Nie mam nogi, Panie Kaziku.

Nie mam nogi, Panie Kaziku.

Męczeństwo kobiety odsłona kolejna. Zaraz po zapytaniu farmaceutki we Wrocławiu, czy pieluchy, o które pytam, to na mnie, bo takich dużych w paczkach po trzy nie sprzedają. Nie, nie na mnie. Stolec jeszcze trzymam, ale do brzegu. Dzisiaj z Łodzi.

 

 

Zapakowałam dobytek jak mogłam najlepiej wychodząc z założenia, że świeże powietrze jest potrzebne zarówno charczącej od miesięcy dwulatce jak i mnie, niedoszłemu gruźlikowi z kołdunem czterdziestego tygodnia, jak u sąsiada Czesia po dwunastu piwach typu bączek, 0,33l metrażu z woltażem płynu borygo. Krystyna sprawnie zapakowana w zapasowy wózek, jedyny jaki dożył czasów obecnych, usnęła praktycznie od razu po otworzeniu drzwi. Pierwszy wózek zginął w okolicy wszystkich świętych, a dokładnie przed cmentarzem, kiedy odspawana od reszty rurka tak porządnie rozjuszyła małżonka, że skopał resztę żelastwa opierając się o swoją starą Vectrę w dieslu, wypogował wręcz jak nastoletni skinhead naszego czarnego rumaka na oczach policji z patrolu „Jedź bezpiecznie”, rodzin z dziećmi i sprzedawców sztucznych kwiatów, okraszając wszystko cedzonymi przez zęby, pod nosem, hasłami „no złóż się kurwo, nie walcz z tym”. Żywota dokonał Baby Design. Mamusia moja patrząc na egzekucję tak finezyjnie paliła cienkiego, ruskiego peta, kiwając głową z uniesioną brwią…

 

 

Dziś. Wyszłyśmy  jak diwy z wiejskich zakamarków miasta, wypieszczone jak Alexis z Dynastii. Ja w szarym szlafroku zwanym „płaszczem”, Krystyna w zapasowm wózku pomarańczowej poświaty, oblanym absolutnie każdym płynem z bagażnika mojego auta jako, że jeździł z nami wszędzie przy kole zapasowym i oleju silnikowym w niedomkniętym pojemniku. Zatoczyłyśmy kilka kółek na osiedlu, na popiskującym składzie z oberwaną na uchwytach gąbką, pogadałyśmy, pokaszlałyśmy, wysmarkałyśmy gluty po sam mózg, szybka decyzja kierunek Żabka, gotowce na obiad i do domu.

 

 

Nabrałam same pyszności, nominując się po raz kolejny, automatycznie, do tytułu Matki roku: mrożony Giuseppe, mrożone pyzy z mięsem i żelki, w sam raz na zbilansowany posiłek i ciche zakopywanie wyrzutów sumienia. Obwiesiłam wózek tobołami jak wóz cygański modląc się, żeby tylko sprawnie dojść do naszej chatki na kurzej łapce, bez zwolnienia blokady maszyny losującej i płynących obok mnie wód płodowych. Wychodząc umęczona jak Jezus, nieporadnie poczłapując noga za nogą, z wypadającym spod pachy pudłem mrożonego placka i kluskami nieznanej firmy, ujechawszy może dwadzieścia metrów oczom moim ukazało się

 

 

…turlające…

…czarne…

… kółko…

 

 

Mhm. Przyjęłam do wiadomości. Okiem gonię to kółeczko. Kółeczko od mojego wózka.

 

 

Z wagą plus osiemnaście, śpiącym trzynastokilogramowym klocem, siatą pożywnego jedzenia na oberwanej rączce pomarańczowego grata, pomachałam nostalgicznie odjeżdzającemu gdzieś na horyzoncie w miarę normalnemu, nieuwłaczającemu godności powrotowi do domu. Tam o, między puszkami Kipera, pustymi butelkami po dwusetce cytrynówki i hałdzie kiepów turlało się moje. Kółko. Jak poeta stałam na środku chodnika wodząc palcem za kawałkiem plastiku, odjeżdżającym w nieznane rejony Marysina, z otwartą gębą i nostalgią w lekko zwilżonym oku. Dowożąc dziecko do mi casa, na tylnych kółkach ciągnąc jak taczkę, dziewczynkę, mrożone Giuseppe i kluski, w tyle głowy pobrzękiwał jeszcze niski tembr przepitego głosu Pana Profesora Puszki, który już pod samą Żabką wyciągał do mnie pomocne dłonie, obydwie grabie wręcz rządne charytatywnego wsparcia, i namaszczając mnie chęcią bezinteresownej pomocy wysunął śmiało: ” Kierowniczko, ja mogę ten wózek? skoro go kierowniczka nie ten no, nie bierze”

 

 

Haha.

Ha.

Nie. Nie możesz.

 

Więc.

Nie mam nogi, Panie Kaziku.

Panie Kaziku, a wiesz Ty Pan, że mój mąż śpiewa tak córce do snu?

Panie Kaziku, co to z nami będzie.

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

6 komentarzy

  • Pani Miniaturowa

    09.03.2016 at 17:40 Odpowiedz

    Gdyby nagłe ataki Twojego „życia” porównać do szefa, mogłabyś je oskarżyć o mobbing, dyskryminację, jawne molestowanie seksualne (wszak nie raz już wydymało cię w…kieszeń, że tak napiszę kulturalnie).
    Czy pochodzisz z zagramanicy? Bo tylko cudzoziemiec nie zakrzyknąłby w tym momencie soczystej „okurwy” 😀

  • aga

    09.03.2016 at 18:35 Odpowiedz

    znam ten ból..

  • Natalia

    10.03.2016 at 16:00 Odpowiedz

    Co z tymi bejbi dizajnami jest ?! Nasz też się „odspawał”. Sam. Tak po prostu. Złamał się w pół z roczniakiem w środku … 😉

  • Patka

    11.03.2016 at 07:50 Odpowiedz

    Poniewaz nie mam fejsa i moge Cie tam tylko poczytac a nie komentowac oficjalnie skladam serdeczne gratulacje 😀 Widac kolko od wozka przelalo czare goryczy i Jerzy wyskoczyl naprawic ;P Duzo zdrowia dla calej rodziny!!

  • matkojedyna

    11.03.2016 at 09:14 Odpowiedz

    <3

  • Dziubasowa

    15.03.2016 at 17:27 Odpowiedz

    Fuck! Wyobraziłam sobie to toczące się kółko i skojarzyło mi się z „Incepcją”… Do takiego stuprocentowego męczeństwa w tej scenie brakuje mi jednego kwiatka – jakiejś życzliwej, która po drodze zakrzyknie radośnie zdanie przyprawiające mnie osobiście na końcówce ciąży o mix ku*wicy z apopleksją: „JESZCZE nie urodziłaś?!”

    Pozdrawiam! 🙂

Post a Comment