego Niemca odpowiadając na zarzuty własnej matki, że jednak coś pamiętasz z bambiliona godzin nauki języka zachodniego najeźdźcy.

 

W praktyce.

 

Pod koniec pierwszego piwa zastanawiasz się czy jest sens kupować drugie, bo już teraz zaczynasz widzieć podwójnie, a na samą myśl kaca przy dwójce dzieci zarzucasz sobie pętlę na szyję i skaczesz z mostu. W końcu nie piłaś od roku. Z popisów językowych raczysz towarzyszki pełnym głębokiego przekazu:  „iś geje lunąć” oznaczające nadal ciężko sprawnie działający pęcherz i nadchodzącą podróż w stronę wucetu. Spoglądasz na zegarek, dając sobie łeb uciąć, że wybija trzecia w nocy, a tam… dwudziesta druga pięć! Jezu Chryste, serio? I kibel. Nie wyjdziesz przecież  o dziesiątej bo Ci mąż kaszlnie śmiechem w twarz. Siedzisz dalej jak na skazaniu, łapiesz ziewnięcia w rękaw, żeby nikt nie spostrzegł, jaka jesteś wypierdziała emerytka, aż wybije chociaż dwudziesta trzecia trzydzieści i będziesz mogła spokojnym krokiem udać się w kierunku taksówki. Nie będziesz wracała nocnym. Przy takim poziomie wypompowania odbijałabyś się jedynie od końcowych przystanków śliniąc szybę w ostatnim rzędzie wytartych foteli. No cóż. To chyba już. Chyba zaczynasz się starzeć.

 

Powód 2 – „melomanka”.

 

Swego czasu komentarze mamy kreśliły cienką kładkę na moście Twojej cierpliwości, kiedy uwłaczała takim fenomenom jak drum’n’bass czy dubstep. Dzisiaj sama wyszłabyś  zdzielić komuś, kto gdzieś na horyzoncie, w bloku na drugim piętrze, za przeproszeniem  – napierdala garem o metalowe pręty balkonu albo dokonuje próby zarżnięcia własnego klopa wiertarką udarową, nazywając to muzyką. Święty Janie w bitej śmietanie. Jak masz się skupić, czy mierzona właśnie w siecówce spódnica w rozmiarze L nada się na wyjście z domu bez kompromitacji, skoro stojąc w ciasnej przymierzalni z głośnika wybrzmiewa ścieżka dźwiękowa jakiegoś  zakładu metalurgicznego, albo skupu złomu. Ewenatualnie turborapy z przesłaniem. „Zabiorę cię do sklepu i dam Ci wylizać mojego lizaka”. Genialne.

 

Powód 3 – Ty w tłumie.

 

Na myśl o imprezie w domu nie myślisz, jaką playlistę ułożyć i w co się ubrać, tylko kto to wszystko pozmywa. Kapitulujesz, na mieście też odbywają się grube festyny w plenerze. Foof festiwale, koncerty, manify, też dobre, o ile karmią po. Zabierasz na wypad całe stado, wózek, pingwina na badylu, hulajnogę, kurtkę ciepłą, zimną, czapkę z pomponem i katanę na deszcze. Zza tylnej szyby nie widzisz absolutnie nic, ale nadal lepsza to opcja niż sprzątanie po grillu. Dojeżdżasz pod wskazany adres. Na miejscu okazuje się, że 3/4 miasta też nie lubi zmywać. Nie zrażasz się. Nie po to misternie naciągałaś rajstopy gawiedzi i wywinęłaś marynarski węzeł pod nosem starszaka chustką z kotem, żeby teraz tak łatwo odpuścić. Naciągasz dzieciom po kapturze na twarz, zaczyna siekać deszcz, nadal dziarsko prowadzisz drużynę do koryta. Wchodząc w hordy głodnych obywateli miasta czujesz się jak Twoi rodzice na koncercie Tiny Turner w Warszawie, w 1996 roku, na który z kolei zjechała cała Polska, Czeska Republika i kawałek byłego NRD. Rozglądasz się po ludziach. Wszystkie panny poodkrywane plecy, kostki w butach bez skarpet zdają się krzyczeć –rauuuunku, proszę pani niech jej pani coś powie, prosiiiimy. Widzisz męża. Na widok gołych łydek innych mężczyzn jakby głośniej dzwoni zębami. Dziecko coraz mocniej podduszone tłumem piszczy nieśmiało – jeść, jeeeść. Przeciskasz się więc walecznie w kolejce po barszcz ukraiński w temperaturze lawy z Pompejów i wdychając głęboko powietrze, pomału wydychasz. Przygryzając w lekkiej frustracji policzek od środka czekasz, aż będzie można bezkarnie cisnąć tymi buraczkami w  kogoś, kto drugi raz podeptał ci buty i szturchnął wystudzoną już łyżkę zupy wylewając wszystko z powrotem do pudełka. Zupa nadal gorąca, w wózku zaczyna ryczeć najnowszy okaz, ludzie odbijają się od siebie jak ślepe nietoperze, na plecach kurtki znajdujesz musztardę, małżonek nerwowo podryguje nogą – dobra, ja wychodzę, zanim kogoś pobiję.

 

 

I wychodzi. Ty za nim plus dzieci. Finalnie grzecznie podążając do restauracji, w której dają zupę na talerzu i można skorzystać z metalowej łyżki. W kątku czasoumilacze dla dzieci w postaci klocków przybijają Ci piątkę…  Jest i zabawowa kuchenka od szwedzkiego przyjaciela. God bless Ikea. God bless…  Palce zaczynają odpuszczać zasinienie z zimna, w brzuszku kotłuje się rosół. Czujesz, że znalazłaś swoje miejsce na ziemi…

 

 

Na marginesie przypominam sobie powrót z jednej imprezy, niedziela godzina 10:00. Mama przy stole ochoczo chrupała śniadaniową rzodkiewkę. Wchodzę ja, staję w drzwiach liwingrumu, mama raz na mnie, raz na wiszący nad stołem zegar, na mnie … i tu oczy zawiesza, przeżuwanie wstrzymuje. Tak się gapi, ja nie wiem o co chodzi… zdzieli mi w twarz, albo i nie. Ciężko wyczuć.

O wyrazy podziwu chodziło ludzie, teraz to wiem. Podziwu, że o 10:00 rano wróciłam, obcas na palcu dyndał, wróciłam i się jeszcze na nogach trzymałam. I że mi się chciało tak wracać. I o takiej godzinie. Teraz to wiem.

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

8 komentarzy

  • Dziubasowa

    22.04.2016 at 12:29 Odpowiedz

    Dorzucam do kategorii „wyjścia” misterne wybieranie garderoby, w którą nie spociłam się ze wszelkich dostępnych ludzkiemu organizmowi gruczołów ubierając Bobasa przed wyjściem oraz takiej, która nie ma jeszcze mlecznego bełta na ramieniu/dekolcie/plecach. Kiedy o tym pomyślę, dochodzę do wniosku, że dziennik o 19.30 nie jest taką znowu złą formą rozrywki a przy okazji można go obejrzeć leżąc w cudownym wygodnym łóżku. Alkohol przestał być taki zabawny odkąd pojawił się kac, a muzyki własnej ukochanej słuchałam chyba w minionym stuleciu, kiedy szczytem technologii był Winamp.
    Niech żyje starość! …I wygodne buty miast szpilek 😛
    Pozdrawiam! 🙂

    • MamaRysiowa

      22.04.2016 at 13:21 Odpowiedz

      Winamp! !! Aaaaa! Faktycznie!!!

  • Agata

    22.04.2016 at 12:45 Odpowiedz

    Tak, tak. Ten kac podczas zajmowania się dzieckiem, które jakoś nie lubi spac, skutecznie odpycha od picia alkoholu.

  • Dorota

    22.04.2016 at 13:58 Odpowiedz

    Jak to możliwe żeby tak opisać moje życie, żebym się prawie posikała ze śmiechu!?

  • Anna Rutkiewicz

    22.04.2016 at 14:27 Odpowiedz

    Oj tak oj tak 🙂 nie zrozumie ten kto nie ma dzieci, gdzie przy wyborze garderoby jeszcze sprawdzam czy da się w tym nakarmić młode 😉 o słuchaniu swojejmuzyki nawet nie marzę 😉

  • Kinga

    22.04.2016 at 18:35 Odpowiedz

    Wszystko super juz się z tym pogodzinami… tylko czemu do emerytury tak daleko. 😉

  • Kasia

    22.04.2016 at 21:36 Odpowiedz

    pierwsze samodzielne wyjście, po urodzeniu młodej, skończyło się jak potańcówki w liceum. Nagle poczułam się spuszczona ze smyczy i uchlałam się jakimś wybitnym ponoć winem (byłam na warsztatach winiarskich-nie to że sama tak burżujsko się prowadzę). Kac następnego dnia prawie mnie zabił, rechot konkubenta prześladuje mnie do dziś.

    drugie samodzielne wyjście było bardziej kulturalne, bo szłam do teatru. Ubrałam się ładnie i jak człowiek wyglądałam. Dumna z siebie byłam i trakcie przerwy przechadzałam się po foyer….a potem wróciłam do domu i dojrzałam że na tyłku miałam przylepione chrupki kukurydziane.

    Także tego…wyjścia samodzielne chyba nie dla mnie 🙂

  • Margret

    25.04.2016 at 10:43 Odpowiedz

    Ale jestem stara! Pkt. 1 i 3 to musi być jakaś mutacja komórek w mózgu matek! Prawie wszystkie jakie znam to mają. Normalnie rodzisz i tak się mutują jak króliki popromienne. Przeliczasz promile na godziny kaca, a wyprawa w dziki tłum rodaków grozi przegryzieniem czyjejś tętnicy 🙂

Post a Comment