NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY, CZYLI TYDZIEŃ W TOWARZYSTWIE SSANGYONGA RODIUSA

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY, CZYLI TYDZIEŃ W TOWARZYSTWIE SSANGYONGA RODIUSA

 

Całe życie słyszałam od matki słowa nauk społecznych. Słyszałam, że nie wolno dyskryminować, oceniać po okładce, nie należy żyć stereotypami. Polak złodziej, Niemiec faszysta, Żyd malwersant. Mama powtarzała jak mantrę, że każdemu należy się równa szansa, a dopóki nie sprawdzę na własnej skórze z kim mam do czynienia nie powinnam wychylać się z oceną. Ta sama kobieta sprzedała mi dawno temu pewną życiową prawdę nie wiedząc jak wielkie przełożenie znajdzie owa również w świecie motoryzacji XXI. wieku. „Każda zmora znajdzie na siebie amatora” repetowała, co dwadzieścia lat później oczywiście nadal znajdowało odbicie w rzeczywistości homo sapiens, ale zaczęło również niepokojąco pasować do aut urody nikczemnej, którymi interesował się małżonek. I tak zmierzając do meritum, bo o trudnych miłościach dzisiaj sprawa, przeczeszemy wzdłuż i wszerz koreańskiego SsangYonga biorąc na warsztat najnowszą wersję, Rodiusa Turismo w wersji 2.2 D 4WD AT. Choć odruch obronny wydawałby się czymś oczywistym, postaram się zmienić wizję niedowiarkom i delikatnie przypiłować ostre krawędzie szydery, w jaką bez znajomości tematu daliśmy się wszyscy bardzo łatwo wmanewrować.

 

 

 

 

Dzień dobry, tu  SsangYong

 

 

Moja przygoda z SsangYongiem w ogóle, zaczęła się mniej więcej dwa lata temu, kiedy zdecydowanie zbyt często wypowiadana w domu nazwa weszła na stałe do języka Grześka i zaczynała w nadprogramowej ilości wytwarzać sytuacje face to face. Stawaliśmy na środku ulic twarzą w twarz z efektem koreańskiej myśli technologicznej. On się ślinił, ja – przypuszczam, że wątpię. Lato 2015. Podjeżdżamy na stację benzynową Oplem, jak zwykle za daleko od dystrybutora gazu. Grzesiek gnie się i marudzi, ładuje pistolet we wtyczkę pod tablicą rejestracyjną . Jest syknięcie LPG, dystrybutor zaczyna kilkunastosekundowy bieg po szczęście. Stary zawiesza oczy na stojącym obok pickupie i zaczyna głośno marzyć. Słyszę jego bajania przez uchylone okno. Śni o czymś na wzór amerykański, na czym domek letniskowy z pełnym wyposażeniem można przewieść na kipie bez rozkręcania na części. Zachęcona emocjonalnym uniesieniem męża zaczęłam przyglądać się sensownej maszynie, kiwając głową w zgodzie przypomniałam sobie słowa matki. I kiedy miałam już poklepać mężczyznę po kolanie i ugiąć się naciskom na nikomu nieznany twór wschodnich kolegów, zajechaliśmy pod auto z drugiej strony, a ja dostałam duszności. Po tym jak bezimienny pickup poszczuł tyłem, jak uśpił czujność niezłym końcem, wyskoczył jak filip z konopi klocek niczym dojrzały, łysiejący mężczyzna z wysokim czołem, który upalił sobie nad ogniskiem brwi. Ludzie, nic tak nie przypominało Worfa ze Star Trecka jak SsangYong Actyon Pickup. – Nichuja!! – rzuciłam w stronę Starego pewnie, odwracając głowę pospiesznie w kierunku szyby. Już mnie miał, już prawie. Emocje opadły. Wzięliśmy na warsztat pierwszego Rodiusa. Mniej więcej wtedy umarłam po raz drugi, bowiem stary SsangYong Rodius to jest proszę państwa materiał na treściwy standup, nie na auto rodzinne, a już na pewno na motoryzacyjny roast, w którym producenci Multipl, Ka, Nowego Nissana Micry, Pontiaca Azteca i Matiza wytykaliby sobie największe babole i projektowanie po LSD. Auto wyglądało tak, jakby ktoś odruchowo zamknął drzwi od bagażnika na przemysłowej lodówko zamrażarce albo zabudował balkon pleksi. Przód nie lepiej. Smutno i odpychająco, jak po cebuli. Nie było więc miejsca dla samochodu z Korei ani w moim sercu, ani na podjeździe przed domem, ani pod kocem w garażu sąsiada, pod ziemią też nie. Nigdy. Never. No way. Ale… nigdy nie mów nigdy, prawda stara jak świat.

 

 

 

Pimp my Rodius

 

 

Mówią, że ludzie uczą się na błędach, ale twórcy SsangYonga powinni w tej kategorii stanąć na podium. Kiedy na rynek wkroczył Rodius po liftingu szczerze mówiąc – opadła mi szczęka. Nie dlatego, że zobaczyłam najładniejsze auto na świecie, nie, ale pewnie dlatego, że przepaść wizualna między żałosnym karawanem bez dziewczyny, mieszkania i planów na życie a wersją po metamorfozie była tak znacząca, że nawet wyszczekanemu językowi zabrakło energii i pomysłów na uszczypliwości. Rodius poszedł po rozum do głowy, zaliczył kilka nieprzespanych nocy, wytarł ze dwadzieścia gumek z myszką nad kartką techniczną i otrzepał kolana z kurzu. Projektant pracujący nad ulepszoną wersją zapewne postawił sobie za punkt honoru zdjęcie ze swoich ramion drwiny Europy. Strugając ołówek nad biurowym śmietnikiem nucił pod nosem długo i treściwie „We are the champions” i tak od machnięcia do machnięcia zaliczył, ale czy na piątkę? Ja daję mu bardzo mocne trzy. Trzy z plusem, co w kręgach akademickich brzmi mniej więcej jak „Amen” i „Gloria in excelsis Deo”. Po kolei.

 

 

 

 

Wygląd

 

 

Obiecuję, że wygląda dobrze. Jak tu siedzę i popijam zimną kawę nie dowierzając, że to piszę – wygląda całkiem sympatycznie. Nie jest to oczywiście Volvo V90 CC i nie złapiemy na auto żadnej potencjalnej żony, ale przypominam, że duży, przestronny samochód dotyczy już pań i panów, którzy lata jeżdżenia z otwartym dachem i czaszką przewieszoną przez otwarte okno, mają za sobą. Tył złagodzony nie wygląda już jak dupa Nicki Minaj. Przód zmienił się nie do poznania względem oklapłych powiek przeszłości. Całość nabrała poważnego charakteru dla poważnej rodziny, a szukanie auta na marketowym parkingu nie musi już iść w parze z pąsem wstydu. Jest dostojny, dojrzały i za nic nie przypomina siebie z młodości. Jest teraz w Rodiusie coś pociągającego, coś jakby sugerującego dobrobyt i status życia, ale jak słusznie już kiedyś zauważono wygląda jak bardzo dobrze zakonserwowane, dziesięcioletnie auto z garażu, które w prawdzie ma przed sobą jeszcze całe życie, lecz za nic nie daje po sobie poznać, że jest jedynie roczniakiem. Tak czy inaczej, spodobał mi się. W kwestii wyglądu podaliśmy sobie nareszcie ręce.

 

 

 

 

 

Wnętrze

 

 

Panel sterowania wszystkim, co w samochód włożono podróżuje w czasie, łącząc finezyjnie i dając jak na tacy cały wątek netflixowego serialu DARK. Zegary, pięknie podświetlone zegary usadzone centralnie na desce rozdzielczej zerwały z kopyta i moczą nóżki gdzieś w futurystycznej przyszłości, podczas gdy wyświetlacz radia za mocno wziął do serca przyjaźń z Nokią 3210 i zastygł w stylu wintydż. I tak prowadząc samochód co chwilę koicie oczy turkusem wyświetlania prędkości, żeby za chwilę skwasić gębę pod światłem RMF.FM, które do złudzenia przypomina pierwsze turnieje w węża na telefonie komórkowym ojca. Po doświadczaniu luksusu w V90 trzeba było zejść na ziemię i przestać oczekiwać Swarovskiego na pokrętle zmiany świateł, za to np.: zacząć chwalić ssangyongową, skórzaną tapicerkę łatwą do utrzymania w czystości, przestrzeń, płaską podłogę dającą upchnąć w ludzkich warunkach kontener z kotem, jeszcze więcej przestrzeni i zapach w y g o d y, bo do wygody niewątpliwie Rodiusa stworzono. To nic, że przez tydzień szukałam sposobu na uruchomienie tylnej wycieraczki, a udało mi się dopiero po odpaleniu Googla. Nie zniechęciłam się. Środek sprawia bowiem wrażenie solidnego pokładu samolotu, który ma przetransportować dużo waszych dowodów miłości i dać w spokoju dojechać do celu bez wyrywania kłaków w napadach agresji, rodzeństwo rodzeństwu.

 

 

 

 

Pojemność i wielkość

 

 

Co do pojemności i wielkości samochodu uspokajam, że nie trzeba posiadać dodatkowego prawa jazdy i nie jest to stary Ikarus, chociaż faktycznie szukając miejsca do zaparkowania i kręcąc pokraczne twisty w ciasnych przestrzeniach, kilkukrotnie stanęła mi przed oczami gałka na kierownicach starych miejskich autobusów. Wielkością deklasuje wszystko, co osobowe i jest wyznacznikiem tego, jak f a k t y c z n i e można podróżować wygodnie. Wiem, co piszę. Na tapecie samochodów branych pod uwagę sterczy jak drut Dacia Lodgy, rozkładająca awaryjnie połacie na opcję dla siedmiorga. Zaufajcie mi – słowiański przykuc na tyle w Dacii połączony z wąchaniem własnego krocza mimochodem, mają się nijak do królewskiego posiedzenia na tyłach molocha Rodiusa, w którym kopyta można wyprostować do maksimum, szampana polać i tak siedzieć. Bagażnik jest odrębną przestrzenią, więc spokojnie, z dywanem z Dywilanu nie będziecie już wracać jak Cyganie. Dodam jednak łyżkę dziegciu do beczki miodu, bo sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie 😉 Czujniki parkowania przechodzą pewnego rodzaju bunt dorastania, albo wręcz odwrotnie – cierpią na demencję, co w przypadku rozmiaru maszyny zaczyna mieć ogromne znaczenie. Najpierw zbierają zasięgiem krawężnik i oznajmiają zagrożenie w ruchu lądowym głośno, jak porzucone nastolatki, żeby później nie widzieć drzewa do momentu, w którym zaczynasz mieć pełno w gaciach i nie wiesz: zatrzymać się już czy zaufać elektronice. Przyciemniane szyby z tyłu i stosunkowo niewielkie lusterka sugerują branie AC w standardzie i na pewno. Wysiadanie męża do oceniania odległości przy parkowaniu tyłem zaliczam już nawet do anegdot.

 

 

 

 

Jazda i spalanie

 

 

Ciężko mówić o zespole McLarena w kontekście Rodiusa i testowaniu osiągów na torze. Trzy tony masy całkowitej nie chodzą piechotą. Oczywiście nie podam nikomu pomiarów, bajerów i nomenklatury technicznej bo kogo to obchodzi w damskiej wersji recenzji auta, ale w skrócie: depnięcie jest, tira weźmie na miękko i nie telepie na dziurach. Zapakowany po korek w diesla przejechał Polskę w dwie strony fundując wynik spalania na poziomie 10. litrów. Podróżowanie było przyjemnością, no muszę to przyznać, a pozycja kierowcy dużo, duuużo ponad ziemią funduje niesamowite uczucie zajebistości. Nagle stajesz się Grigorij Saakaszwili, a to tutaj to twój Rudy 102. Kto nigdy nie prowadził kredensu na wysoki połysk nie wie nic o wyższości takiego prowadzenia. Wbrew wielkości i pierwszemu wrażeniu okazał się być samochodem ekonomicznym i zaskakująco zwrotnym.

 

 

 

I co ja na to?

 

 

Dziwnie mi z tym, tak rzadko przyznaję mężowi rację, ale oprócz wspomnianych, oczywistych minusów, SsangYong Rodius staje się niedocenianym zawodnikiem w klasie aut rodzinnych i można się nad nim zastanawiać. I tak, mogłabym nim podróżować na stałe pomimo nazwy i zdziwień na twarzach ludzi, kiedy zaczynam wywód od słowa „ssa”, chociaż przyjaźń nasza nie byłaby pewnie spontaniczna i wymagałaby czasu. Coś, co niewątpliwie dodatkowo przyciąga to jego znośna cena (jak na gabaryt, wyposażenie i rocznik), no a widok wyprostowanych nóg i pleców dzieci zapiętych bezpiecznie na dwóch, samodzielnych siedzeniach drugiego rzędu napawa optymizmem. Tu dochodzimy do sedna historii – Mama jak zwykle miała rację, a ja pozostawiając was z nauczką na całe życie pokręcę się jeszcze chwilę obok nowego Rextona G4, po którym dopiero widać, jakie oświecenie przechodzi koreańska marka. Śmiechy śmiechami, ale kto wie, czy jeszcze kiedyś nie zobaczymy Bonda ścigającego za łotrami w futurystycznym SUVie od SsangYonga? Proszę powstrzymać złośliwe komentarze. Dzisiaj wizja wydaje się być zabawna i niedorzeczna, jutro może być nam wszystkim niesamowicie głupio. Przecież… kto z nas pięć lat temu wyobrażał sobie Antoniego w fotelu szefa MON? 

 

 

Auto przetestowane dzięki uprzejmości SsangYong Motors Polska – www.ssangyong.pl

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook109Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

No Comments

Post a Comment