Jedyne takie, zupełnie obiektywne podsumowanie weekendu w splendorze z Volvo i mój absolutnie polski, pełen klasycznych narzekań na hajs bilans sensu jego posiadania.

Jedyne takie, zupełnie obiektywne podsumowanie weekendu w splendorze z Volvo i mój absolutnie polski, pełen klasycznych narzekań na hajs bilans sensu jego posiadania.

Bardzo dawno temu, kiedy wszędzie chodziłam pieszo, rozkład jazdy miejskich autobusów znałam jak pacierz, lubowałam się w histerycznym biegu na tramwaj do szkoły z rozchełstaną kurtką, a bieg przez osiedle szarych bloków z płyty należał do absolutnego must have każdego świtu – własnoręczne prowadzenie samochodu pozostawało w strefie nieosiągalnych marzeń. W worku rzeczy, które wywoływały dyskomfort, mdłości i poważne, nerwowe drżenie górnej wargi. Wsadziłam się bowiem kiedyś na wakacjach w Forda Escorta rocznik chyba Biznacjum, coś mi się pokiełbasiło, coś nie do końca zapamiętało i zamiast pojechać do tyłu pojechałam do przodu i to tak bardzo do przodu, że kosząc namiot sąsiada, grillowe palenisko i dmuchany materac z weluru, byłam w stanie przeczytać z ruchu warg matki „Zdrowaś Maryjo”. Przednie koła auta zawieszone w bezruchu na niewysokiej skarpie „już prawie” witały się z gąską małej rzeczki Grabi, a ja czułam bicie serca w nosie i opuszkach palców.

 

 

Stres i napięcie towarzyszące przygodzie ze starym Fordem naznaczyły mnie – kierowcę dosyć poważnie, to też z mijającym czasem, nadchodzącą dorosłością i przy kolejnym kłuciu w płucach po cwale na osiedlowy przystanek, zaczęły interesować mnie poważnie upokarzające historie transportowe. Widziałam siebie np. na skuterze w kasku orzeszku, albo na rowerze z koszykiem, bo rowery już wtedy zaczynały być trendy. A kiedy nadchodziła zima stulecia, odmarzały mi palce w butach po godzinnym powrocie do domu w zaspach pod skrzydła, widziałam siebie w czterokołowcu AIXAM 400 (!!!), do prowadzenia którego nie trzeba było posiadać żadnych uprawnień.  Taki to właśnie miotał mną letarg i lenistwo. Problem był jeden. Ja, poważny człowiek rozmiaru 42 i „auto” wyglądające jak skompresowana puszka fasoli, rozpędzające się do trzydziestu kilometrów na godzinę… maksymalnie. Ten sprasowany klocek miał dużo więcej dylematów. Przede wszystkim urody był raczej nikczemnej, co skutecznie trzymało nas na dystans.

 

 

Poważną przygodę z motoryzacją rozpoczęły przeto dzieci i macierzyństwo, stawiając kropkę nad „i” w kotle pełnym „nie umiem”, „nie chcę”, „dajta mi spokój ludzie”. Mało tego p o w a ż n ą, ponieważ nie dotyczyła jedynie technicznej umiejętności prowadzenia samochodu podczas odkręcania torebki z musem udami dla tych tam z tyłu, ale faktu rozdziewiczenia swojego kierowania Oplem Astrą w gazie, rocznik 1995. Razem z cudem niemieckiej techniki w życie wszedł więc  akumulator z gruźlicą, rozregulowana butla z gazem i coś tam spalonego przy przełączaniu na paliwo, co bardzo skutecznie fundowało kilkukrotne toczenie się przez łódzkie skrzyżowania na luzie. Nie pamiętam co mi się spaliło. Nie pamiętam ile razy. Ale widok własnego ojca metr siedemdziesiąt w kapeluszu, pchającego mnie i chore auto pod górkę do pierwszego lepszego warsztatu, na wieki wieków wynagrodziło wszelkie rozczarowania związane z ustrojstwem marki Opel, das Auto. Samochód poczciwie nazwałam „Kropelką” z racji kształtu i koloru, ale szybko okazało się, że ksywa wyjątkowo dobrze trzyma się ilości wylanych łez i kłótni ze Starym, który sam wybierał się w Polskę Vectrą bez problemów mentalnych, zostawiając mnie i nasze pierwsze dziecię na łaskę niemieckiego emeryta. Z niektórymi kierowcami łódzkich taksówek, którzy za dwadzieścia złotych przyjeżdżali reanimować złoma znałam się już na „Ty”, a temat rozwodu wzrastał wprost proporcjonalnie do epizodów nagłej śmierci na trasie.

 

 

Blogowanie za to przyniosło mi w życiu już kilka poważnie uroczych akcji i zafundowało poznaniem wielu po czubek dzbana krasnych ludzi, ale tego, co stało się pewnej nocy na łódzkim Marysinie nie spodziewałby się sam Kaszpirowski w garnek ciosany i moja butelczyna miodowego Jacka. 23:27, bramy Instagrama przedziera wytrwały pracownik marketingu Volvo Car Poland oferując leczenie nerwów zapachem pieniędzy i bezpieczną podróż na krakowskie Targi Książki w funkiel-nówka-nieśmiganym Drapieżcy V90. „Pani Michalino, bierz Pani. Tylko oddaj. Bo mnie zwolnią <3” zawyło z monitora empatyczne bajanie marketingu, jak hasło bojowe lub maść na starte kolana.  To też widok uśmiechniętej Izabeli z Volvo Scandinavia Auto Lublin otwierającej szlaban pewnego statusu życia na lubelskim poletku marzeń, wywołał dreszcze. Człowiek nie orientuje się bowiem, jak szybko uwalnia złogi klasycznej blachary i jest to, z absolutną pewnością oznajmiam, słowo wypowiadane  z nieprzeciętną czułością. Kobieta, ja matka, instytucja – nie wiedziałam ile razy popuszczę, ile odpuszczę  dotychczasowym poglądom, zanim pod nosem namacalnie nie postawiono mi wersji Cross Country z przyspieszeniem takim, że skalpuje czachę. Kiedy usiadłam na białej skórze V90 dzięki uprzejmości (i odwadze!) dealera z Lublina przyrzekłabym, że zamykając za sobą drzwi poczułam zapach perfum Alexis z Dynastii, a w głowie kołatał ulubiony teksty Heleny Król Kolodziey: “Przecież buta nie kupisz jak nie ma 1500 dolary”.  Bogactwo, luksus i zero gluten, o ile w ramach motoryzacyjnego cuda można w ogóle mówić o jedzeniu.  Ale do brzegu. Co ja właściwie mogę wam powiedzieć o pierwszej przygodzie z autem klasy premium, kiedy sama posuwam się dwudziestolatkiem z odzysku?

 

 

Wnętrze

 

Szanowni Państwo K O S M O S, W O W i Hugh Hefner. Mniej więcej jak na Strat Trecku. W Astrze można kopnąć w schowek jak nie działa wiatrak przy trzydziestostopniowym ukropie. Tutaj, żeby ustawić wianie na paszczę trzeba się zatrzymać i pomyśleć. Co nacisnąć, żeby nie przenieść się do innego wymiaru, czego nie ruszać, żeby nie odpadło, żeby wiedzieć jak to później wyłączyć. Właściwie dlaczego to „SOS” dziwnie podświetla się cały czas. Czyżby auto samo dosyć inteligentnie wołało ratunku? Przede mną? Wszelkie obawy odchodzą po jednym przejeździe, bo ekran dowodzenia światem okazuje się niesamowicie intuicyjny i teraz oprócz wiania na dekiel potrafisz też wymasować sobie plecy i podgrzać kuper bez lądowania na drzewie. Dech zapiera każdy detal wykończenia monstrum, a w głowie wszystkie końce podróży  i cumowanie na przydomowym parkingu łączą się z myślą o relaksie na skórzanej sofie przed płaskim telewizorem i najdroższe w swojej klasie Prosecco musujące w łapie. To jest, proszę państwa, małe dzieło skandynawskiej sztuki. Najczęściej słyszane pytania pasażerów w kategorii „wnętrze”:

 

Ty, to tutaj to jest prawdziwe drzewo czy laminat?

Można w tym jeść?

Ta gałka to pewnie Swarovski, co?

 

Jazda

 

Nie będę się rozwodzić nad algorytmem i puchnąć gdzie trzeba nad wyposażeniem, bo wiadomo, że połączenie silnika T5 i 254KM to jest jakiś tropikalny kraj jak dla mnie, takie San Escobar zrozumienia, co tam się właściwie „odsilnicza” pod maską. To jest recenzja damska, będzie prosto, otóż kochani – Można jechać nieprzeciętnie szybko i nadal móc rozmawiać, co już powinno dać namacalny odbiór standardu. Mało tego, można jechać tak szybko, że szkoda czasu na jakąkolwiek rozmowę i nadal wierzyć, że się człowiek porusza rozsądnie i z głową. Po przygodzie z V90 zupełnie inaczej spoglądam więc na cebulowe łebki poganiające długimi na autostradzie, kiedy to ja próbuję z duszą na ramieniu „wziąć” TIR-a i odskoczyć na prawy pas,  z a n i m  mi jakiś Eryk von Usainboltsson rozmaśli Kroplę na krajowej jedynce. Ten alfabet morse’a nadawany rażącymi lampami LED jest w pewnym momencie jakby silniejszy od kierowcy, gwarantuję, kiedy ten sunie po polskiej szosie na grzbiecie rasowego Kocura jak Mowgli jakiś na Misiu. Najczęściej rzucane zdania w kategorii „jazda” to oczywiście:

 

Ile to pali?,

ILE?!!!

Niemożliwe, że jedziemy tak szybko. Szyba w drzwiach mi nie lata.

 

 

 

Przewóz dzieci

 

Przez chwilę zapomniałam, że je mam i że zapakowałam dwoje na tylną kanapę. Możliwe, że to prędkość, możliwe, że odurzający zapach nowości skóry wcale nie eko, ale tempo ich zasypiania było rozkoszne i nikt nie kopał mnie w plecy z okrzykiem „posuń się, ciasno”. Jeżeli zamykacie warsztat prokreacyjny z wynikiem dwa to tak, proszę bardzo, V90-tka jest dla was idealna. Ale jeżeli myślicie o dalszym rozrodzie, lubicie figlować bez ciągłej myśli o konsekwencjach, darzycie sympatią przewóz Mamusi tak, żeby było jej wygodnie i to niekoniecznie w luksusowym bagażniku – możecie mieć mały problem. W prawdzie Volvo dysponuje dużą przestrzenią tylnej kanapy, ale niestety nie tak obszerną, żeby zmieścić wszystkie żywe istoty, na których w pewnym momencie życia może wam zależeć. Kot jechał między dwoma Romerami King Plus z Łodzi do Lublina w swoim kontenerze w lekkim pionie, a z każdym jego miauknięciem wizja kolejnego dziecka oddalała się z szelestem do ewentualnej przesiadki i skoku w XC90. Kto zna nowe XC90 wie, że O BOŻE BOŻENKO POTWÓR, CHCE TO, ale niestety stać na niego nielicznych. Co mówiły dzieci?:

Mamo mogę coś zjeść?

Mamo nie wytrzymam z jedzeniem do domu.

Daj coś zjeść.

Głodna!

Jeść!!

Dlaczego nie mogę tu jeść właściwie ?

A chociaż mogę się napić?

 

Bezpieczeństwo

 

Nie ma się co rozwodzić i szukać minusów. Nie znalazłam. Wsiadasz i wiesz, że nie ma opcji na śmierć. Nawet jakbym bardzo chciała „przypadkiem” rozjechać Starego w porywach rodzinnych dramatów – nie da się. Ani ty tam w środku, ani nikt na zewnątrz nie odejdziecie, nie na warcie Wołowiny, bo dzięki kilku skomplikowanym technologiom, których działania nawet nie próbuję zrozumieć, nie jesteście w stanie zrobić sobie krzywdy. Kamery, czujniki, pikające cuda, wianki, wspomaganie cofania szukające przeszkody za zakrętem, co w przypadku parkowania w centrum Warszawy o godzinie 15:30 jest jak wyciągnięta ręka od Pana Boga. No szacun i oklaski. Do tego ten system samodzielnego wzywania pomocy w przypadku braku przytomności kierującego, który rozczulił mnie na maksa. Świadomość bycia odnalezionym przez służby ratunkowe zanim ciało zacznie się rozkładać jest nad wyraz pocieszająca, a i komunikat o przerwie na kawę i obowiązkowym odpoczynku odgrzewa w człowieku odruchy rodzinne. Przypomniał mi się zapach domu mamusi i głośne nawoływanie na kolację w zimowe wieczory. Ach, rozmarzyłam się. Pod tym względem całość na absolutnym propsie. Brawo Północ.

 

Cena

 

W skrócie: jeszcze kilka wypłat, kilka nocy z kalkulatorem i ołówkiem, jeszcze kilka niezjedzonych bułek z polędwicą. No nie jest to cena za worek cukru, nie czarujmy się, ale trzeba marzyć.  Zakup auta jest w zasięgu ręki, ręki o bardzo długiej rzędnej 😉 o tyle, o ile potraficie dokładnie i z pełnym zrozumieniem wysłuchać dłuuuugiej listy pomysłów na finansowanie. Na chwilę obecną posiadanie metalicznego potwora mogłoby naruszyć moją płynność finansową na poziomie planowania ślubu obojga dzieci na raz w Łazienkach Królewskich, ale nie poddaje się i idę z kalkulatorem na duże baterie sprawdzać, czy podołam. Mam ogromną ochotę utrzeć sobie nosa i przytaknąć Izabeli, która twierdzi, że potrafi mnie jeszcze zaskoczyć. Małżonek natomiast nadal usilnie próbuje wepchnąć w ręce SsangYonga i sam zaczyna wierzyć, że Multipla jest jednak rozczulająca (fuck no). Kiedy śnić jak nie teraz?!  Ulubione hasła w kategorii „cena”:

 

 Ile to kosztuje, no tak z ciekawości mi powiedz?

 

Jezu Chryste…

 

Weź to oddaj zanim popsujesz.

 

 W leasing się uda. Wierze w ciebie.

 

Po wekeendowej przygodzie została jednak miłość w sercu. Miłość do wyglądu, do uczucia spełnienia. Miłość do zwrotu w podejściu marketingowym, tak sztywnym przecież jakiś czas wstecz i no ten…długopis, nostalgicznie wytyczający kierunek trasy motoryzacyjnej. Dziękuję Volvo, dzięki Lublin, to była smaczna przygoda w duchu cross country.  Auto polecam z czystym sumieniem osobiście licząc na cud w podejściu do odkładania pieniędzy i idę posmyrać Astrę po lewym wahaczu, żeby mi się nie pogniewała i nie rozłożyła na amen.

 

Pozdrawiam z trasy. Pierwsza niemotoryzcyjna recenzentka. Peace, love i wymiana opon na zimowe.

 

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

8 komentarzy

  • Hania

    03.11.2017 at 20:06 Odpowiedz

    super wpis

  • Matka Juliana

    04.11.2017 at 01:36 Odpowiedz

    Moja Droga, wspaniała recenzja. A pierwsze akapity i Twoja historia z demolką samochodową przypomniała mi doskonale mój wyczyn – spowodowany również problemem czy chcę jechać do przodu, czy może do tylu. Ja wylądowałam – nomen omen – volvem s80 na pokaźnym skalniaku. Przód był na wysokości pierwszego piętra… Skalniak ucierpiał znacznie, słup z cegły – tej droższej takiej – również, a Volvo? Jak ten czołg przejechało po tym wszystkim i uszkodziło sobie jedynie halogen… Także… nie jesteś sama! ❤️

  • Edy7ka

    04.11.2017 at 20:41 Odpowiedz

    Ej siedziałam w środku, nie jeżdziłam, ale siedziałm. W tym akurat w tym! Git, na prawdę git, a miałam przyjemność siedzieć w paru autkach wyższej klasy. Jedyne co mnie się nie podoba to zegary… lubię klasykę, a te elektroniczne już tak nie podobają mi się jak te stare fajniutkie.
    I jeszcze brak samodomykających się drzwi boli… w autkach 2006 (niemieckich) już to było… ale nie przesadzając, samochodzik godny nawet takiej grubej dupy jak moja 😉

  • kasia

    05.11.2017 at 17:11 Odpowiedz

    Kosmos

  • Kornelia

    06.11.2017 at 13:05 Odpowiedz

    no nie ma co szukać minusów

  • Mia

    06.11.2017 at 18:11 Odpowiedz

    super

  • Adamek

    07.11.2017 at 13:42 Odpowiedz

    Mega mi się podoba V90… A już w ogóle moim marzeniem jest w wersji Cross Country <3

  • Kornelka

    07.11.2017 at 14:13 Odpowiedz

    🙂

Post a Comment