Jak to jest mieć dziecko?

Jak to jest mieć dziecko?

Zacznę dzisiaj od rzeczy najważniejszej. Moje dziecko wczoraj oficjalnie po raz pierwszy w życiu parsknęło głośnym śmiechem, takim z zanoszeniem. Nie muszę chyba dodawać, że się poryczałam bo Krychna po raz kolejny postawiła duży krok na swojej życiowej drodze a ja poczułam się jakby moja córka odkryła Atlantydę, znalazła Bursztynową Komnatę, wyrecytowała Inwokację wspak,  ale od początku. Zabrałam pisklę do kąpieli, usadziłam w wanience na kąpielowym tronie w rybki i przeszłam do obrządku. Krysia jeszcze niedawno wodą gardziła a wręcz dawała dobitnie do zrozumienia, że kąpać się nie lubi, sąsiedzi też wiedzieli, że Krysia nie lubi, Ci z innych bloków na osiedlu też.  Z tego też powodu musiałam nieźle się gimnastykować żeby hrabinę zabawiać w kąpieli co by łez nie zobaczyć, robienie z siebie pajaca pomału staje się moim chlebem powszednim.  Generalnie stwierdzam –  człowiek przy małym dziecku idiocieje. Dziki taniec z mydłem, udawane śpiewanie do butelki z szamponem i miny lepsze niż na ćwiczeniach z emisji głosu, po których do tej pory boli mnie gęba. Jakby mnie ktoś z boku obserwował, to by mi dziecko odebrali zgodnie z myślą, że rodzice niestabilni emocjonalnie nie powinni odpowiadać za inne życie. Krystynka obczaiła, że kopiąc w wodę ta się wylewa i niszczy mamusi tak starannie dobrany strój podomowy – wyciągnięty podkoszulek i za duże spodnie. Tak oto Ryśka w trakcie mycia napedałowała się w wannie swoimi krótkimi nogami jakby chciała dojechać na rowerze  do Zgierza, im mocniej kopała tym mocniej wylewała, tym ja gorzej  wyglądałam, tym ona głośniej się śmiała. Morał? Jak się kiedyś wyrżnę na lodzie idąc z córką za rękę a w późniejszym etapie życia pod rękę, mogę liczyć na zwiniętą w pasie Ryszardę wijącą się ze śmiechu albo co bardziej niepokojące – Ryśkę specjalnie matkę popychającą dla ubawu. Anyway – Brawo Krytyno, pięknie się śmiejesz,  mama jest z Ciebie bardzo dumna, proszę nie chciej mnie popychać dla fanu. Dzięki.

Rozmawiałam wczoraj ze znajomym, z którym jakiś czas temu zerwał się kontakt. Szkoda, bo z tego co pamiętam poziom mojego popierdolenia w naszym duecie mnożył się przez cztery. Kolega mój sympatyczny zadał mi jedno kluczowe pytanie: –Ty, a w ogóle, jak to jest mieć dziecko? Parsknęłam jak koń pod nosem i pomyślałam, że żeby to wytłumaczyć, oddać emocjonalnie jak to jest na prawdę to albo trzeba przeżyć samemu, albo umówić się na piwo i dużo dłuższe posiedzenie. Sprawa jest dość złożona. Pytanie wzbudziło w mnie wiele znaków zapytania, sama sobie próbowałam odpowiedzieć jak to właściwie jest.  Doszłam do kilku wniosków.

Mieć dziecko to nauczać siebie i innych organizacji perfekcyjnej, logistyki mistrzowskiej i dodawanie do umówionej godziny minimum półgodzinnego marginesu błędu, który w twoim rozumieniu nadal pozwolił ci przybyć na spotkanie punktualnie. PUNKTUALNOŚĆ w twoim słowniku to umówiona godzina plus trzydzieści minut, proste. Mało tego,  wspomniana punktualność dozwolona jest jedynie w twoim przypadku, masz oto czteromiesięczne wytłumaczenie które ulało już tysiąc pięćset dwa dziewięćset i zamiast wychodzić zmieniałaś po raz kolejny odzienie. Osoby, z którymi byłaś umówiona tym samym, nie mają prawa zadzwonić i powiedzieć „sorry dzisiaj jednak nie dam rady” właśnie teraz, kiedy już po wszystkich przebojach targasz wózek do autobusu upocona, bo umawianie się z tobą jest ostateczne i nieodwracalne. Chyba, że ty odwołujesz, ale znowu – masz wytłumaczenie absolutne, tobie wolno.

Mieć dziecko to rozwijanie w sobie umiejętności robienia pięciu rzeczy na raz, myślenia jednocześnie o kilku wątkach i organizowanie w ładzie i składzie kolejnych kilku spraw. Dziedzic uwieszony na ramieniu ryczy w niebogłosy bo głodny, starasz się nie zwariować kiedy wchodzi na decybele kruszące szkło, przy uchu telefon, właśnie teraz umawiasz kolejne szczepienia z osiedlową przychodnią a wolną ręką, którą nie trzymasz dziecięcia, przygotowujesz mleko. Zazwyczaj w tym samym czasie młode ulewa czymś sprzed popołudnia, dzwoni domofon i w ogóle dramat. W całym tym chaosie masz siłę usiąść, nakarmić i się do dziecka szczerze uśmiechnąć. Uśmiech zwrotny działa jak gumka do ścierania, czyści wszystkie zamazane stresem kartki w twoim zeszycie. Do tej pory zastanawiam się na czym polega ten fenomen.

Mieć dziecko to wspólne kąpiele pod prysznicem mamy i taty. I o ile kiedyś były to łazienkowe wycieczki o zabawieniu erotycznym tak teraz to wycieczki organizowane w celu oszczędności czasu. Tak oto stoją we dwoje na metrze kwadratowym, obijają się tyłkami raz o siebie raz o turbo gorącą baterię, jedno lubi wodę chłodną drugie na maksa gorącą, w związku z brakiem porozumienia w tej sprawie następuje wymiana zdań o dopuszczalnej amplitudzie temperatur pod prysznicem tak, żeby oszczędzić sobie dalszych kłótni. Jest to też jedyne miejsce gdzie dziecka nie ma i mają okazję wymienić się opiniami na temat minionego dnia, bez przerywania zdania w pół.

Dziecko to posiłki jedzone lewą ręką. Na prawym cycu wisi Ryś lewą ręką jem ja. Kiedyś nie umiałam teraz wychodzi mi nawet zgrabnie. Wprawa. Co do jedzenia warto napomnieć pracę zespołową w teamie mama i tata. Zazwyczaj przy obiedzie pada ważne pytanie: kto je pierwszy? Od tego zależy oczywiście kto będzie miał przyjemność zjedzenia wystudzonego kotleta, kiedy pierwszy je tatuś ja skubię ziemniaki lewą ręką jak kura, pada hasło „dobra, skończyłem”, wtedy lewitujące nad stołem niemowlę trafia w ręce GG i do obiadu przystępuje mama. Inną techniką „na wózek” jest jedzenie na kolanie i wlewanie w siebie jak w chlewiku a nogą bujanie dziecka w wozidle. Nie działa jak się małe zorientuje, że nie poświęcamy jej tyle uwagi co np. pomidorówce. Ryk, histeria, koniec jedzenia.

Mieć dziecko to cieszyć się z małych rzeczy. Konsystencjonalnie zgrabnej kupy właściwego koloru, pierwszego głośnego śmiechu, obserwacja chwytania zabawek i wkładania do buzi co pozwala mi twierdzić, że Rysia rozumie  łańcuch przyczynowo skutkowy „co do rączki to do buzi” i chce badać otoczenie jak najlepiej potrafi czyli językiem. Małe rzeczy to też uśpienie Młodej w czasie krótszym niż piętnaście minut. Wtedy to się dopiero cieszymy, paaanie. Mogłoby się wydawać, że będziemy spragnieni, stęsknieni wyjść na miasto, imprez i beztroski, ale ku mojemu zdziwieniu nigdy nie pomyślałam usypiając Małą  w sobotni wieczór, w ten właśnie  sposób. Lubię z GG usiąść sobie przed telewizorem z lampką (albo wiadrem) słodkiego Carlo Rossi na lodzie i popatrzeć na bzdury w telewizji. Kiedyś się Krystynę podrzuci babci i wyjdzie do ludzi. Na wszystko przyjdzie czas.

Kiedy mnie pytają „no i jak jest?” mówię super. Mamy tu w domu swoje góry i doliny, czasem mam ochotę otworzyć okno i przez nie wyskoczyć albo zrobić komuś krzywdę, ale tempo w jakim mi przechodzi samą mnie szokuje. Nie zamieniłabym się na lata wstecz. Czuje się szczęśliwa i spełniona, nie marnuję czasu i mogę komuś pokazać świat. Czego chcieć więcej? Tak to właśnie jest… mieć dziecko. Być dla kogoś i mieć kogoś dla siebie.

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

10 komentarzy

  • ~zanka

    11.03.2014 at 11:58 Odpowiedz

    Ty jesteś meeega zajebista no !!!! Po prostu jak czytam to mi się przypomina jak moja miała 4 miesiące i jak narzygała mi na włosy , których i tak nie miałam czasu umyć bo jechałyśmy akurat do lekarza , a transport w postaci autobusu już prawie czekał na przystanku 😀 Też tak przeżywałam wszystkie chwile i też ryczałam i też nie zamienię się za nic , to moje doświadczenie i mój czas i kocham to 🙂 Teraz młoda ma już 5 lat i pomimo że powtarza mi : „oj mamo oj mamo ja jestem już duża” to i tak tarmoszę ją jakby miała te 4 miesiące i ślinie jej policzki przy całowaniu i pomimo ,że ona już jest „duża” lubi moje tarmoszenie i ślinienie , sama przychodzi i wbija tą swoją malutką szanowną na kolana i oddaje mi po stokroć miłość ,którą ja ofiarowuję jej każdego dnia 🙂

  • ~Marzena

    11.03.2014 at 13:15 Odpowiedz

    Ja sie dowiem „jak to jest?” za jakies 5 dni o ile moje dziecko „inkognito” uraczy mame terminowym wypelznieciem na ten uroczy swiat 😛
    Zawsze myslalam,ze moj instynkt macierzynski jest uspiony na jakis czas i wypracowany w pelni- zwlaszcza gdy sie wspolwychowywalo trzech siostrzencow ;D
    Ale teraz juz wiem, ze moge powiedziec swiadomie iz NIE MOGE SIE DOCZEKAC 🙂
    Pozdrawiam ze.slonecznego 3city. Przygotowujac sie na ten dzien czytajac twoje posty widze troche siebie hehe

    • SOHO

      11.03.2014 at 13:42 Odpowiedz

      No to trzymamy kciuki za malucha i niech się pojawia ino raz!:)

  • ~meg

    11.03.2014 at 16:02 Odpowiedz

    Super podsumowanie. Oczywiscie ciągnie mnie na imprezy i nawet umawiam się na nie z 2 miesięcznym wyprzedzeniem, ale jak przychodzi upragniony miesiąc zabawy to nie mam ochoty nigdzie wychodzić. Delektuje sie chwilami na kanapie we czwórke (mąż, syn 3l. córa 7m. i ja) i nie zamienie tego wszystkiego na nic na świecie.
    Gratuluje postu

  • ~katia

    11.03.2014 at 16:41 Odpowiedz

    a ja jestem ciocią… Dziewczynki, która ma rok, miesiąc i kilka dni. Jest fenomenalna. Uwielbiam ją…. wczoraj mimo, że nie mówi to kłóciła się ze mną (w swoim języku oczywiście). Jest tak słodka, urocza, kochana, cudowna i wspaniała że jak jej 3 dni nie widzę to normalnie TĘSKNIĘ ….

  • ~ambiwalencja stosowana

    12.03.2014 at 18:29 Odpowiedz

    bywa niełatwo, bywa tragicznie nawet, ale i tak nic lepszego w życiu mnie nie spotkało

  • ~Loona

    12.03.2014 at 20:58 Odpowiedz

    Serdecznie polecam vlog tej babeczki, zaraz po Tobie jest moją ulubioną „prawdomówną” mamą 🙂 nie pitoli, że dziecko puszcza motylki, ulewa obłoczkami a kupę zabieganej mamy zabierają aniołki 🙂

    https://www.youtube.com/watch?v=HXQ_bSiUYUs

    p.s. nie wiem gdzie pracowałaś do tej pory, ale najwidoczniej marnowałaś potencjał! Pisz, Kobieto, pisz, bom nienasycona Twoich postów 🙂

    • SOHO

      12.03.2014 at 23:46 Odpowiedz

      🙂 Dzięki

  • ~Ania

    21.08.2014 at 11:31 Odpowiedz
    • Mama Rysiowa

      22.08.2014 at 13:05 Odpowiedz

      brawo! boskie! 😀

Post a Comment