Mawia mama: „Kiedy nie wiesz co masz zrobić, zatrzymaj się, poczekaj. Los palcem pokaże Ci odpowiednie kierunki”

Mawia mama: „Kiedy nie wiesz co masz zrobić, zatrzymaj się, poczekaj. Los palcem pokaże Ci odpowiednie kierunki”

Rzucam to wszystko. Rzucam i jadę z nimi w świat – powiedziała do mnie znajoma z bliskiego otoczenia. – Łzy mojego dziecka i podskakująca w smutku broda łamią mi serce na milion kawałków. Znaki zapytania latające w całych chmarach nad jego głową i wypowiadane kilkadziesiąt razy dziennie „mamusiu, kiedy tatuś wróci, mamusiu tęsknię”, nie pozwalają się już dłużej oszukiwać, że tak jest dobrze. Że skoro żyje tak co druga rodzina w Polsce to ja też mogę, a wręcz powinnam.  Nic nie mogę. Dłużej nie dam rady. W dupie ze stanowiskiem, w dupie z pieniędzmi. Mogę podawać komuś jedzenie do stołu w barze na kurzej łapce, a i tak będę szczęśliwsza – skwitowała.

Jak zaczarowana słuchałam, co mówi, przytakując posłusznie każdemu zdaniu. Miałam wrażenie, że opowiada o moich problemach, czyta z twarzy, z fusów, cholera ją wie. A może właściwie opowiadała o mękach większości rodzin?  Może to nie tylko my biłyśmy się z myślami, że życie powinno mieć inny wymiar, a naszymi decyzjami nie powinny kierować pieniądze? I ta kurewska wiosna, i to słońce roztapiające ziemię, uwalniające uśpione na zimę CO2. Chandra. Po mistrzowsku zmieszała samopoczucie matki stojącej na skrzyżowaniu, na którym każda droga prowadziła w nieznane.

Zastanawiam się usilnie od jakiegoś czasu nad definicją szczęścia w odniesieniu do moich subiektywnych odczuć. Co musiałoby się zmienić, żebym oddychała głębiej, spokojniej, w nocy zamykała oczy od razu po przytuleniu twarzy do poduszki. Nie symulowała zdarzeń, których nie ma, a które mogą się wydarzyć. Mogą, ale nie muszą. Burdel, Panie. Co zrobić, żeby się wewnętrznie uspokoić i czerpać garściami.

Na prawej dłoni stawiam rozwój zawodowy. Myślę – powinnam działać aktywnie, zdobywać wiedzę i doświadczenie, wyspecjalizować się w jakimś konkretnym kierunku, wyjeżdżać, kiedy proszą. Świat zobaczyć. Później oczami wyobraźni odbieram ze szkoły dorosłe prawie dziecko i zastanawiam się, kiedy zdążyło tak urosnąć i dlaczego nie byłam tego świadkiem. Gdzie uciekły mi starte kolana i pierwsze przedstawianie w przedszkolu? Czy ja Ci naklejałam właściwie te plastry na kolana córko? Czy nigdy nie było mnie na miejscu? Jak to było? Masz żal? Pewnie masz.

Na lewej dłoni stoi moja rodzina. Słabsza pozycja, nalewam kawę i przynoszę ciastka jakiemuś tłustemu prezesowi. Odpisuję na maile, podlewam kwiatki w biurze. Zarabiam przeciętnie. Codziennie widzę Grześka, razem odbieramy dziecko ze żłobka, wieczorem siadamy do jednego stołu i rozmawiamy jak było w pracy. Mamy dla siebie czas. W weekendy od rana  szablonowo stoję w gigantycznej kolejce na targu po świeże mięso i chleb, klepię schabowe na obiad i odkurzam w mieszkaniu. Ganiam dziecko, że lekcje do zrobienia, że jak się nie będzie uczyć to nic nie osiągnie. Widzimy się dzień w dzień, nie traktując swojej obecności jak odświętnego „wow”.

Zaczynam się uśmiechać.

Na tej lewej ręce mieszka spokój, który mi się marzy. Przewartościowane nastawienie już nie pierwszy raz weryfikuje młodzieńcze plany i pragnienia. W definicji szczęścia bose stopy na trawie, najlepiej własnej. Zdrowe dzieci i my. Grat telewizor śnieży, wołam Grześka, żeby naprawił, a on to po prostu robi. Jest w domu. Cieszę się, bo jest ciepło, bo kwitną drzewa. Niby nic, ale zaczynam wysysać z nich energię, chodzę z głową do góry. Ustawiłam  azymut. Teraz tylko dobre buty, dużo czasu i cierpliwości. Kiedyś tam dotrę, uspokoję się i odetchnę z ulgą.

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

14 komentarzy

  • ~kate.f.

    26.03.2015 at 11:58 Odpowiedz

    Wielki szacun dla Znajomej (wspólnej, a jakże). podziwiam, zazdroszcze odwagi, życzę powodzenia, otaczam ciepłymi myślami 🙂 a Twoje dylematy Matko Rysiowa, są mi bliskie aż za bardzo:/

  • ~saba

    26.03.2015 at 13:15 Odpowiedz

    też tak wyjechałam…dla rodziny. I nawet tego żarcia w barze na kurzej łapce nie podaję, ani kawy tłustemu prezesowi. Jestem nikim.

    • ~MamaRysia

      26.03.2015 at 13:44 Odpowiedz

      O kur** nie mysl tak! Jestes człowiekiem, kobietą, dzieckiem rodziców! Jestes!!

    • ~mimbla

      26.03.2015 at 17:11 Odpowiedz

      Nie jesteś nikim,jesteś sobą!

  • ~Kamil

    26.03.2015 at 13:41 Odpowiedz

    Wybór między pracą, a domem i próba funkcjonowania w obu tych rzeczywistości ach to chyba najtrudniejszy wybór rodzica. Zawsze czujemy że jest nas za mało w domu. I zawsze będzie nas mniej niż byśmy oczekiwali. Powodzenia!

  • ~mika

    26.03.2015 at 14:38 Odpowiedz

    Natknęlam się kiedyś na taką myśl, brzmiała mniej więcej tak: „Jak zabraknie Cię w pracy, szybko znajdą kogoś na Twoje miejsce ale jak zabraknie Cię dla rodziny, zostawisz po sobie Twoim bliskim pustkę na całe życie”. I moim zdaniem nie dotyczy to tylko odejścia na zawsze.
    Czujesz, że Twoje dziecko nie jest gotowe na żłobek, na rozłąkę z Tobą. Dlatego te rozterki. Ja wiem, że kasa, że rozwój zawodowy itd ale poczekaj jeszcze, albo zwolnij. Zobaczysz jak Krystyna będzie miała jakieś trzy latka (czyli akurat wiek przedszkolny), jak wiele się zmieni. Na placu zabaw będzie wolała towarzystwo koleżanek od Twojego, ubieranie? – mamo zostaw, ja chcę sama, dziecko chce być samodzielne i na każdym kroku pokazuje jak mniej tej mamy potrzebuje. Tak przynajmniej było u mnie. Dobitnie wtedy poczułam, że to już czas. Czas dziecko machnąć do przedszkola i ruszyć dupsko do pracy. Wiem, że nie zawsze można sobie na to pozwolić ale warto przemyśleć, może znajdzie się jakieś rozsądne wyjście.

    • ~ad.

      26.03.2015 at 16:34 Odpowiedz

      Miałam troche inną sytuację. Byłam sama, córa skończyła pol roku i trzeba bylo wracac do roboty. Robota przeciętna ale jest. Siedzisz na dupie 8godzin i udajesz ze kondycja firmy cie interesuje, ze te wszystkie wykresy liczby i zebrania, ze to cie jakos porusza. nie porusza. a potem wracalam do domu, zabieralam mala ze zlobka i po godzinie mialam jej dosc. serio. bo plakala, bo nie sluchala, bo wylala, bo nie spala. w kolko. a ja w kolko bylam zmeczona i zdenerwowana. bo w pracy trzeba powtarzac 60razy to samo do idiotow to w domu juz cierpliowsci nie starcza. ale nauczylam sie. z gowniary stalam sie mama. i mimo ze nasze zycie jest nadal we dwie to juz jest inaczej. jest spokojniej, nauczylysmy sie juz siebie. moj chlopak mieszka za granica, ale ja sie tam nie wybieram. latwiej bylo by z kims, miec do kogo sie przytulic wieczorem czy wyplakac ze zlosci. czekam na niego tu. i to chyba bedzie znak milosci jesli funty zmieni na zlotowki byle byc obok. tam nie wyjade bo sie chyba po prostu boje.

      • ~mika

        28.03.2015 at 14:47 Odpowiedz

        Kochana, dałaś sobie radę tu i dasz radę tam. Nie licz na to, że Twój chłopak zamieni funty na złotówki, bo nikt nie będzie zamieniał siekierki na kijek. Jak masz tam chłopaka, czyli kogoś kto zapewni Ci dach nad głową i będzie w stanie Was przez jakiś czas utrzymać (a napewno będzie) to nie masz się czego bać. Tu dorobisz się tylko garba, ewakuuj się z Polski jak masz taką okazję. Jak rzeczywiście tak badzo się boisz, weź urlop, nawet bezpłatny i pojedź do niego na dwa, trzy miesiące. Poznasz ludzi, rozejrzysz się, porównasz sobie realia życia i pobędziecie razem.
        Ja wyjeżdżając bałam się, że będę szalała z tęsknoty, że nie dam rady. Nic takiego się nie stało. Nareszcie żyję jak normalny człowiek i żałuję, że nie wyjechaliśmy wcześniej.
        Nie oczekuj więc od chłopaka powrotu, szczególnie jako znak miłości, zmarnujesz tym życie i swoje i jego, bo w Polsce dobrze będzie może za 40 lat, a życia nie da się odłożyć na później. Powodzenia.

    • ~Aga

      26.03.2015 at 19:58 Odpowiedz

      Bardzo się z tym zgadzam, tak mi jakoś zleciało, że zapomniałam, że faktycznie tak jest. Nie musiałam dawać dziecka do żłobka bo miałam opiekunkę i mogłam/musiałam spokojniejsza iść do pracy ale jak poszło moje dziecię do przedszkola to zaczęło się inne życie, takie trochę już moje własne.

  • ~Tailora

    26.03.2015 at 15:34 Odpowiedz

    Hmmm… Tak myślę o lewej dłoni, dodałabym jednak do tego maleńką szczyptę goryczy. Zawsze zostanie z tyłu głowy ambicja i chęć rozwoju zawodowego na większą skalę. I przy kolejnych tłuczonych schabowych lub kolejnej godzinie w piaskownicy zakiełkuje znów. Chyba o to chodzi by świadomie wybrać jak dorosły człowiek i godzić się z konsekwencjami. Tymi mniej fajnymi też.
    Mama ponad 2 lata domowa 🙂

  • ~see

    26.03.2015 at 23:53 Odpowiedz

    Dzieć juz za 2 tygodnie kończy rok a mnie kończy się płatny urlop. Kosztem skromniejszego życia ale dzieki mojemu mężowi mogę zostac w domu. Od początku robił wszystko żeby znaleźć taka pracę która jakoś nam na to pozwoli. Uwazam się za mega sszczesciare! Nawet o tym nie myślałam i aż mi się zimno robi na myśl, że te rutynowe dni mierzone jedzeniem, drzemką i brudną pieluchą mogłyby się za kilka dni skończyć! Chcę zobaczyć jak uczy się chodzić, mówić, poznaje świat i codziennie jestem wdzięczna za tą możliwość… A co do kariery… może wielkiej nie robiłam ale pracowałam w zawodzie, bylam ceniona i chociaż kokosów nie zarabiałam za ciężką pracę to była satysfakcja. Później z biegiem czasu satysfakcja była coraz mniejsza, wieksze znużenie i irytacja. i wtwdy pojawił się On, pózniej dziecko i wszystko jest na swoim miejscu. wtedy miałam sukcesy a czasem nie było się z kim nimi cieszyć. Teraz mimo że nie idealnie, jak to w życiu, to jest dobrze!

    • ~Mama Neli

      08.04.2015 at 03:03 Odpowiedz

      Cieszę się, że jest nas więcej, nas – mam domowych, które z wyboru zostają z dziecięciem w domu, a nie z braku laku. Spotkałam się nieraz ze szczerym niedowierzaniem: „jak to nie chcesz wrócić do pracy? Do ludzi? Oddaj do żłobka bo zwariujesz w domu.” Jakoś jeszcze nie zwariowałam chyba, chociaż może trochę, bo to, że zostałam w domu traktuję w kategoriach szczęścia i luksusu, że na chleb i mleko nie brakuje a rano wstaję i planuję co fajnego możemy z dzieciną zrobić. Często mam wątpliwości, czy ten wybór był dobry, czy nie zamykam sobie drogi zawodowej, ale wystarczy, że popatrzę chwilę na tego małego człowieczka, jak się bawi gdzieś obok, posłucham jak składa te pierwsze poprzekręcane słówka w zdania i wszystko to znika. Przyjdzie pora i na przedszkole i na prace. A tymczasem celebrujemy ten czas…

  • ~Masza

    22.04.2015 at 10:20 Odpowiedz

    Gratuluję tego uśmiechu przy lewej ręce, mnie się to nigdy nie udaje, plusów i minusów po obu stronach jest ciągle tyle samo… I coś musi być w tej trawie pod bosą stopą, bo i ja od lat mam ją w swojej definicji szczęścia :).

  • ~Joanna

    10.05.2015 at 17:45 Odpowiedz

    Tak nawiązując do tytułu wpisu: Moja mama zawsze mawia, że jak nie wiadomo co zrobić, to trzeb zrobić to, co pierwsze przydzie do głowy, bo pierwsza myśl jest najlepsza. A nie warto czekać, bo nikt nie przyjdzie, za nas decyzji nie podejmie i za rączkę nie poprowadzi. Widać, że mamy mają różne podejścia. Ale ja chyba wolę wersję mojej, bo zawsze to jakieś działanie.

Post a Comment