Kryptonim: Komando Waleń i Oddział Foka

Kryptonim: Komando Waleń i Oddział Foka

My to ze Starym odnaleźlibyśmy się w oddziałach Marines, tak sobie dzisiaj pomyślałam odbierając telefon wczesnym popołudniem. Albo na Kremlu minimum. Jakaś agentura to mi nawet po drodze, zawsze lubiłam eksplorację obcych państw, nutkę emocji, udawany rosyjski akcent, jakieś jajo faberże, bo jaja to ja akurat ja poproszę, w każdej postaci, zimno zamrażające płyn rdzeniowy i wódkę, ale taką 99% .  Ewentualny ekwiwalent pieniężny  za donoszenie to musi być nawet lekko ekscytujące, tak sobie myślę, nigdy nie wiedzieć, kiedy wrócisz z pracy do domu bez ręki, albo kiedy nie wrócisz wcale.

 

Odnaleźlibyśmy się też na boisku do baseball’a, na którym pokazuje się sobie te dziwne znaki mające poważne znaczenie w strategii. Nadawalibyśmy sobie między kuchnią, a pokojem, że np. dwa pociągnięcia za lewe ucho to: „wróć do kibla i opuść deskę”, trzy przysiady na jednej nodze to „zrobisz mi loda?”, a cztery machnięcia włosami to: „nie”. Myślę, idę o zakład nawet, że w szyfrowaniu wiadomości przekazywanych telefonicznie to już w ogóle rozwalilibyśmy systemy śledcze, oszukali satelity NASA, i zatankowali sprytem Teslę Roadster, chociaż jest w pełni elektryczna. Grzesiek, wierzę w nas, nie spierdolmy tego. Serio.

 

Bowiem jak rozmawiają ze sobą rodzice, nie mając pięciu minut w samotności, kiedy chcą przekazać informację znacząco wpływającą na ich dzieci, które to po jej usłyszeniu mogłyby ewentualnie wylecieć w kosmos emocji, albo chociaż przypominać tym Bogu ducha winnym rodzicom o tym, co usłyszały, jakieś 28 razy na jedną minutę zegarową? Długie zdanie? Boli w oko? Poczekajcie na macierzyństwo. Pojęcie długich zdań z wielowątkowym zakończeniem nabierze nowej jakości.

 

Dzwoni telefon. Dzisiaj, przed chwilą. Na pękniętej szybie ajfona pińcet (bo próbowałam kiedyś na trasie Radom – Lublin wpakować do rąk jednocześnie telefon, czterysta hot-dogów z sosem, cztery butelki mineralnej z dziubkiem i płyn do spryskiwaczy) pojawia się napis „ICE GREG” zwiastujący ciężkie rodzicielskie bajania, bowiem Grzesio dzisiaj, mąż mój w ilości sztuk jeden, został z dziećmi sam na cały dzień. Calusieńki.

 

Odbieram telefon licząc na odgłosy wojny, dźwięki ucieczki, wystrzały kapiszonów, armat, „dzwoń po policję” jakieś, „zostaw ten nóż!!!!”, czy co tam jeszcze, a słysząc jednak miarowe oddychanie małżonka, zaczynam przez telefon w pełnoprawną żonę, matkę i kochankę:

 

– Elo, Mordo!!!!  – odpowiednio do wieku, funkcji, roli społecznej.

– Posłuchaj mnie uważnie teraz, bo mamy jedną szansę, żeby się dogadać i zrozumieć – powiedział wyraźnie poruszony.

Bez kitu. Przyrzekłabym, że kołnierz prochowca postawiony na sztorc załopotał właśnie na chłodnym, londyńskim wietrze, razem z szelestem gazety papierowej, z takimi otworami wyciętymi na oczy. Śmieszne.

– Będę mówił szyfrem, bo są przy mnie wypadkowe dwóch miłych wieczorów, o których chcielibyśmy pamiętać do końca życia, ale czasem mamy ochotę jednak trochę zapomnieć, rozumiesz?

– Np. wtedy, kiedy uderzają swoimi głowami w ścianę, wyrywają sobie włosy i obierają śliwki ze skórki zębami, chowając obierki pod materac? – dodałam upewniając się, że mówimy o tych samych osobach.

– Dokładnie – dodał poważnie – byłem przed chwilą w takim sklepie na „P” i zakupiłem towar.

– Pepco.

– Tak.

– Zabawki czy ubrania, Mordo?

– Pierwsze, ale nie mów tak głośno, słyszą cię osoby. Jestem w samochodzie. Z o s o b a m i. Zrozumiałaś? Nie opędzę się, jak się zorientują. Błagam. Myśl o moim zdrowiu psychicznym.

 – Mhm. I co ty byś ode mnie chciał, Grzesiu? – dodałam przeklikując ważne teksty w mojej służbowej rzeczywistości.

– Mam dwie sztuki czegoś i pytanie do ciebie. Nabyłem drogą taką, w której daje się pani przy kasie papierki z królem, dwie sztuki tego pierwszego, co mówiłaś wcześniej, w sklepie na „P”. Mam co następuje: gipsowy obelisk pewnej persony, co miała wyjątkowo zimne bebechy i nie kochała rodziny, ale finalnie jednak kochała. Była lekko pierdolnięta, umówmy się, kto śpiewa z bałwanem. Do tego są płyny, które nadają obeliskowi konkretny wygląd, kumasz? Z patyczkiem z miotełką.

–  Elza z farbami. Tej to chyba oddzielny pokój się w tym domu już należy. Co jeszcze?

– Ciiiiiiszej na Boga. Dalej jeszcze zestaw mężczyzny nabyłem, w ten sam sposób. Mężczyzny, którego profesja polega na ratowaniu życia innych ludzi, np. od ognia piekielnego, spalonych kotletów, ufo, gazu, jak również wyciąga kotki ze studni.

– Sam. Strażak. I gdzie w tym ja?

 

– Pytanie jest bardzo proste, Michalina. Myślisz, że ja powinienem im to dać, skoro mam ochotę wrzucić oba przypadki do głębokiej chrzcielnicy od jakiejś 6:00 rano, od jakiś dwóch miesięcy?

 

 

A.

Aaaa.

Aaaaaaa radź pan sobie. Radź sobie mężczyzno, jeden ty. Co żeś się na dzieci porwał.

Póki co ja pas.

Tak do 18:30 pas.

Później wracam z pracy.

a wtedy to już tylko IMPAS.

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook464Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

7 komentarzy

  • Anna Maria

    29.09.2018 at 00:26 Odpowiedz

    Najlepsi! Kocham was!

  • E

    29.09.2018 at 21:41 Odpowiedz

    ❤️ my mówimy newralgiczne wyrazy po angielsku. Ale to chyba juz pójdzie w odstawke, bo ten nasz szczaw 2,5 letni od jutra zaczyna w żłobku lekcje tegoż…

  • Ilona Kolomanska

    30.09.2018 at 11:34 Odpowiedz

    Jpr najlepsza rozmowa jaka w życiu „słyszałam”! Wyobraźnia, kreatywność , pomysłowość w takich sytuacjach dosięga levelu pro!! Uwielbiam😍

  • SensiStore

    30.09.2018 at 19:22 Odpowiedz

    Ale esktra 😀 Będę wracać 🙂

  • Szwalnia Snów

    05.10.2018 at 11:19 Odpowiedz

    Masz cudowne dzieciaczki! ; ) Pozdrowienia dla rodzinki

  • dorota

    10.10.2018 at 17:00 Odpowiedz

    Uwielbiam te wasze historie 😀

  • Alicja

    30.10.2018 at 09:52 Odpowiedz

    Ponieważ jako dziecko dostawałam spazmów na samo słowo ,,piasek” i niezależnie od pory dnia, musiałam słysząc je natychmiast znaleźć się w piaskownicy, moi rodzice używali określenia, uwaga, ,,sypkie materiały budowlane”.

Post a Comment