Jest na pewno.

Jest na pewno.

Nie zamienię się.  W sumie czasem mi się chce, w sumie czasem myślę idź Pan w chuj, uciekam. Ale potem znowu na niego patrzę i chociaż najchętniej skoczyłabym mu do gardła, kiedy nie zna odpowiedzi na pytanie, dlaczego znowu za dwadzieścia zeta odpalam Astrę na kable od taksówkarza  w ciasnej ulicy, i dlaczego po raz enty narażona jestem na wzrok gościa pt.: „głupie baby jeżdżą w gazie hehe”, to jednak mu nie skaczę do tego gardła. Powstrzymuję się. Już jestem przy tętnicy czasem z ostrą żyletą, już zamach biorę i przed samym stykiem z ciałem wyrzucam metal z ręki.

 

Nie zamienię tego na innego, bo tamci inni też są pojebani z tą różnicą, że TO pojebanie to ja już znam, a TAMTO to cholera je wie. Pewnie jeszcze gorsze i nie będę wiedziała jak żyć. Może lepsze, ale inne. Już mi się nie chcę w sumie. Tego gościa przestudiowałam w górę i w dół. Jest jak rosół mojej matki, co był zawsze dużo ciemniejszy niż ten w telewizji i zdecydowanie niekrólewski jak ten z okami, co go gotują ludzie z czapkami białymi. Ale to ten smak mam w ustach na samą myśl o rosole w ogóle i z tym smakiem nauczyłam się żyć jak z jedynie słusznym.

 

Rozumiecie już?

 

Tu nie jest idealnie. Tu nie ma tylko ochów i latania nad kuchnią w butach, po małym skrzydle każdy. Tu nie ma deklaracji i deklamacji, nie ma zawsze będzie tak i siak. Ale jest na pewno, że kiedy zakładamy kurtki i otwieramy drzwi na zimne dworze, chcemy uciekać, ba! spierdalać chcemy gdzie popadnie, to najdalej do furtki dochodzimy, a potem w tył zwrot. Zaraz. Przecież ja tu zostaje.

 

To nie jest tylko „siema, kocham cię, co zjesz dzisiaj na obiad”. Nie tylko „dziękuję, że mi podałeś”, „fajnie, że pamiętałeś” i „uff, że odciążasz”. Jest jeszcze tona kamienia, „kurwa, gdzie byłeś” i „dlaczego znowu zostałam z tym sama?!” Jest „ostatni raz cię ostrzegam” i „bo rozwód”, też się zdarzy.

 

A potem przypiera mnie do ściany i mówi, że jestem najlepszy sen erotyczny jego i dostaję kwiaty w środę. Kto dostaje kwiaty w środę i po co? Ja. Staje na mojej drodze i patrzy tak, że wiem, że odchodzić nam nie wolno. Bo zdechniemy jak ten wysuszony rododendron, co straszy w ogrodzie od maja. Zapłakane oczy na niego podnoszę, bezsilność mi je z automatu unosi, a tam stoi poczciwa morda jego i drze się do mnie w pełni. Że tutaj moje miejsce. Że przestańmy już.

 

– Ale kochasz mnie? – Pyta co chwilę. Po co się upewnia, nie wiem. Przecież powiedziałam raz. Powiedziałam dwa. Powiedziałam trzy…

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook792Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

6 komentarzy

  • Karola

    08.11.2016 at 15:22 Odpowiedz

    Matko, jak mi to było dziś potrzebne, bo od mojego który kwiaty przynosi w nocy w czwartek dziś spieprzać jak daleko nogi poniosą ….chciałam ale już nie chcę.

  • Justyna | someplacenice.pl

    08.11.2016 at 15:23 Odpowiedz

    Ze środami to krąży taki dżołk w korpo jakoby środa to dzień…loda ;))

    • ola

      08.11.2016 at 16:10 Odpowiedz

      No i wlasnie po to ten kwiatek. Na zachete. 😈

  • Sylwia

    09.11.2016 at 07:53 Odpowiedz

    Uwielbiam Twoje wpisy….tego mi było trzeba:) Już pakowałam się kilka razy,…………….ale zostałam….

  • Klaudia eM.

    09.11.2016 at 11:00 Odpowiedz

    No i co zrobisz? Nic nie zrobisz… U nas tak samo. Milosc, to nie pluszowy mis, kutfa.

  • Magdalena

    09.11.2016 at 11:28 Odpowiedz

    Jest jeszcze czasem tak, że po kilku latach wspólnego życia okazuje się, że ten ktoś, którego znałaś na wylot, pokazuje swoje zupełnie inne ja i choć kochasz jak mało kto, to musisz odejść bo siebie kochasz przede wszystkim. To najtrudniejsze wybory w życiu, ale czasem niestety trzeba podjąć i tak bolesną decyzję. Szczególnie kiedy to miłość tli się tylko w tobie…

Post a Comment