Dziesięć prawd, które dało mi dziecko.

Dziesięć prawd, które dało mi dziecko.

Wstałam dzisiaj o 7:00 rano. Wsunęłam swoje ulubione papucie z Carrefoura za dychę i poczłapałam do kuchni, po kawę. Naszykowałam dziecku bluzkę i spodnie, czystego pampersa i buty, cierpliwie budziłam do żłobka, do skutku. Na siłę umyłyśmy zęby, wyczesałyśmy na głowie palmę, wybrałyśmy cały zestaw pluszowego towarzycha do auta i pojechałyśmy w siną dal. Włosy moje jedna strona na Maroko, druga na Szczecin. Oczy jeszcze zaklejone, bez stanika, ale nie widać pod puchową kurtką raczej, więc bez stresu. Odstawiłam, pomachałam, wróciłam. W domu Sajgon, wszędzie klocki i drewniane puzzle sadysty, wrzynające się po mistrzowsku w gołe stopy. Skotłowane łóżko, wylane mleko, plama na kołdrze, karty z księżniczkami do gry w pamięć pod łóżkiem zdekompletowane oczywiście. Nadgryziony banan pod szafką w kuchni, psie kłaki, syf z gilem. Usiadłam w pokoju przy stoliku, a w słońcu podziwiałam odciśnięte, małe dłonie na każdym oknie i lustrze, na każdym froncie szafek „na wysoki połysk”. Pomyślałam, co mi dało to całe matkowanie w życiu i za co je właściwie tak ubóstwiam, skoro miks poranka nie wykończył mnie psychicznie, a gdzieś w środku napędził nieśmiały uśmiech zachwytu?

Co dało mi macierzyństwo?

  1. Zaczynając od początku – usadziło mnie porządnie na tyłku, w wielkim fotelu. Można by nawet powiedzieć, że na każde kolano założyło ochraniacz z gąbki, na głowę kask i latarkę, w rękę wcisnęło mapę, żebym przypadkiem nie zrobiła sobie krzywdy, było w końcu dla kogo żyć, tak na poważnie. W porównaniu do prowadzonego przeze mnie życia przed „godziną zero” skarciło mnie palcem jak nauczycielka w klasach 1-3, umoralniło i nałożyło ciężkie sankcje za wszelkie głupoty samotnego, wolnego życia.
  2. Umocniło więzi w miłości między mną a partnerem. Normalnie bez dzieci podejmujemy bardzo szybko wygodne dla nas decyzje. Nie pasujemy do siebie, irytuje mnie to i tamto, nie wytrzymam i właściwie po co mi ten, skoro na świecie może czeka jakiś inny, lepszy. Brak jakichkolwiek zobowiązań, które siłą rzeczy narzuca na nas młody człowiek, jest jak na zawsze otwarta furtka, przez którą wyskakujemy, kiedy impreza zaczyna być nudna i kiedy kończy się alkohol. Dziecko to taki mały klucz do kłódki na tej furtce, bardzo głęboko schowany Bóg raczy wiedzieć gdzie, i zanim się doszukamy miejsca jego przebywania zdążymy trzy razy ochłonąć z emocji, przemyśleć życie na trzeźwo, usiąść na kamieniu pod drogą ewakuacyjną i porozmawiać. Często zaśmiać się nad rozmiarem przewinienia, które z godziny na godzinę spada na łeb na szyję. Dziecko mi to dało, że nie spakowałam kilkukrotnie tobołka, nie zawiązałam go na tłustym patyku, nie wzięłam bułek na drogę i termosa i nie powiedziałam „cześć, powodzenia”. On też to dostał. Macierzyństwo uczy dorosłego myślenia, karmi cierpliwością i przewartościowuje priorytety. Walczy.
  3. Dowiedziałam się co to znaczy kochać bezinteresownie. Absolutnie nigdy wcześniej nie byłam tak poddana drugiemu człowiekowi, a każde moje zachowanie nie było tak idyllistycznie podlegające reakcji kogoś innego, niż ja sama. Można być ofiarnym, pomocnym, miłym, oddanym, to wszystko tak, ale stopień wtajemniczenia jest wręcz mistyczny. Dopiero kiedy awansowałam do roli „rodzic” odkryłam na poważnie i w pełni świadomie co miała na myśli moja mama, kiedy tłumaczyła, że jest gotowa oddać za mnie życie i skoczyć w ogień. Pusty frazes kiedyś, dziś głębokie „Ahaaaaa” każdorazowo, kiedy przypominam sobie jej słowa.
  4. Życie zawładnęło kosmiczne poczucie obowiązku. Zaczyna nam się chcieć bo musi i nie ma innej opcji.  Począwszy od małych rzeczy jak marsz po mleko o trzeciej nad ranem, gotowanie wody, wyparzanie smoczków, butelek etc. , kiedy na dworze mróz i wichry, (komu by się chciało?!), przez zmartwienia czy jest kurtka na zimę, ciepłe buty i szal, do grubych tematów jak wychowanie, tłumaczenie życia, długie rozmowy i stworzenie pełnowartościowego człowieka. I chcieć klocki ułożyć o 20:00 też się musi chcieć. Czytać piąty raz ten sam wiersz na dobranoc, ma się chcieć. Naciskać przycisk play przy ulubionej piosence do usranej śmierci, aż flaki nam się wywracają do góry nogami – MA SIĘ CHCIEĆ. I już.
  5. Zaczęłam myśleć o przyszłości. Mało tego zaczęłam odkładać pieniądze na jakiś dziwnych lokatach, ubezpieczeniach, w skarpetach , zakopując złote monety pod brzozą trzy kroki na północ niemalże. Każda decyzja okraszona dużym wysiłkiem i naruszeniem budżetu dziś jest tłumaczona tym co dostaną dzieci w przyszłości. Nigdy nie myślałam o życiu w ten sposób. Nigdy nie układałam planu aż po grób, żeby zabezpieczyć co się da. Liczyło się tu i teraz. Obecnie wartość ma też tam i później.
  6. Szacunek do własnej matki wystrzelił w kosmos pierdyliony razy. Przed Krystyną też ją kochałam nad życie, ale po Krystynie to bardzo świadoma miłość. Jako, że całe życie byłyśmy we dwie nie było łatwo, ale nigdy tego nie odczułam. Nigdy nie czułam się gorzej niż dzieci, które miały pełny dom i wszystkie jego udogodnienia zaczynając od kolonii za granicą w podstawówce, komputera w liceum i ojca. O ironio. Przekładając obecne obowiązki rodzica jakie mam, ilość zmartwień i trosk płynących z wychowania własnego dziecka, na życie, jakie miała ona będąc singlem z mikro pensją, to nic tylko zęby zbierać z podziwu, że dała radę. Sama została bez rodziców w wieku 27 lat. To mój wiek, tamten czas tylko w mojej bajce. To jak żyję wydaje się być bułką z masłem bez cholesterolu.  Piona Mamo. Dzięki.
  7. Człowiek bardzo życiowo mądrzeje. Wewnętrznie duchowo nadaje wydarzeniom głęboki sens, ale i merytorycznie czyta więcej, dowiaduje się i dokształca. Jakoś automatycznie przychodzi.
  8. Lęk i zmartwienie czy wszystko będzie dobrze i czy za zakrętem nie czeka na nas niemiła niespodzianka powinnam wytatuować sobie na czole. Dostałam ekstra moc, Matka Polka Umartwiona. Nie jestem w stanie się tego pozbyć i podejrzewam, że z tym pomrę.
  9. Przetasowałam zupełnie nieświadomie grono znajomych. Tak, skurczyło się jak wełniany sweter uprany w 90. stopniach.  Pamiętam, jak mnie to początkowo bolało i jak hiena histerycznie walczyłam o kontakt, zainteresowanie i brak wykluczenia. W pewnym momencie odpuściłam i po dwóch latach z pełną odpowiedzialnością mogę napisać: jest mi z tych cholernie dobrze i czuję wewnętrzny spokój. Kto miał zostać – został.
  10. Stworzyłam rodzinę. Życie kołem się toczy. Wszystko nabrało sensu. Nie chciałabym się zamienić na to, jakie miałam, chociaż czasem głośno narzekam, że za nim tęsknię. Bo tęsknię, na godzinę, dwie. Moje przedsiębiorstwo zmieniło charakter funkcjonowania, a ja czuje się prywatnie spełnionym człowiekiem.

Macierzyństwo – chyba byłabym w stanie polecić. Bywa ciężko, ale hamak zawieszony w ogrodzie „niby dla dzieci” wynagradza wiele. I kolorowe plastry z Garfieldem można kupować, Nutellę jeść paluchem, wchodzić na drabinki w Fikolandzie, kupować balony z helem… żyć nie umierać, prawda?

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

16 komentarzy

  • ~Kasia

    03.11.2015 at 14:04 Odpowiedz

    Zgadzam sie co do punktu. Zatrzymałam się przy 9. Myślałam, że tylko ja tak miałam. Myślałam po pierwsze, że stanę się domatorką, ciężką do odciągnięcia od malca. A tu się okazało, że ja znalazłam czas zawsze, a inni dla mnie bardzo rzadko mimo, że starałam się dostosowywać. I wyszło jak wyszło, zostało małe grono gotowe na wszystko. Poza tym wszystkim co napisałaś, macierzyństwo nauczyło mnie lepszego gospodarowania czasem i delegacji zadań. Mimo, że sama wszystko zrobię lepiej 😛 chętnie daję zadania mężowi, zostawiam chłopaków samych itp.
    Świetny tekst jak zawsze 🙂

  • ~aniaa

    03.11.2015 at 21:53 Odpowiedz

    Tekst jak zawsze poruszający.
    Pytanie z innej beczki – jak idą postępy nad książką? Czekam i czekam 🙂

  • ~Alex

    03.11.2015 at 23:32 Odpowiedz

    Blog przeczytałam od deski do deski! Facebook, instagram.. nie mogę oderwać wzroku od Twoich tekstów Mamo Rysiowa! Chciałabym być mama taka jak Ty!
    A co do książki, to również bardzo czekam!

    Gorąco pozdrawiam!

  • ~PamPam

    04.11.2015 at 08:16 Odpowiedz

    Uwielbiam! Piona dla mamy 🙂

  • ~Ania

    04.11.2015 at 11:43 Odpowiedz

    Jak zwykle czy ta się z przyjemnością

  • ~Majówa

    04.11.2015 at 15:46 Odpowiedz

    Whyyy? Przeczytałam wszystko od początku i kufa dotarłam do teraźniejszości. I teraz będę musiała czekać żeby poczytać jeszcze. Chcę jeszcze. Pisz Matko dużo. I z chujami wacławami, dla czytelności przekazu.

  • ~pastelowe dekoracje

    04.11.2015 at 16:43 Odpowiedz

    selekcja znajomych to fakt, ale nie warto się przejmować, jedni odchodzą a na ich miejsce często zawieramy nowe lepsze znajomości

  • ~danah20

    05.11.2015 at 12:56 Odpowiedz

    Zajebisty początek bloga:) bajka ,super ironiczne uwagi świetny styl i przy kurwienie w idealnych momentach 🙂 w sumie dodanie do ulubionych było normą ,bo chciało się to czytać:) po dwóch -trzech miesiącach niebytu (mojego……praca,praca,praca) …no cuz wielkie rozczarowanie mono temat/ co mi to dało póki się nie zesrało/….wielkie łzy o przemijaniu ,zachowaniu wspomnień ,archiwizowaniu ujęć z życia dziecka 🙁 miało być z jajem i naturalnie a wychodzi glina z dodatkiem łez w prowincjonalnym sraczu:((((((( ja wiem , rozumiem blog o dziecku o wychowaniu dorastaniu …..ale można było zajebiście bez schematów ideologii , sentymentów tak jak się zaczęło z jajem bez kompromisów ,normalne życie ,fajnie opisane ,twarde i chujowe:( takie jakie jest na co dzień:( podsumowując fajnie się czytało , ale się zesrało 🙂 pozdrawiam D.H

    • ~iva

      05.11.2015 at 14:09 Odpowiedz

      A może kobieta chciała pokazać jaką jest zajebistą matką (taką normalną, zwyczajną) , a z czasem zaczęła i tak wyciekać natura matki-polki. Niby wszystko spoko, ale jak ktoś wyrazi inne zdanie od oczekiwanego już hejter. Tu kurwy soczyste,luz i ta codzienność jak wszędzie, a z drugiej strony zalatuje terrorem laktacyjnym i spotkaniami niby nieidealnych matek-blogerek aby rozmawiać o dzieciach zapijając driny. Faktycznie czasem człowiek się gubi.

      • ~lola

        05.11.2015 at 23:15 Odpowiedz

        Zgadzam się w 100% z danah. Od dawna czytam tego bloga „w ukryciu” bo czytało go się przyjemnie. Niestety czytało. Początki super, miałam wrażenie są normalne kobiety matki i co i jajco. Z czasem mamo Krystyny stały się flaki z olejem, masło maślane aż się cofa:(A szkoda, na prawdę. Czasami mam wrażenie, że starasz się oszukać sama siebie zachwalając swoją rolę. Gdzie jesteś Ty w tym wszystkim? Gdzie życie poza matkowaniem, praca zawodowa?Smutne to.

        • ~Magda

          29.11.2015 at 11:57 Odpowiedz

          To nie czytajcie i nara! Blog super, ze wszystkim się zgadzam, pod wszystkim się podpisuję, jako matka czuję tak samo. Dziecko wiele uczy

  • ~Paulina

    06.11.2015 at 12:09 Odpowiedz

    Jak zwykle czyta się z przyjemnością 🙂

  • ~Karolka

    06.11.2015 at 15:10 Odpowiedz

    Może i próbuje oszukać siebie czasami bo mimo wszystko nie jest to tylko usłane różami. Jednak czy spełnienie kobiety to musi być praca zawodowa? Czy bycie matką już nie wystarcza? Odkąd skończyłam liceum pracowałam, studiowałam. Później przeprowadziłam się do nowego miasta, do niemęża. Super praca, rozwijałam się świetnie. Po 2 latach pracy zostałam kierownikiem. Wszystko pięknie. I wtedy na świecie pojawiła się Córka. Ja oszukałam się wtedy, że zostawienie jej w domu po 4 miesiącach macierzyńskiego (szef nie mógł się mnie doczekać i błagał bym szybciej wróciła) nie będzie czymś złym bo Ja także się liczę, a nie tylko pieluchy. I co? 11 miesięcy pracy, pierwsze 3 prawie ciągle po 12 godzin bo to nie było wcześniej robione, bo analizy trzeba zrobić, bo siamto. Dziecko z teściową bo niemąż w pracy także. Aż wreszcie szefowi się znudziłam i co? I gówno. Zgnoił, zmieszał z błotem, kazał harować jeszcze więcej (no hello ile w takim razie?). Dlatego postanowiliśmy pomyśleć o kolejnym dziecku. I co? I od 3 miesiąca ciąży byłam na zwolnieniu (wiem, ciąża nie choroba, ale po tak długim czasie kiedy moja pierworodna nie widziała praktycznie mamusi całymi dniami musiałam jej to wynagrodzić), teraz od roku jestem na macierzyńskim i nie mam zamiaru zostawiać dziecka więc idę na wychowawczy. I wreszcie się spełniam z córeczką i synkiem. Mam czas by dać buziaka, poczytać bajkę by pozwolić córce pomóc mi mimo, że obiad będziemy wtedy robić 2 godziny dłużej. Mam czas iść na spacer, porozmawiać z sąsiadami, zabrać dzieci na basen lub po prostu na plac zabaw. A jak czasem brakuje mi tej adrenaliny wspinania się po drabinie kariery zawodowej zajeżdżam na chwilę do pracy i rozmawiam z koleżankami z biurka obok kiedyś mojego. I kiedy widzę jak jedna zarabia na wypłatę dla opiekunki, drugiej dzieci siedzą od 7 do 17 w przedszkolu, trzecia męża nie widuje bo na popołudnie on ma ona na rano – to ciesze się, że z Tej drabiny spadłam na sam dół, bo po drabinie „jestem z dzieckiem w domu i dobrze mi z tym” wspina się wcale nie łatwiej, ale o wiele przyjemniej. I jeszcze z rok i zamierzamy jeszcze bardziej powiększyć szczebelki tej drabiny.

  • ~Agata

    09.11.2015 at 08:03 Odpowiedz

    U mnie matka byla zawsze nr 1 ale tak, moje dziecko uswiadomilo mi jakim kozakiem jest moja mama!
    Co do kontaktów towarzyskich zauważyłam że ja nie byłam w ciąży tylko tredowata, ot wszystko się wyjaśniło. Przeciez ta choroba zaraza więc wspólne wyjście do kina czy na pizze absolutnie nie wchodzi w gre. A niech sie bujaja frajerzy!

  • ~Paulina

    09.11.2015 at 19:38 Odpowiedz

    Świetny tekst! Przeczytałam jednym tchem. Pod zdecydowaną większością mogłabym się podpisac obiema rękoma! 🙂
    Pamiętam jak wszyscy mi powtarzali, że „dziecko wszystko zmienia”. Jakoś nigdy te słowa mnie nie ruszłąy, nie bardzo je rozumiałam. Dopiero narodziny mojego Synusia pozwoliły mi zrozumieć o co chodziło. To banał, ale prawdziwy- dziecko zmienia wszystko. Przewartościowuje cały świat. Zmienia na lepsze. Kocham być mamą 🙂

  • ~Ola

    13.12.2015 at 22:58 Odpowiedz

    Kocham Twój blog Mamo Rysiowa ! 🙂 Wszystkie punkty oprócz pkt.2 opisują moje życie. Nie wyszło nam z partnerem. Tak jak byliśmy w sobie szaleńczo zakochani, tak w którymś etapie ciąży zaczęło się psuć. Było do dupy. Mam nadzieję, że nasz Syn nie będzie miał nam za złe, bo jednak jestem zdania, że dziecko będzie szczęśliwsze z szczęśliwymi rodzicami żyjącymi osobno, niż z nieszczęśliwymi żyjącymi razem.

Post a Comment