Laurka

Laurka

Mówi się, że dzieci krzykiem się nie wychowa. Absolutna racja. Krzyk jest podłym doradcą i nie ma co ukrywać, nie ma co zmiękczać, że wolno. Za każdym razem, kiedy daję się wyprowadzić z równowagi i zaczynam szaleć, drzeć mordę na moje własne powietrze, mam wyrzuty sumienia. Tak to działa. Za każdym jednym razem, kiedy toczę pianę z ust, nakręcam się jeszcze mocniej, że w ogóle to robię, a nie powinnam. Oszaleć idzie. To jest macierzyńska incepcja.

 

Dlaczego wrzeszczę w ogóle?, – pytam siebie czasem i pełna obaw czy dobrze odpowiadam tłumaczę – Bo oprócz ról nabytych mam jeszcze te wrodzone. Bo jestem człowiekiem i byłam nim zanim stałam się mamą Krysi. Biorę na klatę wszystkie moje emocjonalne uniesienia, ale też za każdym razem, kiedy mnie ponosi przepraszam. Moje dzieci mają wiedzieć, że nie jestem ideałem. Mają się nie zasiedzieć w słoiku jakiejś przecukrzonej fatamorgany, w której istnieje tylko dobro i ładne, słoneczne dni. Mają wiedzieć, że ludzie się łamią, że bywają słabi, ale i uczyć się powinni, że ci sami ludzie przychodzą przepraszać, bo wyciągają wnioski. Ludzie powinni przepraszać zawsze. To mają wynieść z domu moje dzieci.

 

Nie wiedziałam do końca jak powiedzieć córce, że kot umiera. Niby postanowiłam sobie, że będę mówić zawsze szczerze jak zapyta, że nie będzie u nas bocianów, kapust i innych bredni, że dzieci u nas w historiach o rozmnażaniu będą faktycznie powstawały przy pomocy mamy psitki i taty siusiaka. Że jak się mnie zapyta dziecko, dlaczego nie chodzę do Kościoła i dlaczego nie modlę się głośno, no dobra – nie modlę się w ogóle, jak sugerują na religii, to ja jej powiem. Tak na serio i bez ściemy wyjaśnię jej swoje argumenty, a co z nimi zrobi i jak uformuje własne pokaże czas i dwa miliony innych faktorów, na które nie mam wpływu.

 

Kiedyś powiedziałam więc, że z kotem jest bardzo słabo i że warto ze mną pojechać do lekarza, pokazać, że jesteśmy, że czekamy na niego w domu, nie spisaliśmy go na straty. Tłumacząc małej głowie zależność między słabszymi, a mocniejszymi chciałam udowodnić, że w nierównej walce z losem ja i ona jesteśmy jego całym światem i jedyną nadzieją. To miała być szkoła miłosierdzia, miłości i mądrości. Szkoła szacunku do słabszych. Okazała się szkołą eliminacji egoizmu pięciolatki i nauką podstawowych odruchów, którymi powinien kierować się człowiek. Kto inny miałby ją nauczyć postaw względem całego świata,  jak nie rodzice, hm? Skąd ma postawy te, jak dobro narodowe, wyprowadzić, jak nie z domu?

 

I wtedy pękło.

 

Nakrzyczałam. Złamałam swoje mocne drzewa. Uniosłam ton łamiąc głos, a oczy moje wpatrywały się w jej. W samochodzie na tylnym siedzeniu coraz niżej opuszczała głowę Krysia. Co to znaczy, że kot jest obrzydliwy, bo chudy, i że śmierdzi w szpitalu, ponieważ któryś z tych biedaków na oddziale nie trzymał moczu? Że jakim prawem wykrzywia się tak, jakby miała zwymiotować, teatralnie i nienaturalnie, jak primadonna, a widok pogardy w małych oczach przekroczył moje najśmielsze oczekiwania? Że wielokrotne upominanie się o siebie w postaci lizaka, loda, picia, ciastek było, jest i będzie nie na miejscu zawsze, kiedy pochylamy się nad czyimś życiem. Nieważne, czy chodzi o kota, człowieka czy mysz. Że czasem warto po prostu wyciągnąć do kogoś rękę i uspokoić sztormy w głowie. Czasem warto pokazać, że stoi się obok, nie patrząc na siebie. Nie zawsze chodzi przecież o nas.

 

Cisza w aucie stała się absolutna. Wracałyśmy do domu wpatrzone w szyby. Wypinając dziecko i szykując do opuszczenia auta złapała mnie za szyję i powiedziała – przepraszam. Bardzo przepraszam, mamusiu. Kocham Mańka, a on o tym pewnie już nie pamięta. – Ja Ciebie też przepraszam – powiedziałam wzruszona wyciągając ją z samochodu, – że nakrzyczałam, nie powinnam. Ale czasem nie mam już siły mówić po cichutku Krysiu. Czasem trzeba coś powiedzieć mocno, kiedy są to ważne słowa.

 

Przełom.

 

Moje dziecko się czegoś nauczyło i to nie była byle jaka szkoła. Ze spontanicznego wylewu żalu, może i złego, nie przeczę, urodziło się w niej coś, co mam nadzieję zostanie z nią do końca. Usprawiedliwiam się trochę, trudno, ale przeskok w głowie i idąca za tym postawa upewniły mnie, że w moich rękach spoczywa odpowiedzialność za każdy jej ruch.

 

Kiedy dwa tygodnie później wręczała w lecznicy laurkę za uratowanie kociego życia, oprawioną, opisaną i starannie pokolorowaną, uśmiechnął się we mnie wewnętrzny nastrój. To było szczere, niewymuszone i wyjątkowo niewinne. Udało mi się, ja pierdole! Udało zdobyć ekstra punkt w nierównej walce. Uff, odsapnęłam głośno – czasem gram jeszcze w wychowanie koncertowo. Jakie to wszystko jest trudne do zaplanowania, losie, jakie to wszystko kruche.

Kot przeżył.

Ile w tym wszystkim naszej zasługi?

 

 

fot. Agata Kosmalska 

 

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook5Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

6 komentarzy

  • Ktoś

    10.09.2018 at 13:13 Odpowiedz

    Brawo. Macierzyństwo bez lukru i nurtu „po urodzeniu dziecka nie mam złych emocji i nigdy nie krzyczę, a ci rodzice, którym zdarza się stracić panowanie nad emocjami i krzyczą są źli”. Jestem człowiekiem, złoszczę się i czasem krzyczę, staram się nie, ale nie zawsze się uda. Za to zawsze przepraszam. I rozmawiam, i tłumaczę.

  • Damntej

    10.09.2018 at 21:49 Odpowiedz

    Nienawidzę cię leżę cała zaplakana po przeczytaniu posty. Brawo mamuśka mi też ruszyłaś serducho.

  • Kinga

    13.09.2018 at 13:34 Odpowiedz

    Każdemu zdarzy się krzyknąć. Nikt niema emocji trzymanych na wodzy 24 h na dobę. Nie da się. Chociaż by się chciało

  • Kowalczyk.Ana

    17.09.2018 at 22:22 Odpowiedz

    Dobrze, że przeżył

  • Aga

    05.10.2018 at 01:04 Odpowiedz

    Zryczałam się…

  • Senna Sówka

    08.10.2018 at 08:08 Odpowiedz

    Uwielbiam czytać Twoje teksty ; ) Pozdrawiam serdecznie!

Post a Comment