Liroj Merlin.

2015_08_22_9999_179

Liroj Merlin.

Dzisiaj o tradycjach weekendowych Polaków, czyli o matce, mężu,  dzieciach i jakiś 38. milionach pozostałych rodaków. Śpieszę się donieść, że jeżeli komukolwiek przez chwilę wydawać się mogło, że prędzej czy później w osobie mojego ślubnego skończy się monopol na „wenowane” mnie i urozmaicanie bloga historiami z rżeniem jak u konia Rafała to nie. Uspokajam – Grzesiek sprytnie dorzuca drwa do ognia niezrozumienia logiki i tak np. wymyślił nam remont. W listopadzie. Na miesiąc przed gwiazdką. Z dwójką dzieci, ogrzewaniem gazowym, które na czas budowy trzeba wyłączyć, pracą jego samego na kontrakcie poza granicami miasta i w ogóle z listą irracjonalnych faktów będących podwaliną tego wydarzenia tak długą,  jak ostatnia czteroaktowa sztuka w Teatrze Wielkim w Łodzi, na której polegliśmy  i zamiast szardonej albo innego sawiniąblą gardło ścieliliśmy espresso.  Bareja ma najnowszy rozrusznik serca i nie zejdzie u nas nigdy. NIGDY. Ale do brzegu.

 

Małżonek zabrał mnie wczoraj do marketu budowanego Leroy Merlin, który to dla opornych językowo podpowiadam – czyta się Lerła Merlę. Nie jak to  melodyjnie wyśpiewywał kilka lat temu pan od grzejników, z administracji –  Liroj Merlin. Liroj proszę państwa to jest jeden, a dokładnie Liroy i na pewno nie nakłada promocji na tynki w markecie, za to z tego co pamiętam całkiem ładnie śpiewa. Na przykład, że „ córka bardzo lubi na Szweda , 69, jeździec, perskie oko i te sprawy. We wszystkim niemal doszła do niebywałej wprawy”. Teraz z tego co mi wiadomo chucha na polskiego orła, przytula do piersiątek konstytucję i każe na siebie wołać Piotr. Piotr Marzec.

 

Łazimy po markecie. Z niemal każdej alejki te same dantejskie sceny. Żona, mąż i zbliżająca się wielkimi krokami kapitulacja. Spod każdej półki te same dylematy i solidarność, która obcych ludzi łączy w podgromady. Panie z paniami. Panów z panami. – Halina, jaka Ty jesteś upierdliwa baba – mówi do pewnej pani małżonek i nerwowo potrząsa ręką. Jeszcze nie samą Haliną wprawdzie, ale zmierzają cwałem w tym właśnie kierunku. Inna biegnie już do kasy zapłakana, kurtka rozpięta, spocona jak świnia, widać, że nie wiedziała co to jest grzechotka treszczotka pokrętło do nasadek ½ cala i chuj ją interesował klej montażowy w promocji, którego nie było na sklepie, ale mogą sprowadzić spod Radomia tylko trzeba poczekać. Za nią facet zerwał się z kopyta, biegnie z plastikowym koszyczkiem pod pachą, wylewając z kubka dużo darmowej mineralnej pobranej z baniaka i wrzeszczy – No stój cholera jasna! Aniu, żartowałem z ta twoją ułomnością – krzyczy – weźmiemy na transport ten klej no… czekaj! Anka! Przywiozą w poniedziałek, słyszysz?!

 

Osobiście z Grześkiem pochlałam się już z dziesięć razy od przekroczenia progu marketu. Przyjechaliśmy wszakże po nowe drzwi, płytki i kabinę prysznicową, a od pięciu minut stoimy pod automatem do słodyczy i debatujemy czy Mars, czy Snickers, czy mam pożyczyć dwadzieścia groszy… Automaty ustawione pod samymi drzwiami do męskiej toalety, w której (po zapachu wnoszę) zesrało się pół męskiej populacji, a drugie tyle ma problemy z celowaniem do muszli strumieniem ciepłej uryny. Smród jak na Centralnym dziesięć lat temu, sami zainteresowani wychodzą z posiedzenia na wdechu, klamki naciskają łokciem, ale u nas polowanie na cukier idzie w najlepsze…

 

Jest w marketach budowalnych pewna pułapka, w którą zawsze wpadam. Wierzę albowiem, że spotkam mnie w nich coś przyjemnego, wybieranie tapety z ołówkiem za uchem, dopasowywanie dekoru do płytek w kuchni, albo wymiana kartonowych pudełek składanych na nowe, takie nie wymemłane przez życie i dwa zalania łazienki. Marzę zawsze, że tym razem będzie twórczo i artystycznie, a kończę tak czy inaczej pod kosiarkami spalinowymi i patrzę, jak mąż pociera pompowane koło jednej  takiej walcząc z erekcją.

 

– O to muszę mieć! – Pokazuje na coś co wygląda jak robot do przeszczepu wnętrzności u alpaki i czyta przypisy jakby wiedział o kij chodzi z wymienionymi wszelakimi skrótami obr/min/ dB/ W. Finalnie i tak prosi jakiegoś Stefana w spodniach na szelki żeby sprzedał kodeki do tego modelu, zanim będziemy mogli przejść na kolanka z pleksi i żeby małżonek wiedział, tak dla samego posiadania istotnej wiedzy, dlaczego franca taka droga, a tamta już na przykład nie. Jak się dowiemy możemy maszerować dalej zbierając po kolei sprytnie ustawione zawieszki z nichuja-mi-się-przyda-ale-wezmę, czyli rzeczami absolutnie pierwszej potrzeby w każdym domu – Silikon wykończeniowy biały, pistolet do silikonu, rękawice budowalne szare, rękawice budowlane w kwiatki (bo może cos kiedyś będę chciała przykręcić, to też mi weźmie), plastikowe puszki czerwone pod gniazdko elektryczne, widelec do przekopania rabaty (nie mamy kwiatów), baterie paluszki a ze cztery kilogramy i wiaderko do mieszania farby, której też jeszcze nie mamy. Nie braliśmy koszyka, bo drzwi nowe i tak na transport, kabina, płytki też, a teraz idzie Napoleon Bonaparte i prowadzi swoją świtę z czymś na kształt yengi ułożonej z pierdyliarda małych rzeczy, balansujących jedna na drugiej. Finalnie wrzuca mi to wszystko do wózka bo oto tu, jakiś złośliwy kutafon, dyrektor od marketingu czy inny specjalista od przekazu podprogowego, ustawił  na trasie kosiarki – reszta ważnych rzeczy po które przyjechaliśmy – SKRZYNKI NA NARZĘDZIA. Koniec. To była moja prywatna ściana płaczu. Obok mnie kilka innych żon próbowało za rękaw odciągnąć swoich panów. Gdzieniegdzie łzy jak na grupie AA – Błagam Paweł, już taką masz, słyszysz, Paweł słyszysz? Nie kupuj piątej skrzynki, Paweł!” Takiego wała. Paweł właśnie przeskakuje z nogi na nogę jak syn po wyjściu z przedszkola, głaszcząc o brzuch opartą skrzynię pełną czarów i plastikowych półek. Grzesiek zaraz obok niego.

 

Kiedy względnie ogarnęliśmy już temat remontowy, tzn. nie kupiliśmy nic bo zabrakło nam czasu, a dzieci zaczęły wołać ”ratunku, chcę do domu!”, na drogę wyskoczył pan konkursowy, który wczoraj w Liroy Merlin narajał ludzi do walki o zajebiste nagrody – zapas cegieł do końca życia, zaprawę murarską z opiłkami złota, nożyce do drutu marki Drutex i inne takie… ważne.  Stanął przed Grześkiem jak wryty i zaproponował konkurs. Małżonek nie wahając się za długo rzucił uzbieranymi fantami o podłogę, za rodziną nawet się nie obejrzał i w te pędy pobiegł za panem zawalczyć o naszą przyszłość, postawić wszystko na jedna kartę etc. Dosłownie przed chwilą przecież sam był świadkiem jak inny mąż wywalczył klimatyzację o wartości 2 tysięcy, słownie dwóch, za pięćset złotych!

 

Idę za nim, szukam go po alejkach, dochodzę gdzie odbywa się konkurs, który możliwe za pięć minut odmieni nasze życie. W wózku Jurek gryzie już plastikowe rurki do montażu elektrycznego podgrzewacza wody, Krysia od dwudziestu minut nie powiedziała nic innego oprócz: jeść, pić, spać, kupę. Cichosza bachoreksy, tatuś gra o naszą przyszłość, o lato bez potu, nowy płot za domem, o coś na pewno.

 

Widzę go…

 

Stoi w towarzystwie lirojowego konferansjera, podniecony jakby pierwszy raz widział gołe cycki i walczy. Głowa naszego domu, ojciec lat trzydzieści, pan inżynier, walczy. Stojąc na odległość kilku metrów, pełen skupienia na twarzy i świadomy ważności chwili rzuca… plastikowymi szczotkami do klopa do ustawionej pod ścianą muszli klozetowej. Obok przechodzą ludzie i dopingują. Trzy trafne rzuty i coś będzie nasze. Coś „AAAAA!!!!” takiego, bo przecież za byle gówno nie dałby sobie wcisnąć w łapę berła. Rzuca tymi białymi plastikami mój Adonis, Herkules, Zeus ja pierdziele tyle testosteronu. Ciśnie jak pierdolnięty, a to w tapety poleciała jedna, druga niemalże strąciła babci berecik. Raczej nie przykłada wagi do trajektorii lotu, lecz leci na oślep, kochany. Może  to tez jakaś taktyka, ja się nie znam, co ja tam wiem o szczotkach do kibla.

 

Finalnie przegrywa. Kurz opada. Wraca z placu boju z opuszczoną głową. – Przepraszam… przegrałem. Ale mam cukierki krówki na pocieszenie. – dodaje, po czym wyciąga z gardła córki obślinioną rękę już bez krówek, bo ta rzuciła się na niego jak ja na tatar wołowy po urodzeniu Jurka. – Przeżyję – pocieszam męża i gładzę po plecach w drodze do kasy – a powiesz mi co było do wygrania? – dodałam. Na drugim planie Pan Konkursik żwawo sprzątał porozrzucane szczotki.

 

– Szalik. Szalik reprezentacji Polski.

 

Szalik.

Rozumiecie?

 

Kocham go.

 

 

 

 

170307 BGB C3 Kite 800x200 4Kids

Krystyno_nie-_denerwuj_2

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

15 Comments

  • Daria

    21.11.2016 at 12:20 Odpowiedz

    Haha… prawie jak u nas 😂 pojechaliśmy po doniczkę do kwiatka sztuk 1. Oczywiście to nie byle jaka, a biała doniczka na promocji w sklepie oddalonym o 70km 😂 Będąc już w środku zrozumiałam, że moje dziecko potrzebuje nowego kosza na zabawki. Głupio tak przecież wracać z jedną doniczką. Szliśmy już dumnie tymi alejkami do kasy, aż mój ,,bohater domu” stwierdził, że od by odmalował ściany. On chce czerwone, ja chce szare przecież bo to taki cool, modne a jakie zdjęcia by były, a jak by się przecież wkomponowały no ideał, ale przyszły mąż zagubiony: No przecież też lubisz czerwony! Też taki chciałaś!… tak… 5 lat temu wtedy to chciałam, a teraz nie chce… o!!!
    Pot, łzy, złość, sarkazm, bluzgow nie było bo wyszliśmy i poszliśmy do KFC… taka to była romantyczna sobotnia wycieczka hehe

  • Dominika

    21.11.2016 at 14:03 Odpowiedz

    Samo życie! Ostatni remont generalny przeprowadzałam z wujkiem budowlańcem i wolałam się osobiście wyspecjalizować w kątownicach, kolankach i rodzajach zapraw, a współtowarzysz niewoli tworzył, niż pojść choćby jeden , jedyny raz z własnym ślubnym do supermarketu budowlanego. Bo rozwód byłby murowany. Żadne trudy codziennego bytu się z zakupami budowlanymi równać nie mogą!

  • Dziubasowa

    21.11.2016 at 14:34 Odpowiedz

    Boszsz…pisałam kiedyś niemalże o tym samym. Dla mężczyzn te budowlane markety to jakiś raj na ziemi a pomiędzy regałami słabsze jednostki oddzielone od stada (czyt. kobiety) przestępują z nogi na nogę, kucają, siedzą zrezygnowane na ziemi. Te z krótszym stażem małżeńsko-narzeczeńskim patrzą tylko błagalnym wzrokiem w stronę wyjścia. Te z dłuższym przeklinają chłopów na czym świat stoi. Chyba u każdego kończy się to tak samo – u nas Dziubas godzinami może głaskać stacje spawalnicze i wybierać odpowiedni rozmiar śrubki, Bobo wyje, a ja mam w oczach chęć mordu i ucieczki.
    Za to poznałam świetną zemstę za te ich chwile rozkoszy – zabieram go do Ikei na te wszystkie świeczuszki i serwetki… :>

  • kasssia123

    21.11.2016 at 15:37 Odpowiedz

    My się zaczynamy kłócić jeszcze w domu podczas zakładania butów, później to już klasyczny mój babski Foch i klasyk :O co ci kurde chodzi? domysl się. I nie będę tu oryginalna jeśli dodam, że sklepy budowlane to aż kipia od rodzinnych dramatów. . .

  • rożen

    21.11.2016 at 15:51 Odpowiedz

    U nas jest odwrotnie, to ja czuję się jak uszko w barszczu wchodząc do lerła merła, a mój luby tylko przewraca oczami. Alejka z oświetleniem ulubiona, zaraz potem łazienki, na koniec drewno. Do kosiarek chyba nigdy nie doszliśmy, bo “on to by już chciał do domu, on by zjadł coś może, siku mu się chce, w sumie to zaparkowaliśmy kiepsko i trzeba już iść, bo nas obiją” 😉

  • ksenia prawie łodzianka!

    21.11.2016 at 20:20 Odpowiedz

    uwielbiam Cie czytac, nie przestawaj! :) powodzenia z remontem!!

  • ksenia prawie łodzianka!

    21.11.2016 at 20:20 Odpowiedz

    uwielbiam Cie czytac, nie przestawaj! :) powodzenia z remontem!!

  • Marta

    21.11.2016 at 22:39 Odpowiedz

    A gdyby tak mężczyzna opisał nas – kobiety w sklepach odzieżowych, w drogeriach. . . Jak rozczulamy się nad odcieniem podkładu, lakieru do paznokci, składem sweterka . . . Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia drogie Panie. Każda płeć ma swoje wariactwa. Tak dla zachowania równowagi :)

  • Misza

    22.11.2016 at 08:25 Odpowiedz

    Cudny artykul przedstawia wszytko to z czym spitukam sie w miejscu pracy. Za cholere nie potrafie nauczyc ludzi by odpowiadali na moje powitanie “dzien dobry” jak to sprawialo cholerny bol

  • Barbara

    22.11.2016 at 09:04 Odpowiedz

    twoje wpisy są super ;D

  • Dorota

    22.11.2016 at 13:30 Odpowiedz

    Spędziłam z ojcem budowlańcem w tych sklepach całe swoje dzieciństwo 😁 jak wchodziliśmy po jedna śrubkę to wychodziliśmy po 4 godzinach. Matka z 5 raz dzwoniła, że ziemniaki się już rozgotowują a i tak koniec końców musiała je chować w pościeli 😊 teraz ja się czuję w nich jak ryba w wodzie, a mojego chłopa siłą tam nie zaciągniesz. A jak już ze mną pójdzie to ciągle marudzi, kiedy już stąd wyjdziemy 😂😂

  • Tomek

    23.11.2016 at 09:17 Odpowiedz

    Witam, pękałem ze śmiechu czytając Twój wpis :) Jako facet trochę inaczej na to patrzę (skrzynki narzędziowe naprawdę się przydają) :). Właśnie kończymy duży remont mieszkania i z żonką mieliśmy metodę, przed wyjazdem robiliśmy listę co chcemy tym razem kupić. Żonka szła na działy bardziej dekoracyjne, ja na bardziej techniczne a spotykaliśmy się tam gdzie musieliśmy podjąć wspólną decyzję. U nas się to sprawdzało bo mamy podobny gust i duże zaufanie do siebie nawzajem. Mogę się założyć, że ten post prędzej czy później trafi do LM. Jestem pewien, że pokiwają ze zrozumieniem i im tez poprawi humor :)

  • Agnieszka

    23.11.2016 at 18:04 Odpowiedz

    W Leroy Merlin Stefan nie chodzi w spodniach na szelki( w Castoramie owszem) 😉

  • zuzanna

    25.11.2016 at 07:46 Odpowiedz

    :)

  • Olga

    19.04.2017 at 21:17 Odpowiedz

    Popłakałam się ze śmiechu 😀😀😀

Post a Comment