Houston. Rodzę.

Houston. Rodzę.

Nauczona doświadczeniem wcześniejszych postów oznajmiam, że wizja, którą mam zamiar za chwilę przedstawić, jest moim subiektywnym odczuciem i nie jest definicją porodu. Proszę mi nie cisnąć, że inne miały lepiej i że kwiaty pachły, słoneczko dokazywało i love. To znaczy piszcie, dzielcie się wspomnieniami i doznaniami, ale nie strofujcie się wzajemnie na siłę wpychając innym jedynie słuszny możliwy scenariusz porodu, wasz scenariusz. To, że rodziłam dziesięć godzin nie znaczy, że wy też będziecie rodziły tyle. Przeżyłam tak a nie inaczej, ale do rzeczy…

Ciesze się, że między porzyganą bluzką a kupą za burtą (od szyi po pas), która notabene jest od kilku dni zielona (Już nie wiem co robię źle. Kiedyś zjadłam pół kilograma wątróbki więc Krystyna miała prawo oddać twór niepokojący. Odkąd wiem, że podroby jej nie służą, przy karmieniu piersią już nawet o nich nie myślę, więc what the fuck?!) znalazłam chwilę na uraczenie was historią największego przedsięwzięcia w moim życiu, historią porodu pierworodnej. W tym miejscu warto wrócić wspomnieniami do rodzinnych nasiadówek, na których zawsze po śledziu w oleju, jajku w majonezie i następnej lufce, któraś z pań starszyzny opowiadała o porodzie. Od dwudziestu kilku lat słucham o rozprutej dupie, wytrzeszczu oczu, zerze absolutnym pomocy od polskiej służby zdrowia i godzinach rzeźbienia w gównie, dosłownie i w przenośni. W ogóle stół w moim domu dziwnie wszystkim rozplątuje języki i zawsze jest świadkiem dziwnych historii opowiadanych – jak mantrę, przez mamę i jej podobne. A to że kuzynka (AZ) zaryła głową w kant stołu w kuchni i do tej pory nosi rowek na czole, taki ala Harry Potter, tylko że z Bałut (dzielnica Łodzi), a to że mama jak była młoda to sobie uszy na plastry przyklejała do szyi bo były za duże (to akurat zabawne) no i ulubiona historia ze mną wpadającą po pas do szamba. Nie wiem czy to śmieszne, w końcu mogłam życie zakończyć topiąc się w kupie, ale na pewno pozwoliło wyciągnąć wnioski – mama mimo swojej nieopisanej miłości może mieć odruch wymiotny patrząc na mnie i że nigdy nie należy grać z AZ w siatkówkę na terenach leśno – polnych, których się nie zna. Te rewelacje okresu dziecięcego zawsze raczyły uszy każdego mojego ex, który zasiadał z nami do biesiady. Mama wychodziła z założenia, że lepiej wiedzieć od początku z kim się ma do czynienia! Wracając do porodów w rodzinie: mama dziesięć godzin, mama AZ coś koło czterdziestu, wszystko ponad dwie godziny to definitywnie za długo więc nie będziemy się rozdrabniać. Specjaliści mogą mnie teraz zrównać z ziemią, wiem, sam poród to kwestia minut a nie godzin a to co się dzieje przed to tylko przygotowanie, faza pierwsza, baza bla bla bla… jak dla mnie wszystko co powoduje wywracanie jelit na lewą stronę i sprawia, że według skali ważności wydarzeń, konflikt na Bliskim Wschodzie może mi buty czyścić, wlicza się i jest nieodłączną, przezabawną częścią show. Muszę was również ostrzec bo mam zamiar opisać dziesięć najdłuższych godzin mojego życia. Będzie bluźnione na potęgę, delikatne oczka i wrażliwe dupeczki mogą już opuścić bloga.

Wycieczkę do szpitala w spazmach poprzedziliśmy z GG rodzinnym wypadem do lasu, na spacer mi się zachciało, tia. 11 listopada roku pańskiego 2013, zimno w pizdu, GG, pies, las i ja. Muszę się od razu przyznać, że wycieczka była zaplanowana. Było już decydowanie za ciężko nosić ze sobą ten tobół. Trzeba było panience pomóc, trochę pochodzić i przygotować trzewia.Do domu wróciliśmy późnym popołudniem, z całkiem pokaźnym dorobkiem grzybowym. Jak widać. Z niewyobrażalnym zapałem zaczęłam lepić kopytka i miętolić w sosie, nie robię tego często a tu proszę, jakbym się szykowała na wesele. Zjadłam równie szybko jak ukleiłam. Porcja jakbym zeszła z roli, wciągnięta jedną dziurką. Nie dało mi to do myślenia no bo proszę państwa, skoro Monte zagryzałam śledzikiem gajowego to co miałoby mnie zdziwić w mojej jak się później okazało „ostatniej wieczerzy”?! Po kopytkach i sosie zapadłam w sen, ale taki na amen. Można było mnie spokojnie ciągnąć za włosy i skakać po głowie. Nic, zero, nada! Wybudzona, napuchnięta, seksi jak zawsze i ze zgagą taką, jakby mnie ktoś Domestosem poczęstował, przeturlałam się pod prysznic, tyle spałam a nadal nie mogłam dojść do siebie. W kąpieli odkryłam dryfujący po wodzie czop porodowy (kto przeżył ten wie, kto nie wie proszę się dokształcać) i tu mi się oczka otworzyły szybko i serduszko na chwilę stanęło – „-To już?!”

Zaniepokojona stanem rzeczy i szarpana przez sprzeczne emocje postanowiłam poradzić się najwyższej instancji, jak zawsze w chwilach zagrożenia życia i mienia. I tak staliśmy z GG nad wujem Google nerwowo wpisując zjawisko i czekając na odpowiedź, ile to nam jeszcze czasu zostało i czy GG zdąży założyć skarpetki. Odpowiedź w sumie niejednoznaczna, jedne panie mają jeszcze tygodnie do przywitania malucha na świecie, inne niech lepiej już buciki wciskają bo mogą nie zdążyć wyjść z klatki. W tym całym szaleństwie GG trzepiący się po domu -Ty, ja nie mam piątaka na te śmieszne papucie. A jak zaczniesz rodzić w nocy to co?, – Spokojnie przecież nie rodzę, nie panikuj, widzisz przecież, że panie potrafią dwa tygodnie jeszcze przenosić. Tylko spokój nas uratuje GG, chill! O w jak wielkim byłam błędzie…

Godzina 1:00, położyłam się spać, GG już chrapał, firanki latały. Standard. Zamknęłam oczy, w domu cicho (nie licząc armat psa i problemów z przegrodą pańcia) a zegarek w dekoderze oddawał lekkie zielonkawe światło, wkurwiało mnie to światełko niemiłosiernie. Z rozmyślań o świecie, czy mam mleko na rano i ile jest studni w Sudanie (zawsze tak mam jak jest późno i wypadałoby iść spać) wybudziło mnie pobolewanie brzucha. Nie wpadłam w panikę, nawet nie powiązałam faktów z przygodami spod prysznica „–boli bo jesteś w dziewiątym miesiącu ciąży, czego się spodziewasz!?” pomyślałam. Kiedy pobolewanie stało się miarowe i niepokojąco zaczęło wykręcać oczy doszłam do wniosku, że może warto poinformować GG, w sumie ktoś mnie do szpitala zawieść powinien.

Trachnęłam pana palcem z zapytaniem czy śpi. Inteligentnie wiem, co innego można robić w nocy nie będąc w ciąży. Pan Tata niewzruszony zbytnio otworzył oko lewe, prawe, przeturlał się twarzą do mnie i wręcz z zapartym tchem zapytał „-no, co tam?”. Po tym pełnym ekspresji i emocji powitaniu poinformowałam o bólach i że nie wiem czy to to czy nie, ale masowanie i siusiu definitywnie nie pomogły. GG zerwał się z łóżka jak wystrzelony z armaty, u mnie dziwny stoicki spokój… Kolejne chwile to monologi moje logiczne, poukładane, przemyślane – Sama nie wiem czy jechać, a jak obudzimy panie pielęgniarki i położne? One pewnie śpią, nie mam sumienia. GG może wyjdź z psem co? Nie wiadomo kiedy wrócimy, zobacz on taki biedny, GG najdroższy, chyba już nie idź, możliwe że nie zdążysz wrócić. Zęby umyję, ludziom się trzeba jakoś pokazać, o, chyba nie umyje, nie dojdę do łazienki, no trudno, będę śmierdzieć. Kurtkę założę i buty zimno w sumie, nie skurczu z piekła, masz inne plany? Masz rację szlafrok i klapki też dają radę, kto by się tam stroił pryz pięciu stopniach na plusie.

Po dwudziestu minutach driftu po mieście, zakrętach na dwóch kołach, dotarłam na izbę przyjęć. Słowem nie powiedziałam co mi jest, miotało mną na tyle okrutnie, że po kilku chwilach i wstępnym badaniu trafiłam na oddział. Od chwili przejścia przez drzwi z wielkim napisem „PORODÓWKA” przeszłam na inny poziom wtajemniczenia a impreza na dobre zaczęła się rozkręcać.

Do pierwszego ZOPa (znieczulenie zewnątrzoponowe) myślałam, że jestem tam za karę, że umieram, że porządnie nagrzeszyłam, że wielki czarny dildo wszystkim w dupę. Ja tu nie chce, chce do domu, co złego to nie ja! Pan Tata wiedział znając mnie lata, że nie należy czynnie w tym wszystkim ze mną uczestniczyć i że teksty typu „-oddychaj, hu hu ha, hu hu ha” obudzą we mnie Mameda Khalidova, pójdzie nokaut, a po co. W tej samej chwili poczułam jak cudownie jest kiedy nie można złapać oddechu, rozsadza flaki, położna krzyczy coś o metodach oddychania, gryziesz partnera w rękę a on udaje, że spoko, że nie boli. Po wspomnianym ZOPie, próbach pięciu wkłuć w kręgosłup wyczekany odlot, nawet oko zmrużyłam pomimo dreszczy, mateczko a tu dopiero rozwarcie na cztery centymetry. Boże dopomóż, zmiłuj się, rób co chcesz, niechże tak nie boli!!

Po mniej więcej dziesięciu godzinach egzorcyzmów nade mną, chwilę przed dwunastą w południe, 12. listopada 2013 roku zaczęłam odczuwać bóle parte, dokładnie o 11:50 dotarło do mnie, że rodzę! Słonia, arbuza, oponę od tira nie wiem, definitywnie za duże jak na moje moce, HILFEEE!!Panie doktorze co mnie przez noc całą nazywałeś pieszczotliwie „Czirokez”, dlaczego tak nade mną stoisz i się do mnie uśmiechasz? Takie śmieszne, kurwa mać? A wy położne numer jeden, dwa i trzy na co czekacie, wyciągnijcie ją, ładnie proszę… jak za chwile nie urodzę to na bank już w życiu na toalecie nie usiądę. Nie będzie czym siadać! Rozrywa mi otwory, halo!!!

Nagle wszyscy zaczęli uwijać się jak w ukropie, łóżko moje z pierwszej klasy złożyło się do klasy biznes w 10 sekund, wielka lampa wjechała między nogi i padło tak długo wyczekiwane hasło PRZYJ!Parłam, fioletowa jak śliwa parłam ile mogłam. Po pięciu minutach, kilku zwinnych ruchach pani Izy (pozdrawiam x1000) wyszła. Sina, brudna, mokra, zwinięta w kłębek, moja córka, Krysia moja, piękny świecie zostałam matką.

Rzeczywistość w okół mnie zwolniła jak na starym wideo, zaczęłam ryczeć w głos, zaciągałam jak gówniarz, nie z bólu a z nieopisanej dumy, radości, miłości. Naga, bezbronna i taka ciepła. Była moja, to ja ją wynosiłam, ja urodziłam, JA, JA, JA! (Jak kury przy każdym jajku mają takie rozterki to serdecznie współczuję) A teraz leży na mnie i się przyglądamy, poznajemy, ciekawe co myślisz mały człowieku, ja wiem, dziękuje że jesteś. Wszystkie problemy odeszły, puff! Nie ma. Bolało? Co bolało? Wyzywałam Pana doktora od fiutka? Panie doktorze bez przesady, to nie mogłam być ja. Odgrażałam się GG, żeby go szlag za to co mi zrobił? Nigdy w życiu! Płakałam wtedy i teraz też płaczę. Ważne żeby się nie zniechęcać a macierzyństwo będzie przełomem w waszym życiu zupełnie jak u mnie.

Kilka morałów z tej historii:

  • Spacer, o ile ciąża jest donoszona (!) okazuje się przyspieszać to i owo
  • Panowie! Drobne! zawsze noście ze sobą drobne na szpitalny fatałaszek. Po co i tak już biedny człowieku masz się jeszcze denerwować, że ci ochroniarz w szpitalu nie rozmieni milionów, które jak na złość zawsze masz przy sobie, kiedy nie trzeba.
  • Słuchajcie położnej, nawet jak krzyczy, jest niemiła i macie zrobić jej krzywdę. Wie co robi i może uda jej się oszczędzić wasze krocze. Moje perfekto nienaruszone gotowe na nowe (taki żarcik na rozluźnienie, GG nie martw się)
  • Jak z kroczem gitara – macie szanse w niedługim czasie po porodzie opędzlować pulpeta siedząc po turecku na łóżku.
  • Nie krzyczcie na psa po powrocie do domu, że zdemolował mieszkanie pod waszą nieobecność. Najwidoczniej przeżywał razem z wami.
  • Wyciszcie komórki jeżeli posiadacie taką mamę jak moja, która oczekiwała wideo konferencji i była niezwykle zadziwiona dlaczego nikt na porodówce w środku nocy nie odbiera telefonu.
  • Pamiętajcie, że wszystkie bóle, smrody, płacze, fochy i ciśnięte pioruny siarczyste, ogniste są tego warte! Pierwsze „cześć maluchu” wciska kluskę w gardło niejednemu twardzielowi.

Pozdrawiam i do następnego. A tyle mam wam jeszcze do opowiadania ptaszeczki…

It\'s only fair to share...Share on Facebook4Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

47 komentarzy

  • ~Adreena

    24.01.2014 at 15:05 Odpowiedz

    Boooze czekałam na ten wpis 🙂 kocham tego bloga od pierwszego przeczytania! 🙂 bede stałym bywalcem, pisz jak najczesciej! 😀

  • ~Doma

    24.01.2014 at 15:05 Odpowiedz

    Świetnie piszesz, aż chce się czytać:) ja miałam cc więc nie było ni dane doświadczyć ‚cudu narodzin’ :p Pan doktor tak się rozpędził, że za jednym razem wyciągnął dwa bobasy, więc raczej już nie skuszę się na wypróbowanie ‚jakby to było urodzić naturalnie’, no chyba ze życie mnie zaskoczy. Czekam na nowe wpisy z niecierpliwością:)
    pozdrawiam Doma

  • ~gumofon

    24.01.2014 at 15:11 Odpowiedz

    EJ a u mnie kwiaty pachły ! oszustwo ! miałam inaczej 😛

  • ~pozytywka

    24.01.2014 at 15:48 Odpowiedz

    u mnie kwiaty nie pachły, słoneczko nie świeciło za to był dwóch takich którym moje krzyki przeszkadzały

    Pan mąż który twierdził, że tylko mnie słychać na całej porodówce i żebym może ciszej sobie piskała

    i

    Pan doktor, któremu po tekście ” co tak krzyczysz ledwo zaczęłaś a zaraz będziesz kończyć, cieszyć się powinnaś bo jak na pierworódkę szybko Ci idzie ” miałam ochotę przyłożyć

  • ~mila

    24.01.2014 at 15:50 Odpowiedz

    uuumarłam , dodaję do ulubionych 🙂
    bloga odkryłam wczoraj, przeczytałam wszystkie wpisy 😀
    jesteś wspaniała, dawno się tak nie uśmiałam i błagam oby wena nie opuściła cię nigdy ,
    pozdrawiam

  • ~Patka

    24.01.2014 at 17:32 Odpowiedz

    Najlepszy blog jaki czytałam, po pierwszym wpisie był juz w ulubionych:D a dzis jak czytałam to łzy same leciały… ze śmiechu i wzruszenia:) Pozdrawiam!

  • ~Matyśka

    24.01.2014 at 18:04 Odpowiedz

    Jeszcze nie rodziłam, w ciąży nie jestem ale całe życie myślę o tym jak ten ból przetrwać. Oj słabo u mnie z odpornością na ból. Gratuluję córeczki 😉 Świetny blog czytam też od wczoraj 😉

  • ~mimbla

    24.01.2014 at 18:46 Odpowiedz

    Rewelacja ! Uwielbiam cię dziewczyno :))) Jesteś lepsza niż Chmielewska ;))

  • ~Nati

    24.01.2014 at 20:14 Odpowiedz

    Zazdroszczę znieczulenia 😉
    Ja, gdy Położna kazała przejść 20m od sali przedporodowej 5x w ciągu nocy (rodzilam 10h), wyzywałam od najgorszych. I Pytałam czy mają jakieś narkotyki bo nie przeżyję, a tak w ogóle to ja dziecka już nie chcę i niech mnie wypuszczą do domu. A na koniec, gdy lekarz nie zszywał powiedziałam „panie doktorze na dziewicę poproszę” i skubany tak sobie do serca wziął, że przy końcowym badaniu przy wypisie, inna lekarka wykrzyknęła „Jezusie, kto panią tak ciasno zaszył?”. Za to małż miał radochę po 6 tygodniach 😉

  • ~Ewqa

    24.01.2014 at 20:34 Odpowiedz

    Ale się uśmiałam! Miło, że ktoś jeszcze potrafi tak pisać ;D
    Sama jestem matką, tylko moje pacholę jest o 2 lata starsze, czekaj aż córa zacznie gadać, wtedy się uśmiejesz 🙂

    Porodu nie opiszę, bo nie chcę – był ciężki, ot o tyle. Ale tak to jest jak się w starszym wielku człowiekowi zachciewa rodziny i macierzyństwa 😉
    Pozdrawiam i czekam kolejnych opowieści 🙂

  • ~Skowroneczka

    24.01.2014 at 20:47 Odpowiedz

    Super blog! Odkrylam go dwa dni temu i od tamtej pory czekalam na obiecany wpis o porodzie wlasnie. Sama rodzilam pinad dwa lata temu i do tej pory sni mi sie to po nocach. Dzidzius na brzuchu wynagradza wszystko i na sama mysl czlowiek sie wzrusza ale poki co demony z porodowki biora gore i nie chce nawet myslec co by bylo gdybym miala rodzic kolejny raz… ale tekst genialny, pozostale tez. Czekam niecierpliwie na kolejne! Pozdrowienia dla mamy i bobaska:-)

  • mamaszkrabka

    24.01.2014 at 22:13 Odpowiedz

    Muszę powiedzieć, że ten post najciężej mi się czytało 🙂 Nie wiem dlaczego, co nie zmienia faktu, że poród do najłatwiejszych nie należy. Miałaś chociaż zewnątrzoponowe, ja nie chciałam i jestem z tego zadowolona 🙂 Miałaś nacięcie? Bo o tym nic nie wspomniałaś, albo nie doczytałam bo jak już mówiłam, ten post dziwnie ciężko mi się czytało 🙂

    • SOHO

      24.01.2014 at 22:15 Odpowiedz

      Nic nie miałam. Zero ingerencji. Sama natura. No przy małej pomocy ZOPa 😉

  • ~iza

    24.01.2014 at 23:12 Odpowiedz

    Od wczoraj stały bywalec. Domagam się więcej i więcej:)

  • ~madaline

    25.01.2014 at 00:23 Odpowiedz

    kocham tego bloga ! błagam kobieto napisz książkę obojętnie o czym ,może być nawet o zielonej kupie

    • SOHO

      25.01.2014 at 00:31 Odpowiedz

      Nie kuś

      • ~Lady

        26.01.2014 at 18:17 Odpowiedz

        Napisz, napisz a jak nie książkę to bardzo często zamieszczaj posty bo czyta się świetnie 🙂

  • ~Lila

    25.01.2014 at 10:11 Odpowiedz

    Świetny tekst 🙂 U mnie cudu narodzin jako takiego nie było. CC i pan doktor, który przy operacji pogratulował mi, że skrzywdziłam dziecko takim imieniem jakie chciałam dać… 🙂 Zepsuł mi sk**** jednym słowem cały poród. Po prostu cudownie. Może przy drugim będzie lepiej, kiedyś tam 😉

  • ~Gabi

    25.01.2014 at 13:08 Odpowiedz

    Właśnie tak to sobie wyobrażam… 😉

  • ~kreska

    25.01.2014 at 18:44 Odpowiedz

    Załóż profil bloga na fejsie. Będziemy śledzić co nowego. Pomyśl o tym, to nie wymaga wiele pracy. Buziaki.

    • SOHO

      25.01.2014 at 18:49 Odpowiedz

      Odsylam do ostatniego posta 🙂 juz tam jestesmy

      • ~kreska

        25.01.2014 at 18:57 Odpowiedz

        Ohohoho, brawo. Czytasz mi w myślach!

  • ~ewa

    25.01.2014 at 18:49 Odpowiedz

    ostatnio sobie podzwigalam i mialam skurcze, i to mi przypomnialo co mnie czeka, ten kolejny raz…
    ma ten ból nic nie pomoże, byle dzidzię utulić i będzię dobrze …
    ech, wspaniały blog 🙂

  • ~Andzia

    26.01.2014 at 12:49 Odpowiedz

    Niesamowity ten blog!
    Gratuluję genialnego poczucia humoru i dystansu do życia, którego tak wielu ludziom w dzisiejszych czasach brakuje.

    Tematyka bloga bardzo mi bliska . Jestem mamą 2,5 letniej Zuzi i w sierpniu pojawi się kolejny „Robal” .

    Racja w tym co piszesz,że to pierwsze powitanie z maluszkiem wynagradza cały trud powzięty na jego „wypchanie” na świat.
    Można jakoś przemęczyć te bóle krzyżowe trwające całą wieczność, bo jak piszesz-warto!

    Pozdrawiam i z miłą chęcią będę czytać kolejne Twoje posty!

  • ~aisa

    27.01.2014 at 00:40 Odpowiedz

    masakra jak sie czlowiek tak meczy 10 godzin.
    ja mialam 2 porody , oba po 2 godz, wiec bylo szybko i nawet tak nie bolalo (w porownaniu z bolem zebow jakie mialam porod to u mnie pestka ), drugie dziecko rodzilam w wodzie, rewelka, polecam 🙂

  • ~aniuniunia

    27.01.2014 at 14:23 Odpowiedz

    Mój pierwszy trwał „aż” 20 minut więc nie miałabym co opisywać …. jedyne co pozostanie w mojej pamięci hehe to mój małżonek po prawicy i Pan doktor po lewicy prześcigający się w opowiadaniu kawałów 😉

  • ~Monika

    27.01.2014 at 16:34 Odpowiedz

    Super , pozdrawiam

  • ~kasik

    27.01.2014 at 19:49 Odpowiedz

    Świetnie napisane, w 100% odzwierciedlenie mojego własnego porodu, ba nawet data narodzin córki ta sama… tyle, że 4 lata wcześniej;)

  • ~Joanna

    27.01.2014 at 21:01 Odpowiedz

    Pięknie to opisałaś, tak prosto z serca i prawdziwie

  • ~xywka

    28.01.2014 at 10:26 Odpowiedz

    Czytam, czytam, czytam i koniecznie chcę jeszcze 😉
    Ja miałam CC, ale wspomnienia szpitalno-bólowe (brzuch, rana, mleczne biusty) wryły mi się głęboko w pamięć. Na szczęście „juniorka” potrafi zatuszować skutecznie wszystkie negatywy.
    Pozdrawiam i domagam się kolejnych opowieści

  • ~Shy

    28.01.2014 at 10:34 Odpowiedz

    u mnie też kwiaty nie pachły i ciąża nie była stanem cudownym jak to wszyscy opisują.. a jak zobaczyłam na porodówce lekarza a’la Pudzian to jedyne o czym myślałam to, żeby mi tam łap nie pchał, bo zabiję..

  • ~nataliazbrooklynu

    28.01.2014 at 10:59 Odpowiedz

    Jesteś moją idolką 😀 mam teraz ciężki okres w życiu, bo wywalają mnie z pracy w piątek, ale jak czytam Twoje wpisy to uśmiech pojawia się na moim ryjku 🙂

    • SOHO

      28.01.2014 at 11:36 Odpowiedz

      Nie martw się, na Brooklyn’ie powinnaś szybko złapać coś nowego 😛 Głowa do góry

  • ~agon

    28.01.2014 at 17:51 Odpowiedz

    Boże co za boskie posty 😉 ja tu w tygodniu 24tym ryczę po tym opisie porodu jak bóbr. Dużo bardziej niż na reklamie head & shoulders.

    • SOHO

      28.01.2014 at 18:02 Odpowiedz

      coż to za reklama?

  • ~Charlotta

    01.02.2014 at 18:47 Odpowiedz

    Przeczytałam jednym tchem 🙂 Jestem teraz 2 miesiąc przed tą całą akcją 🙂 Po raz drugi się zdecydowałam 😉 Jestem zachwycona tym blogiem, uśmiałam się, popłakałam (chyba hormony nie dają rady :P) będę na pewno tu zaglądać 😀

  • ~fanka

    24.02.2014 at 13:11 Odpowiedz

    Jesteś rewelacyjna!!! I błagam o więcej, bo Twoje posty poprawiają mi nastrój!! Proponuję kiedyś wydanie książki o Twoim doświadczeniu z macierzyństwem, na pewno byłaby HITEM :D:D::D:D

  • ~magda

    12.03.2014 at 21:27 Odpowiedz

    Ja rodziłam 36 godzin 🙂 Fajnie nie? a parłam 2,5 godziny pod koniec zaczęłam tracić przytomność z wysiłku i bólu. Syn ma teraz 9 miesięcy i uważam że warto było mimo wszystko.

    • SOHO

      12.03.2014 at 23:42 Odpowiedz

      o matko kochana, biedna wadżajna!

      • ~magda

        13.03.2014 at 23:05 Odpowiedz

        Cudowni lekarze czekali żeby „posmarować” i nie zrobili cc bo w oczy powiedziałam ze łapówki nie dam. Nikomu nie życzę takiego porodu i opieki.

  • ~niutek

    03.06.2014 at 12:59 Odpowiedz

    super blog:) ja urodziłam w październiku 2013, więc tylko troszkę szybciej:) fajnie, że masz generalnie pozytywne wspomnienia, a nawet jeśli są w twej głowie jakieś „zgrzyty” to potrafisz je obrócić w żart…. ja nie będę pisać o szczegółach, ale niestety trafiłam na położną, która mi oświadczyła, ze po zzo zawsze konieczne jest nacięcie, mimo że ją prosiłam by tego nie robiła i poinformowałam, że przygotowywałam je niemal przez całą ciążę:( potem goiło mi się 7 tygodni i zabrało radośc tych pierwszych tygodni… 🙁 …. jednak jak ważne jest, na jakie osoby się trafi podczas tak ważnego momentu w życiu…..

  • ~mamek

    13.07.2015 at 22:37 Odpowiedz

    Czytam cię pierwszy raz. Pewnie do rana doczytam.
    Popłakałam się czytając. Popłakałam się przypominając sobie jak rodziłam dzieciaki. Bolało jak skurczybyk, znieczulenia niet, a to i tak najpiękniejsze wspomnienia jakie mam. Kusi mnie żeby kiedyś i trzeci raz to powtórzyć ale ciąża mi nie służy, że tak delikatnie powiem. No i nie wiem czy dla trzeciego jeszcze jakieś resztki ze stołu zostaną, jakiś niepobazgrany zeszyt do szkoły… Ech życie.

  • Patrycja.Pićka

    08.01.2016 at 11:55 Odpowiedz

    Dzięki, stokrotne dzięki!
    Czytam od dawna…teraz postanowiłam zawitać na nieco starsze wpisy.
    W kwietniu czeka to mnie…i jakoś nie powiem,że się nie boję i nie mam mnóstwa pytań…ale czytając to co piszesz jakoś człowiekowi się łatwiej w życiu robi.
    Dzięki, że mogłam poznać Ciebie, Twoją rodzinę, odczucia i pogląd na tak banalne i zwykłe rzeczy przedstawione w sposób niecodzienny.

    Pozdrawiam!

  • zyszkola

    03.03.2016 at 23:25 Odpowiedz

    Ja podobno powiedziałam lekarzowi, że chyba ochujał, do dziś w to nie wierzę 🙂

  • Asia

    12.10.2016 at 19:44 Odpowiedz

    Jezuniu Przenajświętszy, gdzieś Ty się chowała Mamo Rysia, że ja Cię nie znalazłam????Nie moge się oderwać od Twojego bloga.
    Buziole:-)

  • Mariolka

    26.11.2016 at 01:55 Odpowiedz

    eh, porod:) pierworodna rodzilam 30 godzin. Zaczelo sie elegancko sprawnie, wody odeszly, zacieramy raczki, jedziemy na luziku do szpitala. po 18 godzinach powiedziano mi ze ¨nie mozemy jeszcze dac znieczulenia¨bo pani teoretycznie nie rodzi, (rozwarcie na 1 cm) A ja w ryk, ze jak to nie jest porod to co to jest???? Malzonek byl na tyle ¨pomocny¨ze mi komunikowal ¨teraz sie przygotuj, oooo jaki duzy idzie skuuuurcz¨(jakbym sama nie wiedziala). Po 20 godzinie sie nade mna zlitowali i dostalam grube narkotyki 🙂 a tu jeszcze 10 godzin przede mna… CZego na szczescie nie wiedzialam… Ale najlepsze jest to, ze jak tylko wyszlismy i ktos zapytal jak porod – to odpowiadalam – swietnie! wspaniale! wyparcie swietna sprawa. polecam

  • Marta

    02.03.2017 at 12:40 Odpowiedz

    Jakie to znajome wszystko co opisujesz:):):) Też 10-godzinny poród (a ten ostatni etap” tylko” 10 min) i potem niemy zachwyt tym małym bąblem na moim brzuchu:) A Bąbel ma już dziś 4 i pół roku i jest całym moim światem:)

Post a Comment