Krystyna półroczniaczka.

Krystyna półroczniaczka.

image

Stało się. Moje dziecko kończy dzisiaj zaszczytnych sześć miesięcy poważnego, niemowlęcego życia. Nie wiem, kiedy zdążyła ogarnąć pół roku, przecież dopiero piwo w gardle mi stanęło i prawie spadłam z łóżka, kiedy na teście wyskoczyła druga krecha, dopiero uczyłam się na szkole rodzenia masażu shantala, który to miał niezwykle kojąco działać na moją córkę i pogłębiać naszą relację, a z którego to korzystam tak często, jak często wmasowuję marynatę w kurczaka. Dopiero co dostawałam kopy pod żebra, dopiero co gnaliśmy przez miasto na złamanie karku na porodówkę, dopiero co potwierdzałam obecność bólu staropolskim „o kurwa” na porodówce. Dopiero co! A tu dwa zęby, wrodzona wredota udowadniana matce i ojcu każdego dnia, przesypianie piętnastu minut do pełnej regeneracji baterii i kupy już nie pachną jak kiedyś.  Z tego powodu pokuszę się o półroczne podsumowanie mojego macierzyństwa. Co się przydało a co nie, co bym zmieniła, czego nie dałabym sobie wmówić, z czego jestem dumna.

Ciąża zeżarła mnie dwa razy, wypluła a później jeszcze wytarła sobie o mnie buty. Tak mi było. Jeżeli czujecie, że wyglądacie jak kupa a sprawność fizyczną porównać możecie do małego autobusu nie martwcie się, natura gwarantuje to w pakiecie standard. Zabawne jest to, że widząc teraz babeczki z brzuszkiem z jednej strony myślę sobie – ta, uśmiechaj się jeszcze póki możesz, ustępują ci miejsca w autobusie – no popatrz, spałaś dzisiaj do jedenastej i  nadal czujesz się taaaaka zamęczona? Nie zesraj się. Z drugiej strony na widok bębna strzyka mnie coś w sercu z tęsknoty, że miałam tam swojego człowieka, człowiek miał mnie tylko dla siebie, 24/7,  a teraz śpimy w osobnych łóżkach (jak dobrze pójdzie) i uczymy się niezależności. Do każdej sytuacji idzie się przyzwyczaić jak widać i za każdą zatęsknić. Ponosiłabym.

Co do wyprawki i mojego wiecznego przeświadczenia, że wszystko mi się przyda a rzeczy, które kupuje są niezbędne –  jak zwykle rzeczywistość zweryfikowała swoje. Kupiony za ciężkie pieniądze zestaw pięknych smoczków, zabawek co to miały dziecko rozwijać zaraz po otworzeniu zaklejonych oczu i skarpety edukacyjne  ze skrzeczącą świnią okazały się nie być nawet blisko zajebistości szeleszczącej reklamówki, szelek od wózka czy piętki od chleba.  Krystyna choć mała nie daje sobie narzucić czym będzie się bawić. Moje indywiduum.
Pierwsze tygodnie życia dziecka są niezaprzeczalnie stresem dla rodziców. Trochę jak byście mieli za dwa tygodnie dostać kapibarę albo antylopę i wiedzieć jak ją oporządzić. Niemożliwe. Bo czym to karmić, jak to dotykać żeby rąk i nóg ze stawów nie wyłamać, i gdzie to ma niby mieszkać jak ja nie mam nawet porządnego zestawu pościeli dla siebie a co dopiero łóżka i wypranej w „Dzidziusiu” kołderki. Oesu! Wszystkie wątpliwości, strachy i uprzedzenia mijają jak tylko zostajecie sam na sam i przyjdzie obciąć takiej paznokcie. Nagle każda matka zachowuje się jakby odchowała już stado, jakby przeczytała wszystkie poradniki i publikacje a co najważniejsze – robi wiele rzeczy na czuja a na czuja czasem okazuje się lepiej niż według skrupulatnie opisanej procedury.

Pamiętam, że początkowo dziecko zdawało mi się być takie mało kontaktowe. Tylko spała, jadła i srała. A ja jak kazali nad każdą kupą pisałam doktorat, czy oby na pewno dobry Boże te grudki to powinny być takie żółtawe czy może bardziej pomarańczowawe?! I skąd te krostki na miłość boską, czyżby reakcja na proszek? Na mleko? Na ojca? O, patrz pan, zeszły same. Później zaczęła więcej uczestniczyć w życiu dziennym, nie jak Batman, tylko w nocy. Zaczęła przysypiać po piętnaście minut ładując się na następne trzy godziny, nie dawała porządnie się załatwić, w sumie zostało jej do dzisiaj. Te mikro drzemki nauczyły mnie robić pięć rzeczy na raz, żeby tylko zdążyć jak najwięcej zdziałać, póki licho śpi. I tak obieram ziemniaki, zmywam, czasem nawet umyję się pod skrzydłem i opitolę jakąś kanapkę. A później podchodzę do łóżeczka i widzę te zagubione oczyska pt.: Budzę się a tu ściany, misio jakaś pszczoła. Dobra, dobra, zabawki, gdzie jest mama?! Wyłaniam się pomału zza kołderki a wspomniane  oczyska zdają się powiększać dwa razy i wtedy po raz enty tego dnia przebiega mi przez ciało ta nieopisana euforia – to ja, to ja ją urodziłam! Moja ci ona!

Do największych dokonań jakie miały miejsce w przeciągu rzeczonych sześciu miesięcy zaliczam szeroki uśmiech, przy którym oczy Krystyny kształtem zamieniają się w dwie, pieczone ćwiartki ziemniaka (Tak długo czekałam na uśmiech robiąc z siebie przy tym idiotkę, szczególnie nad dzieckiem podczas przebierania, że jak już go zobaczyłam, dokładnie 16 stycznia, poczułam się jakbym wynalazła telewizor albo inne takie. Dumna.pl), dwa zęby, którymi gryzie suty (nic fajnego),  utrzymywanie zabawki w ręku i pizganie nimi o ścianę no i najważniejsze – apetyt małego konia. Po prostu uwielbiam siorbać zupę w cichej, przytulnej restauracyjce, znad świeczki patrzyć Panu Ojcu w oczy, kiedy Ryśka  wali głośnego, siarczystego bąka i wszyscy obecni oglądają się na naszą trójcę.

Po tym całym przedsięwzięciu zwanym porodem, połogiem i wczesnym macierzyństwem dochodzę do wniosku, że urodziny w życiu powinno się obchodzić a i owszem, ale w dniu narodzin własnego dziecka. Za mało pamiętam chwilę, w której przeciskałam się matce przez miednicę, żeby docenić trud, wysiłek, pot i łzy, jakie nade mną wylała. Teraz z każdym kolejnym  rokiem mojej córki będę wracać pamięcią do nocy, w której zagadnięty przeze mnie GG odpowiedział „postaraj się usnąć, może przejdzie”. Nie przeszło. Siedzi teraz obok mnie i liże piłkę.  Zaraz zacznie lizać lizaki, wybierać bobki z wycieraczki, wpierdzielać czekoladę na tony i błagać o uzupełnienie domowej kolekcji naklejek o Hannę Montanę czy inną Wioletkę. Zatrzymaj się dziecko, nie rośnij mi tak szybko. Zaczynam tęsknić do tych słodkich trzech kilogramów a w głowie wiję już następne.

Nie taki diabeł straszny, jak go malują, przez wszystko trzeba przejść. Lecę gotować córce indyka. Samą tartą marchew mogę sobie wsadzić w rowek.

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

13 komentarzy

  • ~Ania

    12.05.2014 at 12:17 Odpowiedz

    Chciałabym napisać „sto lat, Krystyno!”, ale napiszę „sto lat, mamo Krystyny!”!!! Trafiłaś w sedno, z każdym zdaniem bardziej, aż łzy mi stanęły w oczach (bynajmniej choć raz nie ze śmiechu :P). Zobaczysz, co będzie, gdy dziecko ma „prawdziwe” urodziny, z dmuchaniem świeczek, prezentami, dmuchanymi balonami i czym tam jeszcze chcesz, serce staje matce w miejscu, oczy mokre all day, wspomnienia wracają, jakbyś replay molestowała. I tak już pewnie do końca życia 😛

    Mama 2,5-latka 🙂

  • ~db

    12.05.2014 at 12:29 Odpowiedz

    Rewelacyjny tekst. Pamiętam, że jak moja córka się urodziła i wieczorem zasypiała (od 3 miesiąca życia śpi całe noce) to ja nie mogłam się doczekać rana i jej uśmiechniętej buzi. Dziś ma 2 lata, jest uparta jak osioł, wszystko jest na nie a ja po kilku godzinach z nią nie mogę się doczekać kiedy pójdzie spać. Mimo wszystko kocham najmocniej.

  • ~Sofie

    12.05.2014 at 15:03 Odpowiedz

    Mamo Krystyny 🙂 dziękuję za wzruszenia i uśmiech na twarzy, musze wyglądać jak idiotka. Czekam aż moja mała cudem wyskoczy jakoś z brzucha i będzie mi pachnieć oliwką.
    Trzymajcie się dziewczyny ciepło, od dziś zaglądać tu będę codziennie. 🙂

  • ~mimbla

    12.05.2014 at 16:35 Odpowiedz

    Zupełnie nie wiem,czemu ja,stara baba czytam te pierdoły o zupkach,kaszkach i kupkach…. ? Może dlatego,że piszesz zajebiście… ? ;))

    • ~

      12.05.2014 at 20:35 Odpowiedz

      Dlatego, ze „stare baby” wiedza co dobre 🙂

  • ~Aga

    12.05.2014 at 17:09 Odpowiedz

    Witam
    Pamiętam że im bliżej było porodu w tym większy smutek wpadałam że MOJE dziecko co we mnie jest, nie będzie już tylko moje, będzie należało do świata. I nie będę czuć ruchów i pusto będzie w brzuchu. Strasznie sentymentalnie podchodziłam do tego. I pamiętam jak położna, wkurzona brakiem współpracy ze strony mojej szyjki i skurczów powiedziała „Ty chyba nie chcesz urodzić”. Wtedy myślałam, że ją zatłukę ale po jakimś czasie się zastanowiłam czy racji nie miała.
    Blog boski, zazdroszczę talentu Pani Matko.

  • ~Ela

    12.05.2014 at 20:10 Odpowiedz

    No kocham Cię Kobieto:) Absolutnie i bezwarunkowo:)

  • ~GosJul

    12.05.2014 at 21:38 Odpowiedz

    Kolejny świetny post 🙂 zabawny i wzruszający 🙂 mój Julson za kilka dni kończy pół roku – i sama nie wiem kiedy to zleciało – i nie wrócą już niektóre momenty… ech.. smuteczek, ale i ogromna radość, że rosną szybko te nasze Dzieciury a przed nami kolejne, niewątpliwie ciekawe wyzwania macierzyństwa 🙂 Trzymajcie się cieplutko 🙂

  • ~EDI 525

    13.05.2014 at 13:22 Odpowiedz

    NIE MA TO JAK NASZE POCIECHY (MOJA MA JUŻ 9 LAT I UWIEŻ NIE WIEM KIEDY TO MINĘŁO) :),

  • begginyou

    13.05.2014 at 15:56 Odpowiedz

    no to bimber.

  • ~Farka

    14.05.2014 at 09:17 Odpowiedz

    Ech znamy to znamy… Takie coś matka przeżywa co jakiś czas:P
    Potem pierwsze kroki ( i pierwsze siniaki), pierwsze wołanie na kibelek, pierwsze samodzielne podtarcie tyłka, pierwsze wyjście do przedszkola, jazda na rowerze i pierwsza gleba na nim, początek roku szkolnego u pierwszoklasisty ( to moje dziecko! Czyż nie wygląda pięknie w tej białej koszulinie? Lepiej niż to obce co stoi obok! ), załapanie jak się wiąże buty(ależ byłam dumna:P ) I Komunia Święta ( jest już takie duże.. ech łezka w oku…).
    Na dalszym etapie jeszcze nie jestem 😀

  • ~Moni

    14.05.2014 at 10:18 Odpowiedz

    Zazdroszcze 😮 ( :o))))) Cudownie piszesz Pozdrawiam:o)

  • ~Kasia

    14.05.2014 at 20:29 Odpowiedz

    Droga Rysiowa Mamo!
    Podczytuję Cię bardziej lub mniej regularnie od styczniowego wpisu o ciąży, kiedy to sama byłam już na ostatnich nogach. Płakałam ze śmiechu na tym i jeszcze kilku innych wpisach myśląc, że to zupełnie tak, jakbym czytała o sobie, minus pies.
    Rysia ma już pół roku, a mojemu Kubiszonowi za 4 dni stukną 3 miesiące. Nie wiem, kiedy to zleciało, przecież dopiero wczoraj wróciliśmy ze szpitala! I mój synek, taki malutki kurczaczek, ledwie był widoczny w łóżeczku, a teraz pan kawaler prawie podwoił swoją masę urodzeniową i wymaga trzy razy tyle uwagi, co wtedy. Ba, trzydzieści! A spróbuj matka się oddalić od potomka na dłużej niż pół minuty, tylko spróbuj…

    Cóż, Rysiowa Mamo, z okazji półroczku Krystyny właśnie Tobie życzę, żebyś dalej była tak fantastyczną Mamą dla swojej Córci. Może kiedy sama zostanie mamą, będzie czytała te wpisy i ryła ze śmiechu, podobnie jak ja.
    Zdrówka!
    Kasia

Post a Comment