Fat killer czyli matka na fitnesie.

Fat killer czyli matka na fitnesie.

Byłam dzisiaj u takiego sympatycznego pana doktora, co to miał mi skierowanie wystawić do innego pana doktora. Wchodzę, mówię jaka sprawa, że po ciąży jest kupa, że nie mogę oddać tych nadprogramowych kilogramów mierzonych już w dziesiątkach a że chcę kiedyś jeszcze pokazać ramiona światu bo teraz dziwnie latają przód – tył jak czeszę grzywkę itede itepe. Mentalnie się wyczyściłam, w końcu u specjalisty się nie kłamie, a pan doktor na to – proszę nie zganiać na ciążę, dziecko pani talerza pod nos nie podstawiało.

– Pan chwilę poczeka – pomyślałam, – gdzieś tu miałam w torbie… brałam na pewno, gdzie on, patrz Pan nie mogę znaleźć…a! Jest! Strzelba po dziadziusiu, tylko przeładuję i o, gotowe. Pan się spojrzy na mnie. Jeb. Chujku. Ci dam komentarze.

Anyway. Wydostałam się dzisiaj z domu na pierwsze zajęcia fitness. Dziecko w sztafecie oddane ojcu, torebusia spakowana, były wygodne laczki, żel pod prysznic na post factum i woda. Biegłam na złamanie karku, jak dzieciak na kolonijną zbiórkę. Podnieta tak mocno, pełna profeska, duża torba na ramieniu, w ręku butelka, wiedzcie szaraki, że oto ja, matka! idę na siłownię. Na recepcji kilka obowiązkowych papierków do podpisania, piękna samojebka z internetowej kamerki odhaczona, karta zrobiona. Jestem oficjalnie członkiem klubu uwaga – PACO (I nie ma lypy).

Wchodzę na zajęcia, nie mam ręcznika a one wszystkie mają. Ale po co mi ręcznik już bez przesady. Amerykańskie nawyki, halołiny, walentynki, ręczniki na siłowni i inne pierdy. Aż tak się nie zapocę gwarantuję. Pierwsze dziesięć minut na spokojnie – Łee, takie coś to ja mogę. Niezła jestem nawet mi się kroki nie mylą, trampki zawiązałam fest, nie spadły, zadyszki zero. I tu pada hasło, że koniec rozgrzewki, pani prowadząca podkręca mikrofon, z głośnika sru basem i co? Dzień dobry, przepraszam, gdzie jest moje płuco? O ja cie pierdole gdzie ja jestem?! Paaaani jakie szase, jakie mambo, mambo szase, ale że grejp co? Zwolnijmy? Nóżki to mi w takim tempie latały, że dziwie się, że nie przywitałam twarzą podłogi. Totalne zero koorynacji, jakby mnie ktoś podlał benzyną, podpalił a ja starałabym się wyjść z tego cało. Wyobrażałam sobie jak muszę wyglądać z boku i dziękowałam w duchu, że jestem na zajęciach sama i nawet jak żyłka pierdząca pęknie to nikt  tego nie zobaczy. Po półgodzinie treningu, czyt. orki, spojrzałam na zegarek i przeżegnałam się stopą. Pół godziny a ja nie wiem, w którym ręku trzyma się nóż a w którym widelec, ciśnienie w uszach pulsuje w rytm tej sieczki a kolor twarzy….szkoda gadać. Umrę. Jak nie z wysiłku to na pewno ze wstydu, że nie potrafię porządnie się na palcach okręcić bez lądowania na ścianie. Nie wspomnę, że tempo w międzyczasie jeszcze ze dwa razy rosło a mnie pot lał się po plecach i po dupie. Dramat! Dra – mat! Kończ waść, wstydu oszczędź! Nogi jak z waty długo już nie utrzymają tego balastu.

Kilka wdechów ratujących życie na koniec, kilka rozciągnięć we względnej ciszy, chyba żeby mieć czas na przemyślenia co mnie podkusiło i finito. Przeżyłam. Ledwo idę, ręce trzęsą mi się jak na ciężkim głodzie alkoholowym, nie mogę utrzymać klucza, ale duma zaraz pierś rozerwie. Dałam radę, pierwsze koty za płoty.

Co do spostrzeżeń po treningu:

Uważam, że można wspomnianego Fat Killera (spalacza tłuszczu) nazywać równolegle – Just Kill me (zabij mnie), Fun of Killing (przyjemność zabijania), Somebody just kill me (niech mnie ktoś dobije).

Podczas zajęć, pod koniec, kiedy zmieniam kolor twarzy na wściekłe bordo wyglądam jak wrzucona między piłki świnia. Piękna, różowa/bordowa świnia odnajdująca swoje nogi latające nieskoordynowanie jedna w prawo druga w lewo.

Nie wiedziałam na co stać zapachy mojego ciała

Ręcznik jest przyjacielem i trzeba żyć w symbiozie.

Jutra się boję. Na toalecie pewnie nie usiądę do sierpnia. Zaczęło się. Machina ruszyła. Jestę sportsmenę.

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

14 komentarzy

  • ~Dottie

    25.06.2014 at 23:33 Odpowiedz

    Umieram! 😀 e smiechu! Fantastycznie napisane!

  • ~Ania

    25.06.2014 at 23:42 Odpowiedz

    Haha pięknie opisane, zwłaszcza tekst o strzelbie. Po 2-3 fazach będziesz spoglądać na nowe z wyższością, że nie wiedzą co to szase mambo

  • ~ewa

    26.06.2014 at 01:17 Odpowiedz

    witam kochana, nie bylo mnie, najmlodsza ma juz 8 tygodni wiec mozna poczytac , a tez dzis 1 dzien na silke, pol h i sie nie zdyszalam ale bolalo wszystko… starosc nie radosc. mezu pod klubem w aucie z dziecmi 🙂 Damy rade bo ja tez juz mam dosc komentarzy… najlepszy tydzien temu – to kiedy rodzisz??? No wez mi daj cos ciezkiego……

  • ~Katarzyna

    26.06.2014 at 04:45 Odpowiedz

    Człowiek tu chce w spokoju nakarmić dziecko, a tu takie teksty. Ze śmiechu mu sutkiem szastam. Też dzisiaj bylam a first time od porodu. Pewnie umrę. Dziękuję. Dobranoc. Ps. Ja to kocham teksty w stylu „oooooo brzuszek to ci jeszcze został”….

  • ~ka

    26.06.2014 at 06:52 Odpowiedz

    ja tam nie jestem za takimi „drastycznymi” krokami, zwłaszcza jak ktoś był- delikatnie ujmując – nieruchawy. Do tego jak ktoś więcej waży to sobie może w tych trampkach wykończyć stawy. Jednak będę się trzymać tego, że rower jest bezpieczniejszy 🙂

  • ~ela

    26.06.2014 at 07:56 Odpowiedz

    Gratuluje podjecia decyzji i zrobienia pierwszego kroku!! i życzę wytrwałości i szybkich efektów!Na początku będzie trudno przez jakieś dwa tyg a potem już luz 🙂 ja zaczęłam ćwiczyć jak dziec miał dwa miesiące i cwicze prawie codziennie też fitness właśnie. Niestety po trzech miesiącach okazało się że nie udało mi się wykonać planu minimum czyli -6kg ale nie poddała się i walczę dalej, teraz mam 8 za sobą i chciałabym jeszcze 5 zrzucić. Pewnie spadaloby szybciej gdyby ćwiczenia połączyć z dieta ale ja nie potrafię utrzymać żadnej diety co prawda jem mniejsze porcje i ograniczyłam słodycze ale widzę że to za mało . Dla mnie te ćwiczenia to również a może przede wszystkim odskocznia od codzienności i obowiązków.

  • ~gumofon

    26.06.2014 at 15:15 Odpowiedz

    w serialu *Jak poznałem waszą matkę* jest taki tekst: i tak przeżyliśmy pierwszy dzień na siłowni. w nagrodę poszliśmy na piwo.

    Nikt z nas już tam nigdy więcej nie poszedł.

  • ~marta

    26.06.2014 at 23:18 Odpowiedz

    Polecam bloog „smak zdrowia”.dziala.ja schudlam 10kg w 2 miesiace.zdrowo bez glodzenia.goraco polecam.

  • ~ewa

    27.06.2014 at 08:16 Odpowiedz

    Ja pierdziu, tak to ja moge zaczynac kazdy dzien, placzac z gilem po pas!!! Ze smiechu oczywiscie :0)))))

  • ~sawisia7

    27.06.2014 at 09:20 Odpowiedz

    buahahahahahahahaha boska ty moja 🙂 ja aerobików nawet się nie tykam bo jestem z 10 minut z krokiem za pozostałymi. Natomiast dziś łączę się z Tobą w zakwasowym bólu 😉 schodząc po schodach musiałam uważać bo miękły mi kolana 😉

    • ~ka

      28.06.2014 at 23:41 Odpowiedz

      polecam po wysiłku, zrobić 10 przysiadów – zakwasy nie istnieją 🙂

  • ~Alicja

    27.06.2014 at 09:49 Odpowiedz

    Jesteś świetna 🙂 poprawiłaś mi mega humor 🙂 na razie się śmieje, ale za 6 tyg urodzę to zamiast śmiać to dołączę do klubu różowej świnki chudzinki 🙂

  • ~mimbla

    27.06.2014 at 19:15 Odpowiedz

    Tekst o strzelbie po dziadku miodzio :))))))) A za efekty hardkora trzymam kciuki !

  • ~MAMa Igusia

    30.06.2014 at 22:53 Odpowiedz

    Jezu dawno się tak szczerze nie śmiałam!!!! Jedna POTĘŻNA salwa śmiechu. Zapomniałam że tyle mięśni pracuje podczas śmiania się !!! i po co mi siłownia?! hahah

Post a Comment