Friend Zone

Friend Zone

Nie wiem, który rok to był. 2002, może 2003. Ze szkoły matka wysłała mnie na kolonie. Z resztą jak połowę szkoły inne matki. Nakłamały odpowiednio, że dzieci biedne, że rodzice bez grosza itepe – szybko znalazły się dla nas miejsca. Pojechaliśmy. Byliśmy. Białka Tatrzańska, w której w tamtych latach psy dupami szczekały, a lody można było kupić w jedynym otwartym spożywczaku, nie stała się szczytem marzeń wczasowych. Wtedy. Był pensjonat z trzema piętrami, dyskoteka w budynku obok i papierowe numerki na papierosa, jako, że opiekunki przekonane były o patologicznym charakterze tego obozu  (mieliśmy być z trudnych domów). Wśród hordy podopiecznych stare, dobrze znane mordy ze szkolnych korytarzy. Generalnie wszyscy się znali na wylot, lubili albo i nie. Były poprasowane przez mamę ubrania, spis inwentarza: dziesięć majtek, piętnaście skarpetek, krótkie spodenki, kostium… i stówa na wydatki. Były znajomości. Gdzieś tam chłopak, który kręcił się koło naszego pokoju i zawsze nosił za mną plecak. Ładnie mi śpiewał, przynosił kompot do stolika na obiedzie i pożyczał kasę. Łażąc hektary po tatrzańskich polanach, górach i dolinach zawsze w paczce, dzieliliśmy się wodą i wyostrzonym żartem. Kumpel. Wiecie,  fajna sprawa.

Finalnie, błagalnie, kiedy ileś pań przede mną odmówiło, przylazł na koniec wyjazdu, złapał za rękę i stwierdził, że śluby kolonijne, więc będziemy się „hajtać”. Tym bardziej, że ta cycata z drugiego piętra, co oczy miała takie niebieskie, ładne, odmówiła, bo już ją inny zgarnął. Smutny łaził, -dobra! – powiedziałam i poszłam. Owinięta w rolki szarego papieru toaletowego, starą firankę i prześcieradło przyrzekałam przed Panią Asią z PCK, że będę gacie mu prała na wieki i zawsze znajdę czas na buzi. – No znajdę, wymruczałam – niech ma. Taki kolega dobry, miły, uczynny. W sumie i ślub na koloniach niezłe jaja. Uśmiałam się jak głupia. Wszystko dla żartu.

Po co w ogóle o tym piszę.

To jak mnie ten dziad wstrętny, rudy,  wkurwia po dwunastu latach od tamtego ślubu wiem tylko ja. Jak mu mam ochotę krzywdę zrobić czasem wiedzą tylko cztery ściany i sąsiedzi z otwartymi oknami. Dzisiaj śniło mi się, że mu obcinam brodę i chichoczę przy tym złowieszczo jak Szpieg z Krainy Deszczowców u Baltazara Gąbki. Poziom moich skrajnie różnych uczuć waha się od Mount Everestu do Morza Martwego (cudowny zbieg okoliczności w nazwie). Nierozważny, czasem Dyzio Marzyciel, najlepsze słowo. Paleta inwektyw kończy mi się po trzech minutach. Dmuchawa do liści na dziesięć listków na krzyż niemalże zamówiona, a do szamba pan dzisiaj kierowca nie przyjedzie, bo za gorąco, i się na to mój zgodził, bo rozumie, bo faktycznie – skwar. Empatyczny jaki, patrzcie go.

A potem.

W sumie to fajny.

Kochany mój

Nie widzę tu innego. Dziada mojego. Obserwuję, jak robi fontannę Młodej z dziurawego węża i taśmy klejące i myślę sobie – dobra, możesz zostać.

Od papieru toaletowego i starej firanki, od numerka na szluga i piwa za klepem jednego na pięcioro, -> do dziecka i ślubu nie na żarty. Życie gra nam na nosie. Niczego człowiek nie przewidzi. Jeszcze dwa tygodnie, Jeżusz,  Mery i wszyscy święci, i będę ŻONĄ TAMTEGO MĘŻA! Jak to się stało?!

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

6 komentarzy

  • ~gaga

    07.08.2015 at 15:37 Odpowiedz

    Będzie co opowiadać wnukom, świetna życiowa historia 🙂

    • ~Monia

      07.08.2015 at 16:47 Odpowiedz

      Gratuluję 🙂 Pełna podziwu .Dla Was

  • ~Mama Nelowa

    07.08.2015 at 17:00 Odpowiedz

    Nooo i to są początki! A nie tam zaczepki na fejsie jak teraz 😉
    Po ostatnim moim zapienieniu jak mnie szlag trafil i krew zalała nagła przez Ojca Neli, jak juz porzucilam pomysł wyrzucenia calej zawartosci jego polowy szafy z trzeciego pietra, para przestała buchać z uszu i bielmo z oczu zeszło, zaczęliśmy wspominać stare dobre początki jak to 10lat temu odwoził mnie autobusem na drugi koniec miasta i odprowadzal pod same drzwi autobus raz na godzine dymał aby, albo pod szkołą sterczał godzinami z prexentem z okazji mikołajek;) i tak
    Mnie rozczuliły te wspomnienia tego Mojego Dziada ehh 😀

  • ~Anka

    07.08.2015 at 17:52 Odpowiedz

    Gratulacje. Nie czytałam dawno tak fajnych rzeczy jak u Ciebie. A i o kolonijnych miłościach sądziłam, że kończą sie wraz z końcem wyjazdu, a tu proszę i miłość na życie 🙂

  • ~Jagoda

    10.08.2015 at 08:19 Odpowiedz

    Ja poznałam mojego męża w lesie na obozie harcerskim, też wzięliśmy obozowy ślub. Do dnia dzisiejszego mam obrączkę z drutu i kredki świecowej co robiła za kamień szlachetny oraz akt ślubu wypisany przez obozową pielęgniarkę. Najzabawniejsze że pochodzimy z dwóch krańców województwa.
    Kilka lat później wzięliśmy prawdziwy ślub i tak trwamy już 5 lat :-D.

  • ~LEW

    14.08.2015 at 23:29 Odpowiedz

    Hej, moja córa jest właśnie na tych koloniach w Białce (z fundacji pomagaj, bo rząd kazał). :o)
    BTW – racja.
    Ważnie tylko, żeby większości w głowie nie wzięły te gorsze …

    Zdrowia, zdrowia, zdrowia !!!

Post a Comment