O ciepłym chlebie wieszanym na klamce.

O ciepłym chlebie wieszanym na klamce.

– Mógłbyś czasem mówić o miłości tak, jakbyś jeszcze chciał się o nią spierać? Jakbyś potrzebę miał jak moja, być jak wtedy? Wcale nie tak o niej gadać, jakbym przypominaniem tylko, że mi mówić o niej trzeba, że w sumie to nawet jest mi brak, trzaskała cię po twarzy dla ocucenia. Jak kalendarz na biurku jakiś, taki z alarmem: „Hej mężczyzno, dzisiaj nie rzuciłeś ani jednym ciepłym gestem w jej stronę. Zrób to, zanim zacznie strasznie głośno trzaskać sztućcami w kuchni i zanim poda herbatę bez „proszę” z tępym wzrokiem zawieszonym na ścianie.”

 

– Kocham – odpowiedział przeciągając samogłoski – ale wstałem dzisiaj o czwartej rano i język mam jakby nazbyt odrętwiały żeby mówić. Spuchnięty taki. Za dużo już dzisiaj opowiadał – dodał tak zupełnie oczywiście. Tak definitywnie. I jednoznacznie tak. Że wiedziałam, że prawdę mówi. Że nie powinnam nigdy bać się  ulotności jakieś dziwnej. Nie powinnam.

 

Mimo to przyglądając się jego twarzy myśli zawieszałam na plastikowej reklamówce wieszanej na gałkowej klamce na drzwiach mieszkania mojej matki, na których dawno temu zahaczał jeszcze ciepły chleb. Ciepły chleb, Boże. Jakie to egzaltowane. Liryczne. Żałościwie wręcz. Ale wracałam tam często i czułam jak pachnie. I on i chleb. Teraz patrzyłam na jego ręce takie już bardziej moje niż kiedykolwiek.  Dwie dłonie głaszczące kolano i kawałek uda, dzielące atencję między mną a pilotem od płaskiego telewizora. I że chociaż teraz tutaj należało mniej myśleć o kruchości relacji damsko – męskiej niż wtedy, kiedy tylko patrzyliśmy na siebie długo i natarczywie, próbując zgadnąć: „Mój będziesz? Będziesz moja?”, to teraz. Teraz brakowało mi tamtej niepewności jak nigdy wcześniej. Na myśl tamtego chleba uchylałam usta w uśmiechu rozmarzonym. Takim tęskniącym.

 

Zapachu nagrzanej reklamówki od parzącego chleba i palców oprószonych w mące. Tych zsuwających później ramiączko od mojej nocnej koszuli zimą, w lekkiej ciemności. Daj mi. Nie pojedź kiedyś do pracy. Zachoruj na niby. Przywieź mi jeszcze taki chleb.

 

Tamta niepewność. Jaka ona była kształcąca.

 

 

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

2 komentarze

  • Dziubasowa

    20.09.2017 at 15:43 Odpowiedz

    Rozmarzyłam się….idę najpierw po kromkę chleba a potem zaczepić Dziubasa. (Najpierw przetrwanie, potem przyjemności!)
    Pozdrawam :*

  • Madralala

    21.09.2017 at 11:30 Odpowiedz

    „Zachoruj na niby” <3 marzenie codziennie rano. Dzięki za świetny tekst!

Post a Comment