Małe dowody miłości.

Małe dowody miłości.

Lublin. Jesteśmy.

Pierwszego wieczoru pokłóciliśmy się o nadprzeciętny syf i moją nieustanną potrzebę jego likwidacji. Mamy oto nowe – stare wynajmowanie mieszkanie, szafek w kuchni nasrane jak pól ryżu w południowych Chinach, a i tak słoik z kawą rozpuszczalną wepchnął na półkę na płasko. Żeby leżała. A co to, kuracjuszka jakaś ta kawa? Czy inwalida? Nie wiem, nigdy nie zrozumiem mężczyzn. Nigdy.

 

 

Później wychodząc z domu zatrzasnęliśmy klucze na klatce schodowej w rezultacie czego pół godziny wymienialiśmy się inwektywami i słowami wsparcia wzajemnych starań, a to otwarcia zamka spinaczem do włosów, a to próby wyważenia drzwi z kopa, zmierzającymi do otwarcia klatki, w których każde drugie zdanie przeplatał frazes „twoja stara”. Gdyby oczy wypadały od samego rolowania, wywlekania w efekcie niezadowolenia, mielibyśmy cały czas niekompletne gałki oczne. O, albo problemy z nimi jak z małymi zapinkami do kolczyków, w których jak zginie jakaś to potem chodzi człowiek jak Jack Sparrow z jednym złotym kółkiem i czeka, aż znajdzie . Albo nowe kolczyki kupi, a to zawsze dużo czasu zajmuje. Wiadomo.

 

 

Kiedy już zmaltretowaliśmy sąsiada domofonem i po trzech dziesięciominutowych zawiechach na jakiego dzwonku wstał po nocnej zmianie w pracy, otworzył drzwi od klatki w majtach, to w największym fochu jaki jestem w stanie nadąć i z największym wkurwem wypisanym na twarzy, wyjeżdżając z tym moim wszechwiedzącym mężem i jego ego większym niż Rosja, przydzwoniłam sąsiadowi w auto swoim autem. Się, kurwa, za przeproszeniem nie miał kiedy napatoczyć. Właśnie teraz, kiedy ciszą i wylatującą miarowo z nosa parą próbowałam udowodnić, że mnie małżonek marginalizuje i doczepia wady, których ja przecież nie mam. Jak np. nieumiejętne prowadzenie samochodu albo problemy z otwarciem zatrzaśniętego zamka metodą na McGyvera.

 

 

Później zapytał o prezerwatywy, czy wzięłam z domu i czy w ogóle pamiętałam o takim jednym magicznym pudełku, w którym mieszka nasze prywatne wcielenie Greya, a ja mu, że nie. – Ale mam durszlak – podejmowałam próby załagodzenia sytuacji – I drewniane łyżki do mieszania spaghetti też zabrałam, żeby nie było jak kiedyś, kiedy sos ze słoika mieszaliśmy wieszakiem. Pokiwał głową pełen rozczarowania. Najwidoczniej nie rozumie, jak trudno dostać nocą durszlak, kiedy się chce ugotować kluski. Kulinarny ignorant.

 

 

Wieczorem za to smażył rybę na kolację. Zawsze oddaje mi tą mniej zniszczoną. Ładniej usmażoną. Większą.

 

 

Kiedy jedzenia jest za mało na dwoje mówi – Ty zjedz, ja już jadłem – nawet, kiedy umiera z głodu.

 

 

Woła – zostaw to! Ja zrobię – kiedy wylewam Domestosem wszystkie zakamarki w kiblu, a kwas żre w oczy i nos. Jakby sam był oblany płynem Lugola po rozpadzie reaktora.

 

 

Oddaje pieniądze na kurtkę, trzecią tego roku, bo że niby ja potrzebuję jej bardziej. On wcale.

 

 

Po cichu przywołuje na ostatni kawałek czekolady z karmelem zanim zauważy nasza szarańcza i nie zostawi nawet papierka.

 

Oddaje kabanosa do hot doga na stacji paliw kiedy grzeje się jeden jedyny, ostatni i lubiąc go najbardziej ze wszystkich substytutów mięsa na tychże stacjach wie, że ja też go lubię.

 

 

I wreszcie….

 

 

Wkładając kartkę za szybą przetrąconego przeze mnie wczoraj samochodu sąsiada pisze „uderzyłem w pana auto. Proszę o kontakt”.

 

 

Czasami mówi do mnie między wierszami.

Innych dowodów mi nie potrzeba.

Te wystarczą.

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

7 komentarzy

  • Judyta

    13.02.2017 at 15:48 Odpowiedz

    I te dowody są najlepsze – przy nich wszystkie kocham Cię, świata nic nie znaczą 🙂

  • Kira

    13.02.2017 at 16:27 Odpowiedz

    Jesteście boscy – zwyczajnie niezwyczajni i dajecie dowód na to, że słodko pięrdząca holiłódzka miłość nie jest jedyną słuszną.
    Mowię to ja, matka Syna, tygodni dziesięć, oskarżona w zeszłym tygodniu o to, że celowo osikałam chłopa dzieckiem. Czaisz? JA osikałam go dzieckiem, kiedy nieobacznie nakierowałam dziesięciotygodniowego siusiaka na plecy ojca, kiedy ów szykował dziecku kąpiel xD
    Howgh! Niech żyje miłość.

  • Sylwia

    13.02.2017 at 16:33 Odpowiedz

    Aww, to z prezerwatywami czytałam na FB 😛 Ale powiedz mi Mamo Rysiowa – to, że Lublin to skumałam, ale kojarzył mi się dom jakiś gdzieś coś? Ja najsampierw myślałam, że dom w Łodzi, a teraz już się zagubiłam troszkie o.O Tak czy siak, pozdrówki- ten Twój Grzesiek to spoko ziomuś. 😀

  • Pat / BPM

    13.02.2017 at 22:17 Odpowiedz

    Tylko miłość <3 do tego wpisu i do was. I jak bardzo o nas 😉

  • na-macierzynskim

    13.02.2017 at 23:15 Odpowiedz

    <3 Bo wiesz- lepiej między wierszami i czuć tę miłość, niż słyszeć wielkie wyznania bez tych "międzywierszy". A durszlak- THE BEST! U nas przy synu niestety zrobił się z prezerwatywy durszlak jednootworowy. Stąd właśnie nasze dziecię. Także tego… te durszlaki nie takie złe 😛

  • Laura

    21.02.2017 at 16:02 Odpowiedz

    🙂

  • Aleksandra

    05.05.2017 at 21:36 Odpowiedz

    Łał! Wzruszyłam się jak nie wiem. Łezka aż mi pociekła. To jest chyba właśnie ten rodzaj miłości który łączy ludzi na lata. Faaaajnie macie 🙂

Post a Comment