Lubelska Noc Kultury

Lubelska Noc Kultury

Weekend zaczęliśmy z przytupem, po naszemu. Na kolejnym pokonywanym przez pana ojca zakręcie z silnika naszego poczciwego kombiaka buchnął siwy dym, ja palpitacja serca, ewakuacja w toku, jedną ręką odpinałam Rysi szelki w foteliku, drugą już witałam uchwyt klamki. Ojciec jak to ojciec, kazał nie panikować więc się nawet zatrzymać nie chciał łaskawca, przy uchylonych drzwiach powłóczyłam jednym kopytem po ulicy, Ryśka relaks, zero zrozumienia, nawet się śmiała,  ja rozdziawiona gębą – No zatrzymaj się do cholery zanim wybuchnie! GG spojrzał z politowaniem, palcem się w czoło popukał, zbył. Jako matka wiecie, wizję miałam, dziecko chciałabym odchować, coś mu w życiu pokazać, a nie – zginąć w starym kombi od kaszlącego silnika. Cyrk. Przygód rodem z Flipa i Flapa w naszym życiu nigdy dosyć. Dantejskie sceny z dymiącym samochodem i moją nieudaną ucieczką z dzieckiem poprzedziły: urwana tylna kanapa w samochodzie, od tak się odspawała franca (istnieje takie słowo?)  Prawdopodobieństwo podobnego zajścia u kogokolwiek innego raczej nikłe, u nas standard. Zalani sąsiedzi, to też już nie powinno mnie dziwić. Otwieranie drzwi nieznanemu mężczyźnie, który przedstawia się jako reprezentant spółdzielni mieszkaniowej i rzuca hasłem – mogę zobaczyć łazienkę? Zalewa Pani sąsiadów – słyszałam w życiu już w czterech różnych mieszkaniach, w dwóch miastach. Niezły wynik jak na „przed trzydziestką”. Nikt z szanownych sąsiadów nawet nie pofatygował się porozmawiać osobiście, nikt nie przyszedł w celu chociażby zobaczenia gęby mojej poczciwej, nie. Od razu telefon do spółdzielni, czyste, klasyczne strzelenie z ucha  kto zalewa i oto odsiecz wiedeńska pod drzwiami, a właściwie odsiecz lubelska z wąsikiem i w spodniach na szelkach. Wina nie nasza, jak zwykle. Jakiś majster, inżynier budownictwa z habilitacją z Marsa chyba albo innej Alfa – Centauri, artysta wizjoner, wannę zamontowała tak, że nie uszczelnił chociażby silikonem. W rezultacie ja oddając się kaskadom fantastycznej, lubelskiej, zakamieniałej, że o Panie Romanie wody, lejąc po ścianie lałam, a i owszem, ale sąsiadce po telewizorze. Szkoda gadać, sytuacja opanowana, przyjechał fachowiec numer enty, dziury przy wannie pozalepiał, teraz można lać.
W sobotę, po wizycie u mechanika, który trochę Ojczulka uspokoił i nie nabił kokosów za dmuchnięcie w dwie rurki, dojechaliśmy bezpiecznie do domu. Plany na sobotni wieczór zacne, najemy się, napijemy, dziecko się wykąpie, flaszkę jakąś opitoli (dziecko, nie my), zawijamy w koce i idziemy na miasto. Lubelska Noc Kultury, kilka godzin nieprzerwanego chodzenia, zwiedzania, podziwiania. A to bitboxer wypluwający sprawnie „Nothing Else Matters” (sama nie wiem czy to me gusta czy raczej nie me gusta), a to połykacz ognia i mieczy, z zamkniętymi oczami rzecz jasna, a to przedszkolanka z grupą dwudziestu czterolatków, która jeszcze nie ocipiała i nadal się uśmiecha (Żarcik. Nie było przedszkolanki ze stadem, ale gdyby była na pewno byłoby co podziwiać. Przedszkolanki pozdrawiamy i odznaczamy w kategorii Masochista Pozytywny). Kryśka planu trzymała się jedynie w autobusie gdzie łaskawie zasnęła i naładowała baterię na resztę wieczoru. Później ani rusz w pozycji na śpiocha, wózek w pionie i podziwiane. Zbyt długie wożenie było donośnie podkreślane pruciem małej puszki, Pańcia kazała się nosić na rękach. Kiedy po dłuższym spacerze u taty na ramionach w całej swojej łaskawości narzygała tacie na głowę podjęliśmy decyzję o uśpieniu Czorta tak, żeby resztę nocy się nie martwić czy chusta jeszcze na uszy naciągnięta, czy nie za głośno, czy nie za cienko ubrana itepe itede. W środku miasta na jakimś schodzie rozłożyliśmy nasz rodzinny meksyk, butelki, pieluchy, mokre chustki, ciuchy, w powietrzy latały grubsze gacie, Ryszard zaciesz. Przez chwilę staliśmy się atrakcją wieczoru. Nie ma się co dziwić, jak często po północy widuje się wystrojone w jeansową koszulę niemowlę z butelką mleka pałaszowaną pod Bramą Krakowską na starym mieście w Lublinie. Życie nocne córka ma we krwi. Oby to jednak były kulturowe i co najważniejsze kulturalne zapędy a będzie turbosukces.
Na ostatniej prostej wieczoru zatrzymaliśmy się przy pewnej małej scenie, zupełnie przypadkowo. W tle fenomenalna muzyka na telebimie film. O Ziemi, o egzystencji człowieka i innych gatunków, o tym jak się wyniszczamy, jak się pomału unicestwiamy. Zero narracji, jedynie obrazy i soundtrack wykonywany na tejże właśnie małej scenie przez nieznany mi zespół. Jak stanęłam w punkcie tak stałam dobrą godzinę. Oglądałam film, który ktoś kiedyś nakręcił a który wszedł do szpiku moich kości, wpił się w głowę i został. Zostanie na zawsze. Czasem ktoś robi coś po prostu idealnego, przemawiającego, coś o czym warto wspominać, do czego warto wracać. Film „Home” w podkładzie zespołu Servants of Silence spowodował kolejne przemyślenia dotyczące mojego dziecka, naszego życia.  Kiedyś niezainteresowana tym dokąd zmierza świat i co się z nim stanie za sto lat. Liczyło się tu i teraz, za sto lat mnie nie będzie, radźcie sobie.  Wczoraj stojąc tam, na tym poletku, czytając zdanie po zdaniu o kierunku w którym zmierzamy, o tym, że za chwilę, za kilkanaście lat 25% gatunków na Ziemi będzie zagrożona wyginięciem, że zabijamy siebie i inne stworzenia dla czystej przyjemności, dla zaspokojenia wstrętnych, egoistycznych potrzeb… Stałam a łzy kapały mi do ziemi. A jeśli ta moja mała Iskierka nie będzie miała czasu na poznanie. Jeśli jej dzieci, moje wnuki i prawnuki kiedyś stłamsi głód i bieda. A co jeśli wypadkowa moich poczynań przekreśli możliwość życia moich najbliższych. Zupełnie przypadkowo, w zupełnie zimną noc ktoś strzelił mi w twarz w tak piękny sposób. Nie do opisania, do zobaczenia. jeżeli tylko będziecie mieli szansę zobaczyć to widowisko nie zastanawiajcie się. Dzięki tej niby zwyczajnej godzinie poczułam się dwieście razy szczęśliwsza, że jestem, że kocham, że są, że dane mi jest widzieć jak się śmieją, jak płaczą. Mogę od tak odwrócić głowę i zobaczyć jak leżą razem na łóżku a Rysia dłubie tacie w nosie. Wesoła jest przy tym to czemu nie?  I że chce zrobić wszystko, żeby moja córka miała też szansę kochać i żyć, żeby była najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Trzeba będzie powalczyć, ja się piszę.
Wróciliśmy do domu we względnej ciszy po ostatnim, niespodziewanym przypływie emocji (GG też zaszklił oczyska, żeby nie było, że to jedynie moje wściekłe hormony po raz kolejny miały używanie). Na zegarku wybiła trzecia rano, zaczynało świtać. Pokonaliśmy chyba ze dwadzieścia kilometrów z dzieckiem i wózkiem. Póki co było to najlepiej spędzonych dwadzieścia kilometrów w rodzinnym towarzystwie od narodzin Krystyny Michaliny (tak, moja córka ma drugie imię) Ciekawe co przyniosą kolejne weekendy. Lato dopiero się zaczęło, póki co zalaliśmy dopiero jedną sąsiadkę. Tyle przed nami….

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

No Comments

Post a Comment