Gruby weekend.

Gruby weekend.

Kiedyś definicją grubego weekendu był spontaniczny zryw na nadmorskie pole namiotowe, gdzie tekstem przewodnim stawały się słowa „niech te zdjęcia nie ujrzą światła dziennego”  a z trzech dni urlopowych pamiętało się maksymalnie jeden w pełni. Od zeszłego weekendu definicja ta przewertowała przez kartki mojej życiowej książki i do słownika wpisała zgoła inną. Tak oto sztandarowym „grubym weekendem” stało się zakwaterowanie na siedemdziesięciu metrach kwadratowych sześciu kobiet, ojca i pierdzącego psa,  w tym trójki młodocianych dam w wieku :a dlaczego, a po co, nie dobre to jedzenie, nudna ta gra, głupie słońce bo świeci, głupi deszcz bo pada – mamo gdzie się podziało to słońce jednak, mówiłam, że nie lubię deszczu?! Melona nie zjem bo śmierdzi, pomidora ze skórką sama sobie jedz – ohyda, obierz! Cytrynowa herbata z widocznymi, pływającymi elementami cytryny jest nie do przyjęcia, jogurt za zimny passé, jogurt za ciepły passé, tato kupę! Za to: Jak puzzle tylko Pony, gra tylko w Pony ewentualnie w malowanie (najlepiej kucyka Pony), lizak w kształcie kopyta Pony, za chwilę papier do podtarcia – obowiązkowo w Pony. Wszystko inne co nie jest Pony było delikatnie rzecz ujmując: chujowe. Bo nie w Pony. Proste.

10666044_759402364100900_6238401535823361736_nCałości weekendowego składu dopełniali GG i Kisiel. Panu Ojcu należało jedynie zagwarantować jakieś męskie rozrywki (wiem, ale nie powiem 😈 ) w tym jajnikowym przybytku tak, żeby po weekendzie nie zaczął malować paznokci a do pracy nie założył rajstop. Stetryczały pies rozrywkę próbował zapewnić sobie sam. Podniecony milionem fruwających w powietrzu feromonów próbował zaliczyć każdą nogę i wepchnąć się na absolutnie każde łóżko. Liczył na miłość. Każdy ma prawo do miłości, czyż nie?

I chociaż grube weekendy kiedyś były inne to muszę przyznać, że ten w założeniu ocierający się o Armagedon wyszedł zacnie. Trzy baby i chłop, dzieci biegające od jednego pokoju do drugiego z milionem pomysłów, absolutnie każdy z szydełkiem dziergający gumowe bransolety, esemesy wysyłane do telewizji, porozstawiane po domu dmuchane materace, śpiwory i poduszki gdulone na szybko z jakieś grubszej bluzy  – pierwszy krok do weekendowego cofnięcia się w rozwoju. Lubię to! Od razu przypominają mi się domówki, na które zabierała mnie mama. Takie z jajami w majonezie, sałatką warzywną i śledziem. Potrafiłam po dzikim tańcu z jakimś wujkiem zasnąć pod stołem albo na tronie. Mama brała koc i przykrywała wypompowaną pięciolatkę gdziekolwiek nie poległa. Tak sobie myślę teraz, że ta pięciolatka była szczęściarą skoro teraz ma takie wspomnienia. Piękne czasy! Piękne!

Pozdrawiam swoją ekipę jajnikową. Chętnie powtórzę, ale może następnym razem bez jelitówki 😉

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

3 komentarze

  • ~magdalena

    14.10.2014 at 14:37 Odpowiedz

    Super artykuł trzeba przyznać jedno, że większość ludzi najbardziej lubi weekendy i ten wolny czas, który można wykorzystać, na to by pobyć ze swoją rodziną i nadrobić czas, który tracimy na pracę w tygodniu. Zacne weekendy skąd ja to znam. Pozdrawiam i życzę autorowi udanego bloga.

  • ~gumofon

    16.10.2014 at 14:27 Odpowiedz

    GG PONY!

  • ~kasia

    05.11.2014 at 15:05 Odpowiedz

    przepięknie ten lubelski zamek wyszedł… super blog, cudny styl… będę czytać 😀

Post a Comment