022

Jerzy, chłopiec, który się nie spieszył. Kiedy dowiedzieliśmy się, że jestem w kolejnej ciąży forma ekscytacji i kanały dalszej dystrybucji informacji były z lekka inne niż te, które zawiadamiały o pierwszej fasoli. Krystynie kupiliśmy mikro buty „oznajmiacze” dla mojej mamy, dostałam kwiaty, a anturaż obwieszczenia późnym, marcowym popołudniem w domu rodzinnym wyglądał jak ewentualna koronacja Karola, Księcia Walii, który czeka na swoje pięć minut, albo gala rozdania Oskarów jeszcze przed „Zjawą”, na której Leonardo di Caprio dotyka pierwszy raz złotego mężczyzny na plastikowej bazie. Obwieszczenie pierwsze miało się nijak do szybkiego „Hej Mamo, jestem w ciąży” przy Jurku, numerze drugim, w czerwcowy dzień między makaronem, a pomidorami w puszce w Tesco.  Jakby zdawałam sobie już sprawę co to znaczy nosić życie, jak to dalej będzie wyglądało i nie byłam w stanie wyobrazić sobie sytuacji, która powala mnie z nóg, że niby tak mną wstrząsa i zaskakuje.  Wtedy dowiedziałam się, że między nogami pędzelek, ciąża zrobiła się na nowo dziewicza, a echo wiwatów wszystkich dziadków  prawdopodobnie do tej pory pobrzękuje gdzieś na linii telekomunikacyjnej. Chłopiec! Chłopak! Będą jajka!

Jerzy Grzegorz przyszedł na świat 10. Marca 2016 roku w południe. Najpierw nie chciał w ogóle opuścić pieczary, pozostawiając do 39. tygodnia mnie, kręgosłup co to na nim polegam i nadprogramowe dwadzieścia kilogramów w czarnej dupie, żeby potem wykluć się w dwie i pół godziny, jak pocisk,  z czego pierwszych czterdzieści minut rozewrzeć rejony do ośmiu centymetrów nieopisanej, matczynej przyjemności, w samochodzie marki VW Golf z 1995 roku. Porodem Jerza miotały głównie takie hasła jak:

„- Tak Grzesiek, na pewno nie żartuję, wsiadaj w auto i przyjeżdżaj!” (Wrocław – Łódź w godzinę dwadzieścia),

„- Mamo, ale ja nie mam czasu czekać na ojca”,

” – Korek, tam będzie korek. Tam nie jedź”,

 „- Kurwaaaa, mówiłam, że korek będzie na Jana Pawła!!”,

 „- O kurwa”,

 „ – NO PRZECIEŻ ODDYCHAM!”,

„- O ja pierdole”,

„- Nie, nie chcę kupy”,

 „- chyba umieram”,

„Tak, jednak chce kupę”,

 „- nie mówcie do mnie, umarłam”

„- pić!”

Obecnie Jerzy kończy pół roku. Zabijcie matkę dwójki, ale nie mam pojęcia kiedy dobił do tak dostojnej cyfry, a już na pewno nie wiem, jak dotaszczył swoje cztery litery do wagowego 97. (!!) centyla przy wzroście na 90-siątym. Jurek, prawdopodobnie najpiękniejszy chłopiec w galaktyce (tak, wiem, wasz też) waży 9. kilogramów i mierzy sobie 76. centymerów. Synu, jak kiedykolwiek dobijesz do bram bloga to wiedz, że mam nadwyrężony nadgarstek, a kwestia wyciągnięcia Ciebie całego z fotelikiem z auta potrzebuje trzypunktowego systemu podparcia i rozgrzewki z Mel B: nogi na ziemi i plecy o drzwi. Inaczej nadwyrężone partie po prostu urwę, ewentualnie puści mi kiedyś żyłka na czole, albo spodnie w kroku.

Świetnie głuży, gaworzy i pluje w Krystynę. Idealnie wie jak i kiedy złapać za siostrzane pukle, żeby je wszystkie wyrwać. Pcha do buzi absolutnie wszystko zaczynając od swoich nóg, na nogach siostry kończąc.  Jest podobny zupełnie do nikogo, może dlatego taki ładny, ale z kolorem włosów pozostającym w tonacji „śnieżna biel” przesadził. Grzesiek do tej pory przygląda mu się jak wilki Mowgliemu, upewniając się co rusz, czy to na pewno jego. Nie chce spać u siebie, a nawet jak mu się zdarzy wyczuwa brak cycków po pierwszych pięciu minutach i drze się do księżyca. Rozpoznaje mnie na tyle dobrze, że jestem się w stanie wzruszyć na sam widok tej uchachanej buzi, kiedy wyrastam zza drzewa. Tak. Juras jest synem mamuni. Na chwilę obecną nie mam zamiaru tego zmieniać. Chwilo trwaj!

.

Powrót do obsady...

mama
gg
krystyna
jerzu
kisiel
kibel
opel1
oepl2
It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

9 komentarzy

Post a Comment