Miasto

Miasto

Cztery lata plus haczyk. Tyle piszę licząc się z publiczną oceną. Bywam mądrzejsza i głupsza też jestem. Czasem błyskotliwa, często nostalgiczna. Zaliczam błędy, wtopy i teksty, których wolałabym nie pisać, ale były. Stało się. To już cztery lata więzi z ludźmi, którzy stoją po drugiej stronie, idą ze mną w zaparte lub odchodzą, przecież mogą. W tym czasie opublikowałam dwieście siedemnaście tekstów. Do tych najstarszych zaglądam tylko wtedy, kiedy chcę przypomnieć sobie smak wstydu i umrzeć na trzy cztery. Poziom początków własnych przypomina piosenki Lecha Rocha Pawlaka, pierwszego rapera RP. Co tu dużo pisać, różowo nie było. Tak czy inaczej – nie usuwam nic od praźródła, dając namacalny dowód zmian, które zachodzą w ciele żywego i odczuwającego człowieka. Kobiety to już w ogóle.

 

W tym czasie w adres bloga kliknięto ponad milion osiemset tysięcy razy, skomentowano ponad cztery tysiące, a kanały Facebook i Instagram zgromadziły łącznie grono ponad dziewięćdziesięciu dwóch tysięcy ludzi. Napisałam książkę, za chwilę zabieram się za drugą. Tym bardziej czuję się dobrze z wyróżnieniem, które wpadło znienacka razem z tegoroczną edycją See Bloggers, największym festiwalem dla twórców internetowych i influencerów w Polsce, który już w czerwcu rozgości się w mojej kochanej Łodzi! Nie wiem, co ekscytuje mnie mocniej. Nominacja kapituły czy fakt, że mam szansę pokazać wam ekstremalnie „seksi” twarz miasta fabryk i filmu. Posłuchajcie jak potrafi bić serce w Łodzi. W miejscu i przestrzeni, z którą łączą się miliardy małych historii.

 

„Niech miasto moje wie, że kocham je, jak dziecko złe” śpiewał dawno temu Piotrek Rogucki. A w zdaniu tym było tyle prawdy, że autentycznością przerosło wszystkie zielenie wiosen i czerwienie naprawdę gorących lat. Jest w mieście zaklęta magia, i to w każdym, bez wyjątku. Należy jedynie miasto rozpracować i emocjonalnie dać się pokonać, popłynąć. Miasto bywa niepokorne i nieokiełznane jak starsza siostra, przez którą po nocach nie śpi matka, lecz którą wbrew wszystkiemu najmocniej przytula się przy wigilijnym stole. Ma wiele za pazuchą, czasem myśli nieczyste, czasem uczynki, czasem zaniedbanie, ale bije w głowie, wali pod czaszką jak echo pod nasypem na Warszawskiej i sprawia, że wiemy gdzie jest dom. A dom przecież to najstateczniejsza i najbezpieczniejsza z przystani, do której cumujemy statki. Nic dziwnego więc, że tak mi tu spokojnie. Dla obcych po prostu przestrzeń, dla miejscowych życie. Dobre i złe. Pełne „tak” i kipiące od „nie”, ale nadal – życie. Dzisiaj witam was u siebie, witam w domu, namawiam bez pamięci i ładnie proszę – upuśćcie Łodzi wyrozumiałości. Zanim dokonacie ocen i wzruszycie ramionami, że „szału nie ma” przejdźcie ze mną kilometry, przede wszystkim wspomnień i przepadnijcie. P r z e p a d n i j c i e tu, bo warto.

 

 

Od dworca

 

 

Na Dworcu Łódź Fabryczna zaczynały się wszystkie dobre przygody, a wielu z was na Fabrycznym zacznie doświadczanie Łódzkiego. Na Fabrycznym żegnała mama, kiedy pierwszy raz jechałam na obóz harcerski, a nogi moje nie przypominały jeszcze dwóch pęt kiełbasy. Z Fabrycznego  wyjeżdżałam w góry do kuzyna mając lat mniej niż mało i doczekać się nie mogłam, żeby rozpracować wszystkie jaja na twardo zawinięte pieczołowicie w sreberko. Wgryźć się w pomidora wielkości piłki, który faktycznie smakował jak pomidor. Nie fantazja na temat. Fabryczny do tej pory kojarzy mi się z bułką ze schabem, machającą delegacją pożegnalną rodziców dzieci z osiedlowej podstawówki, najstraszniejszym ze strasznych, a jednak dziwnie pięknym – Barem Bonanza i wielkim neonem  z napisem „ŁÓDŹ FABRYCZNA”, tracącym blaski z biegiem czasu. Po tamtym dworcu zostało już tylko to, co w głowie tubylców. Zapach największych i najlepszych zapiekanek, snujący się jeszcze czasem romantycznie w nozdrzach, mieszany z innymi zapachami, o których dzisiaj już raczej nie warto wspominać 😉  W 2018 roku mówię – CZEŚĆ! na dworcu premium, jak w klimatyzowanym salonie Volvo, w integralnym elemencie Nowego Centrum Łodzi. Na dworcu, który jest jednym z najnowocześniejszych w Europie i trzecim pod względem rozmachu inwestycyjnego na Starym Kontynencie. Dzisiaj kłaniam się z przestrzeni, pod którą stać nie wstyd i pod którą witać duma.

 

 

Przez Hotel Centrum

 

 

Naprzeciwko dworca stał hotel. Niby nic specjalnego, czterdziestoletni klocek z PRL, ale gdybyście tylko wiedzieli, co widział i kogo gościł inaczej byśmy teraz rozmawiali. W czasach największej świetności sypiał w nim między innymi David Lynch, którego Mulholland Drive co prawda stoi nieprzerwanie na podium filmów nie do zrozumienia, ale sama osoba Lyncha świadczyła kiedyś o absolutnym prestiżu. I studniówka moja, rok 2006. Błyszcząca, czarna kiecka, pół na pół z koronką, w której wyglądałam jak zmutowana Morticia Addams, długie kolczyki z prawie-brylantami smagające poliki w dzikim tańcu, IROKEZ NA ŚWIECĄCY LAKIER DO WŁOSÓW DOBRY JEZU i pierwsze próby przemycania alkoholu. Dzisiaj wysiadając z pociągu, wychodząc przez odnowione przestrzenie dworca, hotelu już nie zobaczycie, ale wspomnijcie sobie chociaż tę kieckę świecącą i dyndające kolczyki.

 

do EC1

 

Nie wiem czy istnieje jeszcze miejsce podobne do Łodzi, które na pewnym etapie własnego rozwoju odkryło tożsamość równie niespodziewanie i dokonało tak spektakularnego coming outu. Pofabryczność, bo o niej mowa, wylewa się tu na każdym kroku, płynie jak rzeka rewitalizacja – dusza każdego kawałka miasta. Rozkleja wszędzie fabrykanckie odciski palca i nie przekreślając dawnych świetności rozpala tlące się w ruinach dawnych sukcesów ognie. O EC1, pierwszej komercyjnej elektrowni w mieście można napisać wiele, ale w mojej głowie zostaje tematem wielu opowiadań dziadka Józka. EC1 wyglądała jeszcze niedawno jak przygnębiające wspomnienie o świetności centrum, które raczej omijano z daleka. Dzisiaj to dojrzała i brylująca instytucja kultury, w której „JA PAS!” nie powstydzi się wykrzyczeć Nosowska. Jest majestatyczna, a to, co ma do zaoferowania odkryje przed gośćmi już w festiwalowy weekend. Ale kiedy będziecie kroczyć pod murami starej jedynki, spójrzcie rzewnie na drugą stronę ul. Kilińskiego. W starej spelunce schowanej pod numerem 85 odśpiewaliśmy z Grześkiem pierwsze karaoke NIE UMIEJĄC ŚPIEWAĆ, kiedy chodzenie  na miasto w parze  było jeszcze możliwe. Bardzo prawdopodobne, że właśnie w tym miejscu pierwszy raz coś w bebechach moich zaskoczyło, coś zabulgotało, a szanowny małżonek po kilkunastu latach dreptania tłustej ścieżki usłyszał głośne fanfary sukcesu.

 

Więc chowa nas miasto, wychowuje. Kształtuje i tęskni, nienawidzi i pragnie. Rozgrzewa i nęci, zaprasza. Poprawia się i obiecuje, że będzie już tylko lepiej. I jest. Pozostając w nadziei ogromnej, że z nostalgią zerkniecie na mury piętrzące i tynki, pożegnam was Tuwimem łącząc się, absolutnie, w przekazie:

 

 „Niechaj potomni przestaną snuć domysły „w sprawie Tuwima”, bo sam oświadczam: mój gród – to Łódź, to moja kolebka rodzima!”

 

 

 

Projekt pn. „REWITALIZACJA EC-1 POŁUDNIOWY WSCHÓD” jest współfinansowany przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego oraz budżetu państwa w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Łódzkiego na lata 2014-2020

 

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

8 komentarzy

  • saudades

    22.06.2018 at 15:42 Odpowiedz

    Zacytuję pewien klasyk ( choć dedykowany był innemu miastu).
    Mam tak samo jak ty, miasto moje a w nim najpiękniejszy mój świat. Najpiękniejsze dni.
    Łódź to miasto, które trzeba poznać i zrozumieć. Chyba najbardziej się je docenia kiedy na codzień się w nim nie mieszka.

  • Justa

    24.06.2018 at 22:15 Odpowiedz

    Muszę to napisać. W Łodzi prawie nie byłam, w związku z tym kojarzy mi się z „Ziemią obiecaną”. Wiem, to dość archaiczne skojarzenie, ale dość charakterystyczne. W każdym razie, gdy kiedyś mi przyjdzie do głowy wpaść do Łodzi, to całkiem prawdopodobne, że przypomni mi się Twój post i opis dworca, hotelu…

  • olka

    26.06.2018 at 14:29 Odpowiedz

    wow, 4 lata, gratuluję wytrwałości

  • Magda

    28.06.2018 at 08:42 Odpowiedz

    jaki dobry wpis

  • Sylwia

    30.06.2018 at 19:24 Odpowiedz

    Kocham to miasto miłością upartą i zbuntowaną, jak tupnięcie czteroletnią stopą.

  • Olka

    01.07.2018 at 15:48 Odpowiedz

    W Łodzi jestem dopiero 10 rok, ale już po chwili zrozumiałam, że miasto to można kochać albo nienawidzić, nie ma nic pomiędzy. Także dekadę już się kochamy i wydaje się że z wzajemnością. Podróżuje bardzo często, bliżej, dalej, ale tu się zawsze najchętniej wraca:) peace and love, jako geek nieinternetowy odkryłam Cię właśnie dzięki tegorocznemu SB, zostanę tu na dłużej, a jak spotkam na ulicy to pobiegne na fotę! Kibicuje mocno drugiej książce!

  • czerwiń

    01.07.2018 at 23:18 Odpowiedz

    Lódź jest fajna, chociaż niestety nie na pierwszy rzut oka.

  • Magda S.

    02.07.2018 at 12:12 Odpowiedz

    Nie mogłabym w mieście mieszkać, gratuluje wytrwałości. Podróżuje po miastach bardzo czesto, ale zamieszkanie to całkiem inna rzecz. Dziwisz się, że aż tyle komentarzy i wyświetleń?

Post a Comment