Instynkt przetrwania.

Instynkt przetrwania.

Związki, w których oprócz peanów uwielbienia i kanapek do pracy króluje emocjonalny rollercoaster, pakowanie walizek co dwa miesiące i „sama się wyprowadź do matki”, powinny znaleźć miejsce na podium wśród historii najbardziej udanych duetów partnerskich na świecie. Moim zdaniem. Otóż jak sięgnąć pamięcią, Dziadek mój i Babcia, tłukli się namiętnie o rozpiętość liści paproci babci w tzw.  „dużym” pokoju trzydziesto – pięcio metrowego mieszkania na łódzkiej Dąbrowie, które to pod jurysdykcja Babuni rozbestwiły się na tyle, że zasłaniały przepastny kineskop telewizora Dziadka chuj-wie-jakiej-marki. Kineskop, w którym to tenis od rana do wieczora, a który to z kolei budził Babcię w nocy, kiedy wstawał dziadek ze starej wersalki celem przełączenia kanałów guzikami wielkości miedzianego kubka z uchem. Pamiętam jak dziś, a lat to było ze dwadzieścia pięć temu, jak Dziadzio na zmianę te przyciski od telewizora maltretuje i tłumaczenie przysięgle kingi od Niemca, na maszynie do pisania marki Łucznik, bez możliwości edycji raz już natrzaskanego tekstu. Nie było to biegłe pisanie, Dziadek był leciwy, ale jak się rozpędził skubany na dwa palce na talerzach, na których litery, to w środku nocy, przy otwartym balkonie, jakby kto z kałasznikowa do psów napierdalał, na zmianę z „Józik do jasnej cholery!!!”. I tak kochani moi Dziadkowie, z podartym ślubnym zdjęciem klejonym szarą taśmą, a z naście razy, trójką dzieci, w tym jednym zmajstrowanym po czterdziestce, dżunglą paprotek pachnąca meblościanką i zbiorem zabawek od Ruskich, z bazarku, za grosze, przeżyli  ze sobą lat tyle, że nie sposób zliczyć, a jak Babcia odeszła, to długo za nią Józik nie czekał, i rok po Wiesi też Ziemię opuścił.

 

 

Mieszkając z furiatem trzeba się nastawić, że albo za głośno wypowie co nieco, albo swoje emocje uzewnętrzni w inny sposób. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Lublinie, a ja,  jak to mam w zwyczaju i robię to podobno zawodowo, nadepnęłam mężowi na odcisk czymś tam bardzo istotnym, a czego przytoczyć teraz nie zdołam, bo nie pamiętam,  to jak się zamachnął na ścianę pilotem marki Samsung, jak tym plastikiem cisnął panie między półki, niczym Anita Włodarczyk albo inny Fajdek, to trajektorie lotu jego razem żeśmy wzrokiem odprowadzali, bo zanim wzorowo wykończył swój rozpad na wykładzinie dywanowej w milionie kawałków, to jakby małżonek zrozumiał, że bez sensu cisnął, chcąc mi udowodnić sama nie wiem co, bo to w końcu pilot wynajmowany był, jak z resztą całe mieszkanie.  Przysiąc bym mogła, że jak rzucił, tak za nim z kopyta wyrwał, żeby złapać, ale niestety, nie udało się. Zamiast się gniewać na mnie do śmierci, ukucnął jak kopciuch, pozbierał okruszki, i potrząsając broda wymamrotał: „Kurwa mać. Teraz rzeźba w gównie do północy”.  Pilot naprawił.

 

 

Nie dalej jak wczoraj chcąc mi udowodnić, że ma w domu ostatnie zdanie, rozpoczął bitwę na światło. Zapal, a i tak Ci zgaszę. Ja wiem, że zmęczenie, i że do pracy na szóstą, ale jak mi gaśnie światło w chałupie, plus telewizor, o dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt, cisza rezonuje tak, że słyszę jak sąsiad pierdzi, to nie mogę, nie wytrzymuję i się z lekka irytuję.  Nie jestem jeszcze na emeryturze. Więc stoimy sobie prężnie, my dorośli pod trzydziestkę, ja światło zapalam, on mi gasi, ja cyk, on cyk off. Widzę w kąciku ust Małżonka lekką piankę i nozdrza jakby się rozszerzyły, ale z tropu nie daję się zwieść, znam przeciwnika od podszewki, nie zastraszy mnie ta piana, myślę sobie – piłam późną kawę, mogę tak potrzaskać do rana. Okupujemy włącznik światła w domu na przedmieściach, dzieci śpią, my ping – pong. Dorośli ludzie, Matka Dwójki i Inżynier.

 

 

Po kilku mocniejszych uderzeniach w ścianę, przełączaniu już nie paluszkiem, a na Andrzeja Gołotę, przeprosił mnie Małżonek uprzejmie, i nadał, żebym to się od włącznika odsunęła na dwa worki z mąką w bok, po czym na moich oczach zaczął gniazdo ze ściany rwać na  żywca. Tak. Piękny był to widok, kiedy dłońmi oplótł plastik, nadymał poliki i zaczął kręcić, a pod naciskiem determinacji pękła jedynie osłonka i żyła na jego czole średniej wielkości. Więc stałam sobie tak, siorbiąc herbatę i podziwiałam, jak walczy mój Dawid z Goliatem, Russel Crowe siepiący mieczem plastikowego Kommodusa, jak niewiele człowiekowi brakuje do sukcesu, żeby wybebeszyć ze ściany kable raz na zawsze i móc iść w chwale spać.

 

 

W pewnym momencie uścisk zwolnił, gniazdko puścił  i oznajmił:

 

– A nie. Bo mnie pierdolnie.

 

 

Grześ – Instynkt przetrawia wypracowany do perfekcji.   Dziękujemy Ci Gustawie Kirchhoffie za dokładne badania nad prądem, a Tobie Castoramo za duct tape, zamienniki i gościnność w niedziele w razie potrzeby.

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook903Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

22 komentarze

  • Ania

    29.06.2016 at 16:08 Odpowiedz

    A ja myślałam, że tylko ja mam tak z moim starym.

  • Agnieszka

    29.06.2016 at 17:06 Odpowiedz

    i się popłakałam ze śmiechu. No naprawdę. Jak ja cię lubię czytać 🙂

  • Magdalena

    29.06.2016 at 17:51 Odpowiedz

    Jebłam. Na amen 🙂

  • Ola

    29.06.2016 at 17:57 Odpowiedz

    Znam ją to z własnej autopsji 🙂 Z małżonkiem moim zanim jeszcze coś na kunsobie pchnelo, to różne rzeczy pomiędzy nami latały. Najczęściej wrzutki sarkastyczne, a i sztućce się zdarzały jako, że jako kelnerzy w knajpie pracowaliśmy. Dziś po 9 latach znajomości, ślubie i dwójce dzieci nadal różne rzeczy latają. Dla bezpieczeństwa dzieci (#1 -7 lat, #2 – 2m-ce) zwykle ciastka. A i tak tego mojego ‚dziada’ ręka sprawiedliwości zawsze dosięga.. a w zasadzie to sam te rękę krzywdzi przy notorycznie wypadającym barku. Grunt, że po burzy słońce przychodzi, a sąsiedzi na policje nie dzwonią 😉 😛

    • Helga

      30.06.2016 at 16:03 Odpowiedz

      Droga Olu,

      „z własnej autopsji” to pleonazm, masło maślane. Autopsja już z definicji jest „własna”:
      http://sjp.pl/autopsja

      Autorko:
      „duck tape” zamiast „duct”

  • Beata

    29.06.2016 at 21:31 Odpowiedz

    Myślałam że u mnie jest hardkorowo ale widać pomyliłam się hehe my kobitki mamy ciężki żywot 😉

  • Nina

    29.06.2016 at 21:38 Odpowiedz

    Ja pierdziu, a ja pół godziny temu, też odbyłam walkę przy włączniku. Ciche dni, hormony buzują, jeszcze tylko kilkanaście tygodni. xD

  • PinkThink

    30.06.2016 at 00:07 Odpowiedz

    Aha, czyli to, że sobie kilka dni temu na 7mą rocznicę ślubu rzucaliśmy „qrwami” i „wynochami” to luźna guma? 🙂 No to uf.
    Myślałam, że tylko my w Łodzi takie pato siejemy, a tu widać, chleb powszedni.
    Chwała matce naturze.
    What a relief!

  • Karolina

    30.06.2016 at 07:21 Odpowiedz

    Phi, u mnie w domu to nie mąż takie rzeczy robi, tylko ja, 😀 w porywie szału różne rzeczy rozpieprzałam 🙂

  • Margret

    30.06.2016 at 10:05 Odpowiedz

    Jest temperament. Jest moc. Strasznie z tym walczyłam dotąd bo myślałam, że to jednak nie do końca normalne jest, żeby dorośli z metryki ludzie rozpieprzali rzeczy o ściany. Patologia trochę, żeby nie powiedzieć patolodży. No ale widzę, że nie jesteśmy sami z chłopem we wszechświecie 🙂

  • xywka

    30.06.2016 at 12:49 Odpowiedz

    A już myślałam, że tylko u nas taka patologia 😉 Ostatnio robiąc sobie wzajemnie na złość spaliśmy całą noc przy zaświeconym świetle, bo „dlaczego ja mam gasić, skoro teraz twoja kolej” Dopiero nasza trzylatka wędrując do nas nad ranem, rozwiązała problem i zgasiła światełko, bo „mamo jest noć i nie idziemy jeście do przedszkola”.
    Tak zachowują się 30+ latkowie będący ze sobą od nastu lat 🙂

  • Kasia

    30.06.2016 at 15:14 Odpowiedz

    Dobre dobre 🙂

  • Kasia

    30.06.2016 at 15:14 Odpowiedz

    Dobre dobre 🙂

  • Martek

    01.07.2016 at 13:59 Odpowiedz

    Mojemu by się nie chciało 😀 No i pragmatycznie miałby świadomość, ze „Kurwa mać. Teraz rzeźba w gównie do północy”. 😉

  • Agata vel Pani Miniaturowa

    02.07.2016 at 17:35 Odpowiedz

    Grzegorze to takie same, jak Anszeje. Albo Anszeje, takie same jak Grzegorze. Chujnołs? – mawia koleżanka z korpo. Tylko Anszeje mniej psują, za to chętnie odgrażają zawieraniem szybkiej przyjaźni między mną, a jego czterema narzeczonymi schowanymi w szafie pancernej 😉 Miłość na zabój, nabiera w tym momencie nowego znaczenia.

  • Karolina

    02.07.2016 at 22:20 Odpowiedz

    Czy w ostatnim akacpicie to nie miało być „przetrwania” zamiast „przetrawia” ? ‪#‎fuckyouautospelling again ? 🙂

  • M.

    03.07.2016 at 20:54 Odpowiedz

    A ja taka nudna jestem. Drę ryja aż miło…

  • Maja

    06.07.2016 at 14:00 Odpowiedz

    Skąd ja to znam hmm 🙂

  • Dziubasowa

    06.07.2016 at 23:04 Odpowiedz

    Ożesz, to Dziubas z kolei lubi sobie te gniazdka wkręcać w ścianę jak mu się nudzi. Podeślę Ci go, to naprawi 😀

    Pozdro! 🙂

  • Wiolka

    14.07.2016 at 07:55 Odpowiedz

    O matko, się uśmiałam, że nie mogę przestać się heheszkać 🙂 ja na ten temperament mówię „włoska krew”, gdyż sama taka jestem. Mój małżon – zodiakalny baran, znaczy, że uparty i nic na siłę, bo nie da rady i ja „niespotykanie spokojny człowiek”. Dwadzieścia lat oficjalnego pożycia małżeńskiego, piątka dzieci i pies zwany rudą suką.

  • Paulina

    16.07.2016 at 22:26 Odpowiedz

    ” a Nie bo mnie pierdolnie ” poplakalam się. Serio

  • Aleksandra Piwar

    30.07.2016 at 01:13 Odpowiedz

    Jest pierwsza w nocy a ja czytam i rycze ze śmiechu. Dziękuję. Poprawiłas mi nastrój. Choć podobno nieładnie śmiać się z czyjegoś nieszczęścia 😉 Cudowna historia!

Post a Comment