Dżinsy odkupienia.

Dżinsy odkupienia.

Odchudzanie – czwarty miesiąc za mną. Nadal przechodząc ominąwszy lustro odwracam się, puszczam oko, uśmiecham się na Joey’a Tribbiani „How you doin!” i oswajam się z myślą, że nie mam nadprogramowej brody. Tempo zrzutu nie jest już takie olśniewające jak na początku, nie mieszczę się jeszcze w size 38, ale.

No właśnie jest jedno tłuste ale. Od trzech lat w szafie ciułam talizman. Symbol niegdyś niedoścignionych pragnień a od dzisiaj symbol (fuck yeah!) sukcesu. Moje piękne ciemne dżinsy, zakupione lata temu w stolycy w Złotych Tarasach czekały żeby nareszcie móc się pokazać na nodze właścicielki bez kpin, parskania i zaczepek babć w stylu „chyba nie powinna pani tego nosić”. Wiem co piszę, zdarzyło się raz. Chyba każdy ma w szafie takie coś. Na poły zeżarte przez czas, kurz i mole czeka żeby udowodnić nam coś ważnego. Bikini z letniego obozu w Kołobrzegu, gdzie jeszcze wyczuwalne były obojczyki, sukienka ze studniówki albo pasek z liceum zapięty na pierwszą dziurkę.

Zmiany widoczne. Spodnie, w których kiedyś skrzętnie ukrywałam palec wielbłąda (znany z filmów dla dorosłych pod hasłem „camel toe”), zapinane na wdechu po wypuszczeniu powietrza robiły mi w pasie niezły obwarzanek, ba! Obwarzan! Mało tego absolutnie wykluczone schylanie się w chwilach zapomnienia odsłaniało pół dupy. Mój prywatny rów Mariana! A dziś. Otwieram szafę, wszystko w praniu, myślę sobie dobra, raz kozie śmierć. Zakładam niegdyś dżinso –  getry, patrzę i nie wierzę! WISZĄ! Dobry Panie Jezu wiszą mi pod tyłkiem, w kolanach się marszczą! Moje dżinsy za dolary się marszczą. To jest dzień dopiero. Chyba się nawet umaluję do tego gotowania obiadu i mycia patelni po wczorajszej wątróbce. Do kuchni sunęłam centymetr nad ziemią.

Nie ważyłam się już dawno. Nie wiem co się święci. Jedyne co zrobiłam po tym spektakularnym powrocie do dżinsów odkupienia to sesja z centymetrem. W pasie kolejne dwa do dołu, razem 20. W zamiarze totalne wystrojenie na urodziny Krystyny. Kieckę sobie nawet kupię. A chust z tym że nie lubię- rajtuzy naciągnę. Może i usta maznę na czerwono? Szaleństwo.

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

9 komentarzy

  • ~dorota

    28.10.2014 at 16:22 Odpowiedz

    Wielkie gratulejszyn 🙂 Oby tak dalej, ja od jakiegos czasu probuje sie zmotywowac i ni cholery mi nie idzie, a jeansy tez czekaja w szafie na mega wyjscie 🙁

  • ~mimbla

    28.10.2014 at 17:00 Odpowiedz

    Poproszę o zdjęcie w rzeczonych dzinsach. Ja chcę to zobaczyć!!!

  • ~Agni

    28.10.2014 at 17:39 Odpowiedz

    Zadowolona kobieta to szczęśliwa kobieta…. Kiedy ja w 4 miesiącu po ciąży wlazłam w spodnie sprzed miałam mniej więcej to samo 🙂 pozdrawiam

  • ~Gosia

    28.10.2014 at 18:00 Odpowiedz

    Dawaj foto! Jesteś na diecie od dietetyka?

  • ~Madleine

    28.10.2014 at 22:14 Odpowiedz

    dzisiaj i moje małe-wielkie święto było. Wzięłam w sklepie spodnie 38 i 36 (myśląc – proszę, proszę 36). A wyszłam z 34! Fakt, że rozmiarówa troszkę zawyżona, ale jednak. Z metką na wierzchu będę chodziła! Rok temu 38 w tym samym sklepie bywało za małe…

  • ~Jagoda

    29.10.2014 at 11:02 Odpowiedz

    Super, gratuluję :). Czytam od jakiegoś czasu Twojego bloga i nie mogę się oderwać. Lekko, przyjemnie i z dowcipem, tego brakuje czasami matkom takich maluchów. Moje cudo w grudniu skończy 3 latka, mały rozkoszny coraz bardziej pyskujący przedszkolak ;).

  • k-nieidealna

    29.10.2014 at 11:44 Odpowiedz

    Gratuluję 🙂 Tylko w tym szale nie kichnij i pandy rzęsami na powiekach nie rób 😉 http://k-nieidealna.blog.pl/2014/10/28/z-czego-sie-smiejecie/

  • ~abcliterki

    29.10.2014 at 12:05 Odpowiedz

    Z niecierpliwością czekamy na zdjęcie.

  • ~lucjaa

    31.10.2014 at 13:21 Odpowiedz

    Gratulacje :))) I wytrwałości! Chociaż im dalej w las tym łatwiej, no nie?
    Ojesu, aż sprawdziłam wyczuwalność swoich obojczyków – są!

Post a Comment