Kuchenne feng shui

Kuchenne feng shui

Posprzątałam.

Chyba.

Jak o czymś zapomniałam to i tak uznaje, że to już posprzątałam.

Kto mi udowodni.

Jak przystało na wzorową przedstawicielkę gatunku po raz milion dwunasty zmieniłam miejsce zamieszkania szklanek i talerzy w kuchni. Co zbliżam się do zlewu z odpalonym lontem do kosmicznego sprzątania w moje łapy na pierwszy ogień wpada kuchenne feng shui. I tak oto szklanki mieszkały już w absolutnie każdej szafce, na absolutnie każdej półce. To samo w przypadku talerzy, przypraw i pieczywa. Dochodzę do takiej wprawy w przekładaniu żarcia, że ryżu potrafię szukać naście minut zanim po kilku ciepłych słowach wymamrotanych pod nosem do samej siebie, znajdę gnoja. Nic nowego i dzisiaj, przetrzepałam pół domu po wczorajszej zabawie z miską i ścierą w poszukiwaniu opakowania skórek pomarańczy, które kupiłam do ciasta. Znalazłam. Na szafce. Nie w szafce a na szafce, na wysokości mniej więcej 2,5 metra. Kto mi zabroni, prawda?

Gdy tak przeszukiwałam kuchnię coraz głośniej trzaskając frontami od mebli przypomniałam sobie historię sprzed roku, kiedy w środku nocy zmęczony GG wrócił z kieratu, cichutko na paluszkach przetruchtał przez nasz cały jeden pokój starając się nie nadepnąć na żadną skrzypiącą dechę i nie obudzić Młodej (uroki kawalerki zdają się nie mieć końca), wparował do kuchni z pustym brzuszkiem po czym zaczął festiwal przetrzepywania mebli w poszukiwaniu chleba. Trudno nie usłyszeć leżąc w łóżku dwa metry obok, tych wszystkich ciepłych słów pod swoim adresem. Taktyka: udaję, że śpię, to mnie nie zagadnie.

Szafka pierwsza – GG orientuje się, że chleb już tu nie mieszka. Pod nosem słyszę delikatne „oho, przemeblowanko, cudownie”. Tu następuje lekkie domknięcie drzwiczek, Nieślubny nadal  usilnie nie chce nas obudzić. Jest cierpliwość, jest impreza.

Szafka druga – GG już wie, że chleb tutaj też nie zakotwiczył co za tym idzie wpada w lekkie poirytowanie, które można już wyczuć w wysyczanym przez zęby „trzymajcie mnie ludzie”. Drzwiczki nadal domykane cicho.

Szafka trzecia – zimno. GG już raczej nie interesuje pora dnia i fakt, że śpimy. Spod nosa leci głośne „Jak tu nie, to gdzie do chuja pana?!”. Drzwiczki zamknięte na tyle mało delikatnie, że brzęczą szklanki w szafce obok. Mógł nie wiedzieć. Normalnie ich tam nie ma.

Szafka czwarta – Znalazł, brzuszek zaburczał z utęsknieniem. GG na widok chleba sprzedał mu serdeczne pozdrowienie „O proszę, tu jesteś. No nie wpadłbym na to, ale nie przyzwyczajaj się.” Ja pod kołdrą walka ze śmiechem, GG kanapkę omnomnomnom. Nieślubny z pełnymi ustami „co za baba”.

Some things will never change jak mawiają a szafki pewnie jeszcze nie raz padną ofiarą rąk mych niestrudzonych. Pies też nie ma lekko. Kiedyś resztki z obiadu w postaci gotowanego kalafiora wyławiał z wody, aż mu bąble z nosa szły. Przestawiłam od wieków w konkretnym układzie stojące michy i się GG nie zorientował. Co zrobić. Najciekawsze jest to, że moja własna myśl technologiczna zdaje się nie być taka bezbłędna po kilku miesiącach. Albo christmasy tego ode mnie wymagają, żeby sprzątanie móc zaliczyć do wystarczająco owocnych i satysfakcjonujących. Sama już nie wiem, może to ten duch świąt mnie napędza do zmian?

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

5 komentarzy

  • ~mimbla

    21.12.2014 at 21:34 Odpowiedz

    A to ciekawe… Ja nie cierpię zmian i wyznaje starą zasadę inżyniera Mamonia. Lubię tylko te melodie,które znam.

  • ~Anula

    22.12.2014 at 12:09 Odpowiedz

    Jesteś bosska! „Coraz bliżej Święta na na na …” a ja w lesie. Lekka panika. Pierwszy raz z dzieckiem, organizacja leży i kwiczy. Wpadłam na chwilę, przeczytałam Twój wpis i popłakałam się ze śmiechu…

  • ~xywka

    22.12.2014 at 12:58 Odpowiedz

    U mnie akcja sprzątanie świąteczne nieodzownie jest równoznaczna z totalną wojną z moim M o to czy posprzątane, jak posprzątane i że na pewno bez zrobienia tych wszystkich porządków święta się nie odbędą. Ale jak tu sprzątać z dwulatką „pomagającą” we wszystkim, biegającą w jednej skarpecie, bo druga zaginęła w akcji, miś też przecież musi pomagać, kotek lubi jeździć na rowerku i musi koniecznie być wszędzie z nami, a do tego wszystkiego obiad jakoś sam nie chce się pojawić w garnkach i na stole.
    I tak wczoraj w chwili mojej nieuwagi (patrz wreszcie chwila spokoju i można umyć wannę) córcia znalazła skrzętnie schowany prezent świąteczny i przybiegła do mnie z uśmiechem na ustach trzymając w ręce pudełko i mówi”o, pać mamusiu kledki kololowe znalazłam” I jak tu nie kochać atmosfery świąt 🙂

  • ~ka

    22.12.2014 at 23:43 Odpowiedz

    „co za baba” ale innej nie chce 😀
    tylko Ty umiesz tak poprawić humor 😀 dzięki… i Wesołych jakby coś 😉

  • ~Kasia (DziulkaCrew)

    30.12.2014 at 15:01 Odpowiedz

    Bosze, jak ja czekam na tę Twoją książkę geniusze. Ale do rzeczy, też tak mam. A także co jakiś czas przestawiam meble. Głównie jak mi smutno. Mam wrażenie, że jak se poprzestawiam to będzie mi się żyło szczęśliwiej. Za czasów kawalerki to był ogień z tymi meblami. Teraz dzialam tylko w sypialni, bo tam są te w miarę mobilne.

Post a Comment