Gdzie być za pięć lat?

Gdzie być za pięć lat?

Fama o złych poniedziałkach nie wzięła się znikąd – pomyślałam zatrzymując się dzisiaj na środku ruchliwej ulicy przypominając sobie tym samym, że samochód nie jeździ na dobre chęci a ja swojego zapomniałam zatankować.  Dopychając pedał gazu do podłogi widziałam jak wskazówka prędkości spada w dół. Może nie jestem mechanikiem, ale to chyba nie tak powinno wyglądać. Czasami wyobrażam sobie, co widzą ludzie siedzący po drugiej stronie miedzy, czyli w tych wszystkich mijających mnie samochodach. A to popisowy numer z nieodpalającym samochodem z zeszłego poniedziałku, gdzie prułam japę zamknięta w dwudziestoletniej Astrze, energicznie uderzałam rękami w kierownicę a oczy moje żarzyły się na zmianę szatańską czerwienią i łzami politowania, a to akcja numer dwa, również poniedziałkowa, z dzisiaj, gdzie w rytmach Shazzy puszczanej na VOX FM samochód mój wypierdział (dosłownie) ostatnie opary elpegie.

Pozdrawiam te wszystkie zatroskane głowy z naciągniętymi na uszy beretami z anteną, które mijały mnie na pierwszym biegu z wlepioną w szybę gębą i wystawionym palcem wskazującym moje nieszczęście.

Takie poniedziałkowe czelendże skłaniają mnie do myślenia czy na prawdę moje życie musi za wszelką cenę pachnieć Markiem Koterskim i Adasiem Miauczyńskim. Właściwie to co ja od tego życia chcę i gdzie chciałabym zobaczyć siebie za pięć lat?

Chciałabym mieć czas na zachłyśnięcie się życiem i rolami, jakie mi daje, wiecie? Chciałabym być matką na pełen etat trochę dłużej niż do pierwszego postawienia ssaka do pionu. Czuję, że jako kobieta chciałabym jeszcze chwilę siedzieć w domu i pilnować gniazda pod względem bytowym ale i emocjonalnym. Chciałabym głaskać swoje dziecko po głowie częściej niż rano, kiedy czeszę do wyjścia i wieczorem, kiedy czas położyć spać, mówić „kocham Cię” do córki nawet z obecnym jej brakiem zrozumienia o czym prawię. Chciałabym latem wtykać Rysi na ręce świeże maliny i liczyć palce, zjadając po jednej z wystawionej w kierunku oślepiającego słońca ręki. Tak bardzo pragnę mieć czas na jej dorastanie i bycie częścią małych historii, które niby niewiele ważne ale i tak stanowią fundament jej osobowości za paręnaście lat. I jak bardzo chcę tak bardzo ogranicza mnie moja rzeczywistość, która naprawdę nie najgorsza i tak krzyżuje wizje nas w niedalekiej przyszłości. No bo czy ja nadal żyję myślą, że muszę w życiu zawodowym osiągnąć tak wiele, żeby się posrać wręcz od dobrobytu? Czy nadal czuję jak kiedy jej nie było, że żeby coś znaczyć i nie pluć sobie w brodę za czterdzieści lat powinnam kończyć szkoły, zdobywać stanowiska i nacierać się dolarami? Czy żeby być z siebie dumną musi podziwiać mnie świat?

Za pięć lat chcę być wolna od kapitalizmu. Chcę pracować by żyć, nigdy odwrotnie. Za pięć lat mam już dwójkę dzieci i nie poświęcam siebie w imię pielęgnowania wyidealizowanego obrazu matki tzn. nadal myję włosy i zęby, zakładam stanik i pilnuję, żeby nie nosić poplamionych spodni. Dbam o siebie i nie zapominam, że w tym wszystkim też jestem ważna. Za pięć lat cechy, które w sobie odnalazłam, a które teraz rozwijam, moje talenty i pasje pomagają mi się utrzymać. Nadal gaśnie mi auto na środku ulicy ale już mnie to nie rusza, bo nigdzie mi się nie śpieszy. Za pięć lat idę z dziećmi za rękę przez pole, parzą nas pokrzywy tam, gdzie parzyły mnie i AZ kiedy byłyśmy na etapie wypadania mlecznych jedynek. Uczę dzieci piosenek, których nauczyła mnie mama i mam czas, żeby wysłuchać w pełni świadomie i ze zrozumieniem jak było w przedszkolu oraz co umieją nowego. Przynoszonych z zajęć na tony rysunków i laurek nie traktuję jak kolejnej makulatury, ale znajduję czas na pochylenie się nad nowymi umiejętnościami Młodych. Chcę każdą zachłysnąć się jak gdyby byłaby pierwszą. Jemy razem codziennie chociaż jeden posiłek. Czytam im, nie spławiam. Piszę, udzielam się artystycznie. Czuje się spełniona bez wysokiego stanowiska ale z własną wydeptaną ścieżką w lesie.

Taki mam plan, a co z niego wyjdzie… zamykam oczy i tam jestem. Rzeczywistość zwalnia. Tramwaj nie ucieka. Nie stoję w korku. Mam na zawsze skasowany bilet. Zbieram kwiaty i układam je w wazonie, na dworze wieszam pranie. Czuję jak ładnie pachnie. Ryśki otwierają furtkę i od wejścia krzyczą „jestem!”.

Chwila jeszcze jest, żeby zacząć pracować na jego spełnienie. Lekkie obsunięcie w czasie też nie zabroni mi ogłosić sukcesu. No bo jaki jest sens żyć,  kiedy każdy jeden dzień jest po prostu przeżytym poniedziałkiem, wtorkiem, środą.  Tygodniem pierwszym, piątym czternastym. To trwanie nie ma sensu. Wracamy do tematu za kilka lat. Uda się albo nie uda.

P.S.

Matka Córek też się zastanawia. >Poczytajcie<

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

12 komentarzy

  • ~GabRysia;)

    20.01.2015 at 02:30 Odpowiedz

    bo widzisz MamoRysiowa, wyścig ku Dobrobytowi, żeby cos znaczyć i byc z siebie dumnym to naturalna potrzeba inteligentnego człowieka – jedna z wyższych potrzeb- kiedy te podstawowe juz zaspokoimy.
    Zostawić po sobie jakiś ślad na tej ziemii…
    A Ty już jesteś tą szczęściarą, że możesz powiedzieć o sobie jako o … Genialnym Stwórcy 🙂

    W sumie, to żal mi mężczyzn… oni moga tylko liczyć na osiągniecia materialne, intelektualne, na tytuły inzynierów, kierowników, dyrektorów ,prezesów, prezydentów .

    Matka – Genialny Stwórca i kreator nowego istnienia…

    Tak, możesz być z tego bardzo Dumna i Szczęśliwa
    i w dodatku bez nacierania się dolarami 🙂

    • ~dimmiu

      20.01.2015 at 08:15 Odpowiedz

      Chcialbym skromnie zauwazyc, ze same sobie Panie tych dzieci nie zrobily i my swoj udzial tez w tym mielismy. 🙂 Moze i nie nosimy tych dzieci po sercem przez cala ciaze tak jak kobieta, ale prawie tak samo sie czujemy i emocjonalnie wcale nie mniej to wszystko przezywamy. Kobietki przez cale wieki walczylyscie o rownouprawnienie, by doprowadzic w koncu do stanu, kiedy to w XXI wieku facet mowi „jestesMY w ciazy”, wiec prosze tego teraz nie niszczyc takimi samolubnymi wpisami. Tak to wyglada, my posrednio tez jestesmy w ciazy, jedyny minus, ze nie czujemy tego rosnacego malucha pod sercem, ale nie zmienia to faktu, ze jest on owocem NASZEJ milosci, krew z NASZEJ krwi i kosc z NASZEJ kosci, wiec prosze sobie nie przypisywac monopolu na „kreatora nowego istnienia”. 🙂 Leci teraz chyba na TVP2 program o In Vitro, akurat sobie siedzialem wczoraj z tym moim maluchem na kolanach kiedy lecial ten program, konczylem obiad, maly dwoma widelcami na raz ganial jedna frytke po calym talerzu i tak do niego mowie „widzisz, jak wiele niektorzy musza przezyc i poswiecic, by miec takiego malego misia jak ty”. I nie zawsze sie udaje… A NAM sie udalo! NAM. 🙂

  • ~matka-nie-idealna

    20.01.2015 at 08:46 Odpowiedz

    Za 5 lat usiądziemy w powiększonym składzie w ogrodzie jednej z nas i wspomnimy ten wpis 🙂

  • ~Jagoda

    20.01.2015 at 11:16 Odpowiedz

    To chyba taki rok, bo ja też podjęłam niedawno ten temat. Zastanawianie się nad sensem tego wszystkiego co się ma i do czego tak naprawdę się dąży. Z Helą siedziałam w domu dwa lata a i tak wydaje mi się że za mało bo chciałabym uczestniczyć jeszcze więcej w jej życiu i chłonąć jak na moich oczach nabiera nowych umiejętności. Z drugiej strony jest kredyt i wszystkie inne wydatki na które trzeba iść i zarabiać i takie rozterki się w głowie rodzą co ważniejsze kasa czy rodzina. Pensja szału nie robi ale bez niej krucho i tak o, takie to nasze życie. Chociaż czasami trzeba zaryzykować i postawić coś na jedną kartę, założyć własny interes i więcej czasu spędzać w domu. U mnie cały czas krążą po głowie takie myśli. Może się uda. 🙂

  • ~takiespostrzezenie

    20.01.2015 at 11:49 Odpowiedz

    Droga Mamo Rysiowa. Mam wrażenie, że ostatnio trochę za mocno sugerujesz się swoimi nowymi internetowymi psiapsiółkami. Nie ma w tym nic złego że się skumplowałyście ale nie sądzę, żeby kopiowanie pomysłów na wpisy było dobrym posunięciem. Jesteś jaka jesteś za co Cię tu wszyscy kochamy, prawdę mówiąc Twoje zdolności pisarskie są kilka poziomów wyżej niż innych wspomnianych tu matek co jest dla mnie oczywistą oczywistością i nie widzę powodu żebyś miała się nimi [matkami] w jakikolwiek sposób sugerować. Im więcej zaskakujących zwrotów akcji i nie do końca cenzuralnych słów tym lepiej, czuje się wtedy, że to naprawdę Ty:). Przepraszam, że to piszę, ale mam wrażenie że ten post jest napisany jakby na siłę, naciągnięty i sklecony żeby to jakoś ze sobą mniej-więcej współgrało. A pusty bak nie ma zupełnie nic wspólnego z poniedziałkowym pechem. Sorry ale tego nikt nie kupi. Kocham twojego bloga całym sercem i nie pozwolę mu się zmarnować, o nie!:D

    • Mama Rysiowa

      20.01.2015 at 12:05 Odpowiedz

      Szanowna Pani, skoro już mamy odwage pisać o błędach jakie popełniam i jakie znajomości nowe zawieram, prosze nie zmieniac loginu 🙂 Mam troche wrażenie, że anonimowość ludzi nakręca i dodaje mnóstwo odwagi. A ja nie mam sobie akurat w tym przypadku nic do zarzucenia bo to, że mój język znamy z tego, że potrafi przykurwić i przchujeć nie znaczy, że w każdym wpisie wrzucę mięso na siłę w obawie przed takimi komentarzami. Mało tego, to właśnie takie przypominanie mi, że jest za mało wulgarnie wywiera na mnie większa presję jako na autorze. Jako mama i osoba wracająca do pracy miałam takie przemyślenia i nie pisałam tego czy innego wpisu pod presją jakiejkolwiek innej „psiapsiółki”. Presję czuję po takich komentarzach, w których ludzie pisza mi, że cos jest nie w moim stylu. Kiedy ja właśnie wczoraj czulam tak, dzisiaj czuję inaczej. I za każdym razem kiedy cos piszę z tyłu głowy przyczepiam świadomość, że robię to dla dziecka i że ona mnie kiedys zacznie czytać. Chciałabym, żeby wiedziała jakie miałam plany, nadzieje, marzenia, żeby porównała za lat kilka i powiedziała tak mamo udało Ci się, albo mamo… spierdoliłaś.

      Pozdrawiam i mam nadzieję zrozumiała Pani mój punkt widzenia.

  • ~J

    20.01.2015 at 17:11 Odpowiedz

    Hej,
    Czytam Twojego bloga i bardzo go lubię. Mamy podobne poczucie humoru i wartości.
    Odnośnie dzisiejszego postu Powiem Ci, że mam podobne marzenia. Nie mam jeszcze dzieci ale wiem, że właśnie tak bym chciała żyć. Nie chce robić zawrotnej kariery itd. Chciałabym móc pracować ale i spędzać czas z rodziną, doceniać to i postarać się żeby te cudne chwile trochę wolniej ulatywały.
    Nie potrzebne mi są gadżety, nowa komórka, która liczy ile spaliłam kalorii czy najlepsze najki do ćwiczeń, ani robot kitchen aid zeby zrobić dobre ciasto ( choć jakbym miała kasy jak lodu i miejsce zeby go trzymac to czemu nie?:P)
    Oczywiście ważna jest praca, pieniądze i przyziemne rzeczy. Takie są realia. Ale chcę w tym wszystkim mieć to czego za pieniądze się nie kupi czyli to co opisałaś powyżej + zdrowy rozsądek:)) Życzę tego sobie i Tobie:)))

  • ~gumofon

    20.01.2015 at 20:59 Odpowiedz

    Wciąż ktoś chce nasz zaszufladkować.
    A człowiek się przecież zmienia i zmienia się jego otoczenie. Zmienia się jego spojrzenie na Świat. Wszystko płynie, mimo że czasem robi wrażenie stateczności.
    Kiedyś latałaś na holenderskiej kozie a dziś zachwycam się Twoją głośno wysuwaną anteną w dwudziestoletnim aucie. Za pięć lat Kryśka będzie siedziała na rowerku a wieczorem znów to opiszesz na wesoło jak nabiła sobie p… i był ryk i pisk.

  • ~Magdalena

    20.01.2015 at 22:31 Odpowiedz

    No nie wiem. Rozumiem Twój punkt widzenia sama jestem na tym etapie, ale zbyt wiele widziałam matek „poświęcających” swoje plany na rzecz dzieci. I wiesz co jakoś nie wiele widziałam wdzięczności za to u tych dzieci. Ja wiem wiem chciałabyś również dla siebie żeby nie tracić tego cennego czasu. I żadna matka nie oczekuje akurat poklonow na kolanach ale bywa różnie.

  • ~gaga

    23.01.2015 at 13:23 Odpowiedz

    (uwaga marudzę!!!!) no weźźźźź noooooo brakuje mi częstszych Twoich wpisów, co ja mam czytać w pracy jak się nudzę? 😛

  • ~gaga

    23.01.2015 at 13:25 Odpowiedz

    P.S. Ja bym się wcale nie obraziła gdybym miałam zostać z dzieckiem(które jest obecnie w planach) w domu dłużej niż przysługujący urlop macierzyński, wszystko się o kasę rozchodzi:/

  • ~Arkadiusz

    28.01.2015 at 20:21 Odpowiedz

    Zapomnieć zatankować – oj kiepska sprawa! Może naprawdę dał się we znaki ten najbardziej depresyjny dzień w roku – Blue Monday. Albo po prostu to zbieg okoliczności. Zalatanie, zamieszanie i te sprawy. Ja przyznam, że dużo gorzej czułem sie we wtorek po tym podobno feralnym poniedziałku, wiec to trochę indywidualna sprawa…

Post a Comment