Grające zabawki dziecka.

Grające zabawki dziecka.

Każdy to ma. Plastikowe koty z kosmosu wyśpiewujące wersje angielskich piosenek w polskiej wersji, rymujące małpy i chichrające słonie, cała farma beczących, muczących, miauczących  i szczekających zwierząt, mrygająca świeca urodzinowego tortu made in China pogrywająca przy każdym dotknięciu, dmuchnięciu, chuchnięciu i pierdnięciu. Cierpliwość przy dziecku to dobra cecha, ale na Boga na jaką skalę trzeba ją w sobie wyrabiać żeby w tym swoim niewielkim mieszkanku nie dać zaplątać się w kaftan?

Dostałam onegdaj od dziadka pianino na baterię. Cieszyłam się niesamowicie. Było czerwone, śmierdziało plastikiem a ja odkrywałam w sobie Mozarta, Bacha i innych wygrywając jednym palcem „Wlazł kotek na płotek”. Mało tego – za każdym udanym razem wołałam mamę krzycząc – ładnieeeee? badając dzielnie granicę jej cierpliwości – ładnie – cedziła przez zęby modląc się do Bozi żeby szlag to pianino! Długo nie rozumiałam dlaczego pewnego pięknego dnia po powrocie z przedszkola pianino zostało bezczelnie wybebeszone z baterii i nie przygrywało mi już jak kiedyś. – Mamo nie działa – mówiłam ze smutkiem – wiem kochanie, chyba się popsuło – odpowiadała empatycznie mama. Kłamała. Chyba nie podzielała zachwytu nad moim talentem.

Czasy się zmieniły, dziecko mi się urodziło i jak przystało na wzorowego rodzica zasypałam Ryszardę toną rzeczy, które coś robią, mówią, śpiewają, bekają i co tam jeszcze. Uczyć mają to najważniejsze, a jak widzę jak się szczerzy do większości nie mam serca odbierać tej przyjemności. I tak oto przy obieraniu ziemniaka wysłuchuję z córką, że „Ptak ćwierka w takt: ćwir, ćwir i daje znak ćwir, ćwir”, że „stary farmer pieska miał”, „oczy widzą, uszy słyszą, nosek wącha o tak!” i tak dalej i tak dalej. Niby wszystko pięknie, fajnie do momentu, w którym Młoda przywdziewa demoniczny uśmiech i napierdziela palcem ten sam guzik tym samym tę samą piosenkę nie dając jej nawet dojść do trzeciej sekundy! Dżizas! Myjesz sobie okno a tu podjeżdża Ryśka z wybitymi rogami na czole i daje:

– Oczy widzą, uszy sły – oczy widz – oczy – oczy – oczy – oczy widzą – oczy- o – ocz – ocz- ocz- ocz – Krystynko! Zmień płytę bo wyskoczę zaraz przez to okno. Matko Jedyna i stu prezydentów oszaleję. Rysiak zmienia utwór:  – Stary farmer pieska miał co – stary farmer pieska – st – star – stary – stary-  stary far – stary farmer pieska – stary – AAAAA! Dziecko! wyluzuj i odsłuchaj historii farmera do końca. W imię Twojej nauki i rozwoju oraz maminego zdrowia psychicznego. Nie wspomnę już o farmie oddających różne odgłosy zwierzaczków, przymilaczków co od rana do nocy mi beczą, ryczą, szczekają i pieją. Na kiego mi to było.

Dochodzi do takich scen jak rodzinne spacery gdzie w mojej głowie zestawienie muzycznych nowości zamyka się na piosenkach z zabawek, idziemy sobie z GG, Ryś w wózku ciućka pasy, ja mruczę pod nosem o tym nieszczęsnym farmerze i jego psie, tu troszkę ciszej, niesiona falą ekscytacji troszkę głośniej: Pe! I! Em Gie O! Pe! I! Em Gie O!Pe! I! Em Gie O! co Pimgo miał na imię. Na co wyraźnie podirytowany Prawiemąż zatrzymuje mi wózek, wychodzi naprzeciw i rzecze w te słowa:

– Słuchaj, wyjaśnijmy sobie jedno. Od dwóch tygodni piejesz Pe! I! Em Gie O! Pimgo. Ja cie nie chce pouczać ale musisz coś wiedzieć. Ten pies nazywa się BINGO. BE! I! EN GIE O! BINGO! Błagam, weź to sobie do serca i zacznij nazywać rzeczy po imieniu. Bo okurwieje. Dziękuję i do zaśpiewania.

Teraz jak chce go zagotować śpiewam Pimgo oczywiście, przecież nie zapomnę o tak istotnym słabym punkcie. Nie byłabym sobą 😀 Tak czy siak zmierzam do wyłączenia grajków na zawsze. Mryga mi ostatnia kreska cierpliwości. A to dopiero dziewiąty miesiąc biegnie – CO TO BĘDZIE?! JAK ŻYĆ PANIE PREMIERZE, JAK ŻYĆ?!

It\'s only fair to share...Share on Facebook7Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

14 komentarzy

  • matka wariatka

    29.07.2014 at 17:32 Odpowiedz

    Hahaha 🙂
    Pozniej bedzie gorzej! Bo bedzie chodzic I spiewac!
    Malo tego, bedziesz musiala z nia spiewac, ze kola w autobusie to „krecO sie, kreO sie, krecO sie” – za kazdym razom jak zobaczy autobus w droce do warzywniaka 🙂
    Hahahah 🙂 Wyobrazam sobie Ciebie z wkurwem I normalnie nie moge 🙂
    Dobrze Ci tak 🙂
    Pamietam jak Nadii wciskalas tego kwiatka co 5 mili sekund a ja wrzalam w srodku 🙂

  • ~Ania

    29.07.2014 at 20:45 Odpowiedz

    Taaak! Koła autobusu to hicior nad hiciory!!!

  • ~MMMM

    29.07.2014 at 20:48 Odpowiedz

    Hehe ale się uśmiałam. Mamy akurat dzieci w tym samym wieku.
    U nas „Stary Antek farmę miał….’, albo „Moja owieczka miękką wełnę maaaaa….” Czasem muszę posłuchać kilka razy zanim zrozumiem co oni tam wyśpiewują 🙂

  • ~haniolowamatka

    29.07.2014 at 20:55 Odpowiedz

    Uhahałąm się do łez 🙂 Jesteś zajebista!

  • ~Mama Filipka

    29.07.2014 at 21:20 Odpowiedz

    Mój synek na szczęście aż tak nie katuje grających zabawek. Czasem się pobawi, ale raczej woli inne.
    Dla mnie w tych zabawkach najgorsze jest jednak to,że są strasznie głośne. Nie mam na myśli np.FP, w którym można regulować głośność, ale te wszystkie chińskie pierdułki są mega wkurzające. Mnie uszy bolą, a co mówić dziecko. Mąż wszystkie takie zabawki rozbiera i ścisza.

  • ~argillae

    29.07.2014 at 23:21 Odpowiedz

    Uśmiałam się! Dlatego moje dziecko miało w sumie 3 zabawki grająco-śpiewająco-gadające (w tym jedną francusko-angielską, bo matki mózg miał wakacje jak kupowała samoturlająca zabawkę do raczkowania – tak, tak dziewięciomiesieczniak się alfabetu po francusku nauczy). A, jeszcze mamy jodłującego świstaka (nie pytaj!) i grającą książeczkę o Królewnie Śnieżce, w której do krasnoludków jest przypisany dźwięk sitcomowego śmiechu, a do księcia końskie rżenie. LOL!
    W kwestii piosenek: tegoroczne wakacje upłynęły nam pod hasłem „my jesteśmy krasnoludki”. Po 2 dniach już zupełnie się nie przejmowałam minami mijanych ludzi, kiedy z córą po raz setny odśpiewywałyśmy „z pokazywaniem” ten hicior.

  • ~Mama Tesia

    29.07.2014 at 23:47 Odpowiedz

    Taaa, skądś to znam. U nas tak Synek pastwi się nad Kubusiem Puchatkiem. Wygląda to identycznie jak u Was z farmerem 😉 Ale jeszcze bardziej ryją po psychice pytania „dlaczego?” 😛

  • ~zuzia

    30.07.2014 at 08:53 Odpowiedz

    Ha , cudnie to opisałaś. Gdy moja „pierworodna ” pojawiła się na tym świecie mój brat ,a jej wujek (bezdzietny na tamten czas jeszcze) przy każdej wizycie uszczęśliwiał nas nowym grającym wynalazkiem. przy entej już wizycie i entym podarunku „zagroziłam” mu że przyjdzie taki czas w jego życiu na moją zemste i odwdzięcze sie po trzy kroć. Aby sprawdzić siłę mojej cierpliwości zakupił młodej biedronkę która kręciła się w kółko i wydawała dziwnie nieokreślone jęki .I nadszedł któregoś dnia czas na odwdzięczenie się 🙂 Zaczęłam kupować różnego kalibru grająco -prykająco -śpiewające zabawki.Jego cierpliwość była mniejsza od naszej i któregoś dnia w drzwiach swojego domu zapytał się czy znowuż przywlokłam jakieś narzędzie tortur bo jak tak to mnie nie wpuści do środka.Wpuścił mimo zabawki ale przeprośił za swoje wcześniejsze zakupy 🙂

  • ~Cezi

    30.07.2014 at 15:00 Odpowiedz

    Przy założeniu że jest około 100 wersji kół autobusu w internecie i każda mniej lub bardziej w…..jąca i każdą trzeba odsłuchać ” Bo przecież jest inna tato” to całe popołudnie mija… I co potem ?
    Ano jedziesz samochodem i w myślach pod światłami patrząc na MPK-a na drugim pasie nucisz : ” koooła autobusu kręęęęęcą się ” 😀

  • ~smerfeta

    30.07.2014 at 21:05 Odpowiedz

    Ja kiedy nie posiadalam wlasnego potomstwa tez uwielbialam grajace zabawki. kiedys chrzesniakowi kupilam mate na podloge po ktorej sie chodzi i wydaje ona dzwieki z farmy krowki itd. jego rodzice obiecali sie zemscic. i tak tez sie stalo. kupili mojemu pierworodnemu trzy grajace zabawki w ciagu miesiaca po czym zapytali jak sie czuje hihihi…..super post usmialam sie

  • ~Czarna

    31.07.2014 at 11:33 Odpowiedz

    Opisujesz dokładnie te uczucia które miałam jak nasze bliźniaki były w tym wieku. Tyle że jedno wciskało guzik w swojej zabawce grającej a drugie z zapamiętaniem oddawało się wduszaniu klawisza w pianinku które wydawało dzwięki jak zdychający kot…. A najbardziej lubiły to robić gdy ktoś łaskawie przyszedł w końcu do mnie na kawę lub gdy rozmawiałam przez telefon 😛
    Znamy my to wszystko 😀

  • ~Ania

    31.07.2014 at 13:47 Odpowiedz

    Haha 🙂 Ja tego typu zabawki „przyciszałam” w ten sposób, że na głośniczek przykładałam wacik (lub dwa) i zaklejałam to silver-tejpem Pomaga. Nadal słychać, ale duuuuużo ciszej i jest to łatwiejsze do zniesienia.
    Pozdrawiam

  • ~Olga

    04.09.2014 at 09:16 Odpowiedz

    Zajebiste! Popłakałam się ze śmiechu prawdziwymi, wielkimi i szczerymi łzami radości. Czytam Twojego bloga od niedawna i jestem zachwycona. Muszę koniecznie pokazać go mojej mamie i siostrze, gdyż posiadasz niesamowicie podobne poczucie humoru do tego, które mocno charakteryzuje całą moją rodzinę:-)Pozdrawiam serdecznie:-)

  • Ewa

    05.07.2016 at 22:21 Odpowiedz

    15 lat temu moim koszmarem była lokomotywa, którą to synek (wtedy coś ponad rok) dostał od cioci. Taka zarąbista replika , nawet dymila jak prawdziwa. Dziecię z uporem maniaka dręczyciela mógł bawić się ją całe dnie. Smród był nie do wytrzymania w naszym 35metrowym mieszkanku(a ja jeszcze mdłości z drugim mialam). Najpierw zamykalismy dziecię ubrane w strój zimowy w małym pokoiku przy otwartym oknie , lecz lepszym rozwiązaniem okazało się wybebeszenie dymiacego ustrojstwa. Niestety po tym zabiegu dziecięciu zabawka juz się nie podobała.

Post a Comment