Dziecko negocjator.

Dziecko negocjator.

Ile razy dziecko ratowało wasz związek?  Ile razy ocaliliście waszą dwójkę tylko dlatego, że z tyłu głowy tłukła się nieprzerwana myśl: Dzieci! Przecież mamy dzieci! Ochłoń, przemyśl, spróbuj jeszcze raz.

Kto jest w związku ten chyba wie, że mimo wszelkiego przywiązania i szczerej, głębokiej miłości ludzie potrafią wylać na siebie wiadro pomyj. Od tak. Głupie to , przecież wiedzą, że tak nie myślą a jednak brną w związkową kupę dźgając siebie ostrymi słowami. Liczą kto komu zada mocniejszy cios. Później zapędzają się w kozi róg. No bo jak się przyznać, że przesadziłem, że wcale nie myślę, że jest wredna suka albo jak mu wyjaśnić, że jednak nie potrzebuję żadnych zmian i że tak naprawdę nie chce szukać nowego męża.

Różnica między związkami  bezdzietnych a dzieciatych polega na tym, że te bezdzietne szybciej się poddają. Nie raz widziałam pary rozstające się po niedomówieniu wierząc, że był to powód na śmierć i życie, który nie pozwolił dalej jechać na jednym rowerze. Te pary po latach wracały wspomnieniami do swoich „wielkich” problemów i śmiały się w głos na zmianę płacząc, plując sobie w brodę, że jest za późno na powroty a tyle zmarnowali.  Bzdury tak łatwo wyprowadzają ludzi na manowce. True story.

Dziecko = odpowiedzialność. Oprócz czystych ubrań i pełnej michy przydałby się jeszcze komfort psychiczny. Komfort w postaci stałego domu, własnego konta, zainteresowania, poświęconego czasu  i przywilej posiadania mamy i taty. I gdy tak patrzę na siebie i to jak mnie Krystyna zmieniła mogę stwierdzić, że lata temu już dawno rzuciłabym wszystkim w piździec. Myślałam, że jako kobieta wyzwolona mogę wszystko sama i żaden facet warunków stawiał mi nie będzie. Tymczasem dziecko schowało naturę krnąbrnej wojowniczki do szafy i wyłuskało techniki negocjacyjne. Młoda nie zmieniła charakteru oczywiście, który razem z ojcowym potrafi się nieźle zatrzeć (lecą pioruny ogniste, siarczyste) ale na pewno nauczyła racjonalniej podchodzić do spraw, do życia, nie wyolbrzymiać i nie podejmować pochopnych decyzji.

Tu się nie ma czego wstydzić:  otóż tak kłócę się bo różnica zdań moja i ojca czasem przerasta moje bardzo skromne pokłady równowagi. Ale na pewno nie tak łatwo/głupio przyszłoby mi podjąć decyzję, że walę wszystko, pakuje worek gaci na kij i spierdalam. Jak najdalej. Szukać szczęścia, przygód i samej siebie.

W sumie muszę dziecku podać rękę i potrząsnąć. Stałam się przy niej mądrzejsza. Zdystansowałam się. Przewartościowałam pojęcia „problem” , „nie dam rady” i „mam dosyć”. I chociaż zdaję sobie sprawę, że nie każdy związek można uratować, mało tego nie każdy powinien być ratowany (np. dla dobra dzieci) to mój ma się świetnie i trzyma się mocno właśnie dzięki sile rodzicielstwa. Jestem skłonna nazwać moje niemówiące jeszcze dziecko, które właśnie ciućka sznurowadło mamowego trampka, że w całej swojej nieświadomości jest najlepszym negocjatorem na świecie.

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

7 komentarzy

  • ~Emilia

    23.09.2014 at 14:56 Odpowiedz

    Zgadzam się! Ale muszę dodać, że niekiedy dziecko potrafi uzmysłowić, że „partner: jest niereformowalny (na przykład jak wyzywa niemowlaka od głupich ch.jów jak ząbkuje) i niezależnie co by się działo i tak się nie zmieni, więc czas się zwijać. By dziecko nie stało się wariatem.

  • ~mimbla

    23.09.2014 at 16:45 Odpowiedz

    Oby tylko nie przesadzić i nie zrobić z dzieci zakładników związku. Mam nadzieję, że minęły już czasy,kiedy „dla dobra dzieci ” dwoje ludzi męczył się ze sobą… Zresztą, nie wierzę w to, że dzieci w takim związku nie odczują fałszu. Jest takie posiedzenie: „Szczęśliwi ludzie wychowujących szczęśliwe dzieci ” i to jest prawda.

    • Mama Rysiowa

      23.09.2014 at 16:49 Odpowiedz

      No właśnie dlatego wspomniałam o związkach, których ratować się nie powinno. Nie pisałam o skrajnościach gdzie oczywistym jest rozpad dla dobra zdrowia psychicznego wszystkich uczestników. Pisałam o tym ile ciężej, dłużej człowiek podejmuje decyzje na tak lub nie i ile więcej aspektów rozważa. Najważniejszym jest znaleźć ten przeważający i zastanowić się czy jest to argument na „za” czy na „przeciw”.

  • ~mimbla

    23.09.2014 at 18:28 Odpowiedz

    Ok,ok…. Przecież wiem

  • ~lavinka

    23.09.2014 at 23:22 Odpowiedz

    Czasami zastanawiam się, czy byłabym jeszcze z Niemałżem, gdyby nie dziecko. Ja byłam jednym z głównych powodów rozstania rodziców. Nie podołali. Taki gwóźdź do trumny. U nas jest odwrotnie, nadmiar problemów okołodzieciowych zbliżył nas jako towarzyszy niedoli. Nikt nie jest idealny, czasem mam ochotę rzucić to wszystko i wyjechać, ale jak odsapnę, odetchnę, wraca moja miłość do tej zwariowanej dwójki. Jego i jej 🙂

  • ~Heńkowa

    24.09.2014 at 20:30 Odpowiedz

    Kiedy byłam w ciąży stwierdziłam stanowczo brak możliwości jakiejkolwiek współpracy z tym mym pożałowania godnym ślubnym. Decyzja była podjęta tylko się mignął i wyjechał. Wrócił tuż przed porodem jakoś było tzn tak jak z obcym… Urodził się Syn okazało się że jest chory. Pochłonęła mnie walka o jego zdrowie. Tak jakoś pozwoliłam aby został, ten Niby Mąż, przy mnie w tym niby małżeństwie. Jestem od tego czasu w trwaniu. Kochając Syna

  • ~Justyna

    25.09.2014 at 13:01 Odpowiedz

    Coraz bardziej Cie lubie:)

    Rozglądam sie po blogowym podwórku. Ty teraz w Łodzi czy w Lublinie?

Post a Comment