Krańcówka.

Krańcówka.

Ciążowa krańcówka. Poziom absurdu zamartwiania się ludzi wokół mnie osiągnął polskie Rysy, poziom absurdu zmartwień mojej mamy wysokość łączną Korony Ziemi. Wiedząc doskonale, że wszelkie objawy troski płyną z najgłębszych zakamarków serca i chcą dobrze, staram się milczeć i napawać radością płynącą z odbierania telefonu co piętnaście minut, otwierania drzwi od furtki kuzynowi na urlopie, ciemną nocą, który specjalnie przyjechał zapytać czy żyję, bo od czterdziestu minut nie odpisałam na sms. Czuje się jak balon ze stałym podłączeniem źródła wpompowanego powietrza w tyłku i staram się w racjonalny sposób tłumaczyć krewnym, że wszystko ze mną ok. Jak inaczej wyklarować mamusi, że zamknięte drzwi od toalety dłużej niż dziesięć minut nie oznaczają, że pożarł mnie klop? Na spokojnie. Wdech i wydech.

 

Więc siedzę na tronie. Jest cudownie, miło, od dwóch dni mieszka już ze mną rodzicielka, tak bardzo zatroskana losem moim i dzieci, że płacze na zapisie KTG i przy prasowaniu pajaców na 56cm. W związku z tym, że jest, nikt nie stara się wyrwać kratki wentylacyjnej z dołu starych, działkowych drzwi i absolutnie nikt w spazmach nie wyje pod klamką jak zarzynana świnia „błagam wpuść mnie mamuniu”. Podkreślę raz jeszcze. Jest miło, cicho i samotnie czyli właśnie tak, jak bywało kiedyś zanim porodziłam dziecko. Zajętej babcią Krystyny nie interesuje już miękkość moich kolan i rozstaw ud, nie chce właśnie teraz umyć zębów i uczesać lalki. Ja żyję, kontempluję, napawam się ciszą, liczę fugi między płytkami, odkrywam, że mam pękniętego klapka, że kończy się odświeżacz… cieszą małe rzeczy. W dłoniach żongluję rolką suchego i nierozwiniętego wcześniej do sąsiada papieru toaletowego. Katharsis.

 

Prawie.

 

W oknie drzwi niepokojąco często pojawia się sylwetka dorosłego człowieka, kobiety, zawijającej kółka pod toaletą raz prawy profil, raz lewy. Nadal się nic nie odzywam, obserwuję rozwój wydarzeń. Jak się odezwę pociągnę za sobą lawinę przyczynowo skutkową i równie szybko będę zmuszona zejść z wucetu jak na niego wlazłam. Pikująca pod starym, łazienkowym okienkiem Pani Mama, która widzę już przygryza nerwowo paznokcie, nie wytrzymuje:

 

Puk, puk – słyszę delikatne upominanie się o uwagę. Puk, puk – jakby mizianie paznokciem po tłoczonej szybie, nie łomot jak przy eksmisji. Cisza i spokój. Chyba wyszła z założenia, że im ciszej zapuka tym mniej absurdalnie zabrzmi reszta zdania.

 

– Misia. – Szepce niepewnie z uchem nadstawionym w kierunku wiadomym. Widzę ją przecież przez to mleczne szkiełko, widzę jak się wygina, żeby mnie usłyszeć, cokolwiek. – Misia? Nadal szeptem nawołuje poszukując jakiegokolwiek kontatu z mojej strony. Jakby mnie ogień piekielny nadpalił i nie byłabym w stanie samodzielnie odpowiedzieć, wstać itd. Siedząc w miejscu od kilkunastu minut miele w łapie ten sam, piękny, biały papier i oczom nie wierzę, że już nawet deski porządnie wygrzać nie można. Już na pewno nie w dziewiątym miesiącu ciąży, prawda. No bo co może nie być ok, kiedy po raz pierwszy od zarania dziejów siedzisz sama w zamknięciu oddając się bardzo przyziemnym potrzebom.

 

– Miii-sia…… Wszystko ok?……….. – Jakby jeszcze ciszej wycedziła stojąc nadal tam, gdzie miało jej nie być. Nie powinno bynajmniej, nie w takiej chwili mojego życia!

 

Wpuściłam przeponowo, jak należy, powietrze w bebechy, wypuszczałam dwa razy dłużej, jak podają książki. Opuściłam brew znacząco i zakryłam dłonią twarz. Kapitulacja, Panie Jezu Chryste, co się dzieje. Ktoś mnie kręci? Nagrywa? Wkręca mnie chyba. Los mnie wkręca jak włosy w starą suszarkę Farel. Opuszczone na kostkach spodnie zdały się robić dokładnie to samo. Przewróciły swoimi spodnimi gałami i pokiwały głową. Uspokajając samą siebie w absurdzie wydarzeń podniosłam łeb znad wanny i delikatnie, jak delikatnie mnie zapytano, odpowiedziałam:

 

– Mamo. – Tu zapadła niezręczna cisza. Na palniku podskakiwał czajnik zwiastujący gotującą się na herbatę wodę. Ta cisza była absolutna, przez ścianę słyszałam brzęczący kaloryfer i wypadające wąsy psa. Świerszcze. Kwitnące pąki bazi w Zgierzu. C-i-s-z-a.

 

–  Robię.   Kupę.

 

– a.

 

*krańcówka. Charaktersytyczny łodzianizm oznaczający końcowy przystanek.

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook481Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

11 komentarzy

  • Anka

    16.02.2016 at 13:55 Odpowiedz

    Padlam i powstac nie moge ze smiechu

  • Kasia

    16.02.2016 at 14:02 Odpowiedz

    Mi zostało jeszcze 3 tygodnie, też drugie. Rodzice aktywni zawodowo, więc nikt nie przyjeżdża ale… moja rodzicielka wymyśliła sobie, że mam się codziennie do 9.30 zameldować telefonicznie. Się pytam P O C O? Ale to już chyba tak jest. Ja będę miała 2 chłopaków, nie wiem czy podejmę trzecią próbę na dziewczynkę. Ale Ciebie możliwe, że czeka w przyszłości to samo 🙂 Pozdrawiam

  • Margret

    16.02.2016 at 14:11 Odpowiedz

    Chyba mamy wspólną matkę 🙂 I dzieci też jakby podobne. Do dziś zerkam nerwowo na te kółeczka wentylacyjne w dole drzwi łazienkowych, przez które moja córka ze spazmatycznym wyciem palonej na stosie heretyczki wtykała łapy domagając się wpuszczenia, albo sikania przy otwartych na oścież drzwiach. Troska rodziny potrafi być taka wykańczająca 🙂

  • Marta

    16.02.2016 at 15:32 Odpowiedz

    Ja jeszcze 6 tygodni i rodzicielka mieszka w dosyć bezpiecznej odległości ale i tak codziennie przeprowadza wywiad: „Dziecko jak się czujesz?” Jak wieloryb, którego ocean wyrzucił na plażę noooo 🙂

  • Ania z Osobiedlamnie

    16.02.2016 at 22:11 Odpowiedz

    Warto było do tej kupy dojść:) Mi.

  • Świeża Żona

    17.02.2016 at 05:59 Odpowiedz

    Mamo Rysiowa, zakwiczałam ze śmiechu, bardziej w duchu, bo w pracy tak nie wypada;) Pomyśl sobie, że już niedługo i trochę się mama odstresuje 🙂 Bądź dzielna, ściskam!

  • Martek

    17.02.2016 at 09:15 Odpowiedz

    Spłakałam się 🙂
    Mama moja rodzona i ta przyszywana, od Pragmatyka, jakoś takich zapędów nie mają. czasami i mi żal było. Ale tylko czasami 😉
    Za to Dziedzic, oj uwielbia sprawdzać czy się nie podusiliśmy w tym odosobnieniu. Czasami przynosi swój nocnik i siada obok. Taki jest empatyczny 😉

  • Kasia

    17.02.2016 at 10:28 Odpowiedz

    Dobre hehe ale się ubawiłam 🙂

  • Tamara Tur

    17.02.2016 at 12:43 Odpowiedz

    U mnie ten sam klimat teraz 😀 Czasem wręcz słyszę to kręcenie się pod drzwiami wucetu i nasłuchiwanie, czy wydaję jakieś dźwięki :p Polecam siedzieć z telefonem, w którym ustawimy sobie szereg absurdalnych dźwięków przy klikaniu 😉

  • Dziubasowa

    17.02.2016 at 19:24 Odpowiedz

    Hehehe, codziennie odbieram kilka telefonów od ludzi pytających czy już urodziłam – ale korzystam z tej nadopiekuńczości,bo mówią, że przy drugim już tak nie jest. Ale jak widać mateczki zawsze w akcji 😉

    PS. Wydaje mi się, że nasze bobasy przyjdą na świat w podobnych terminach, chociaż mam wrażenie, że mój mi wyskoczy lada chwila przebijając się szkitą przez bok…

    Pozdrawiam! 🙂

  • Pani Miniaturowa

    19.02.2016 at 23:14 Odpowiedz

    Popłakałam się ze śmiechu nad Twoją kupą, jakkolwiek to teraz zabrzmiało 😀

Post a Comment