Dom wolnostojący.

Dom wolnostojący.

Cieszę się, że mam dom wolnostojący. Taki, który nie stoi ścianą w ścianę z innym domem, ani nie nasłuchuje cegłami życia  sąsiadów.

 

Cieszę się, że  mieszkam daleko od problemów blokowych, bo im dłużej tak siedzę na trawie własnej, chociaż strasznie przerzedzonej, wychudzonej i często nie zielonej a szarej, to wiem, że warto było odejść od miejskiej komitywy.

 

Nic odkrywczego wam nie powiem, bo to, że dom dobrze mieć, chociaż nie wiem jak mały, jak wątły, jak nieocieplony, brzydki, to warto. Oprócz plusów związanych ze swobodą bycia po prostu, są bowiem jeszcze te związane z matkowaniem i za te wielbić podmiejską szarzyznę najmocniej mi przychodzi.

 

Otóż.

 

Po latach obserwacji stwierdzam, że wychowanie jest trudne wcale nie dlatego, że nie potrafimy, albo  nie chcemy próbować się nauczyć. Wcale nie dlatego, że trudno przewidzieć, zaplanować i okiełznać bośmy słabi, niecierpliwi i niewierni obietnicom  naszych dzieci. Że od jutra się zmienią, a od za tygodnia dojrzeją, Mamo.

                                                      

           

Chuja tam.

Że tak po swojemu napiszę.

Nigdy już nie dam sobie wmówić, że mam trudności.

Trudności to ma moje otoczenie.

 

Wychowanie jest, no jest i co zrobisz, jazdą na rowerze bez siodła i zawekowanym na amen słojem ogórków z lata 2015, których nie ma jak odkręcić, a potrzebne są  jak nic innego – racja! Ale nic tak nie potęguje uczucia beznadziei  własnej, uczucia przegranej i trudności w byciu rozsądnym rodzicem  jak INNI LUDZIE. I ich presje, depresje i mózgowa sraczka. Oczekiwanie bycia zorientowanym w świecie. Posłusznym społecznie. Oddanym wiernie kulturze  ciszy nocnej po 22:00. Więc kiedy moje zaczynały płakać w  mieszkaniu na piętrze trzecim,  napinałam się jak żyłka na szczupaku i tak się gięłam, aż mi pąsy na szyi wychodziły. Wybroczyny dziwne. Wywlekałam się na lewo niemalże, żeby tylko Dumy Braci Spółdzielnianych nie urazić i w ciszy młodzież układać.

 

Co za bzdura. B z d u r a.

 

A teraz jestem w  mizernej chacie na końcu świata w której dzieci żyją.  Krzyczą. Piszczą. Płaczą. Wymuszają. Naciskają. BO DZIECI TAK ROBIĄ  #UŚWIADOMTOSOBIESOBIE. A ja mogę do woli ignorować, nie reagować, czekać z nimi te ciężkie epizody. „W domach z betonu nie ma wolnej miłości” przecież, ale o tym ktoś już kiedyś zaśpiewał. I znowu nic odkrywczego. Na wsi zachowuję się naturalnie i jedyne z czym walczę to trening własnej cierpliwości. Nie sąsiedzkiej.

 

Zmierzając do brzegu, bo nie jest to wbrew pozorom oferta kupna nieruchomości, wszystko wychodzi wam super, znacie się. Idzie wam świetnie. Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej i  nie zmuszajcie się  dogadzając na siłę potrzebom obcych ludzi.

 

Peace.

fot. Agata Kosmalska Fotografia

 

 

 

 

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook428Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

8 komentarzy

  • Kinga Skowrońska

    29.03.2018 at 09:36 Odpowiedz

    Jestem dzieckiem wychowanym w domu na wsi. Miałam wspaniałe dzieciństwo, pełne pościeranych kolan, poparzeń pokrzywą, baz i domków uwitych „na chwilę” gdzieś u kogoś w stodole, w krzakach, w ogrodzie. Jestem dzieckiem, które zbierało ziemniaki, truskawki, jajka bezpośrednio z kurnika, dbało z Babcią o ogródek i całymi dniami biegało po dworze. Pamiętam jak jechałam na wozie pełnym ziaren żyta czy pszenicy i bosymi stopami zapadałam się w ziarna. Kocham to miejsce i kocham mój dom, mój ogród i ten spokój. Bez spiny, bez „co ludzie powiedzą” bez ograniczeń. Żyję tu spokojniej niż żyje się w mieście w wielkim bloku gdzie każdy udaje że nie zna sąsiada. I dla moich dzieci będę chciała właśnie takiego dzieciństwa i tak je wychowam, by mogły kiedyś powiedzieć to co ja teraz – Mamo, Tato DZIĘKUJĘ!

  • Bea

    03.04.2018 at 22:48 Odpowiedz

    Och, jaka prawda. Ja raczej z tych bezdzietnych, co im żyłka wychodziła jak cudze dziecko ryczało za ścianą i dlatego musiałam się wyprowadzić do domu wolnostojącego. Śmierć bliźniakom i szeregówkom!

  • Krystian

    04.04.2018 at 09:47 Odpowiedz

    „nic tak nie potęguje uczucia beznadziei własnej, uczucia przegranej i trudności w byciu rozsądnym rodzicem jak INNI LUDZIE. I ich presje, depresje i mózgowa sraczka. Oczekiwanie bycia zorientowanym w świecie. Posłusznym społecznie. Oddanym wiernie kulturze ciszy nocnej po 22:00” – Matko Krystyno – aj lov ju bez kitu.

  • michal221

    04.04.2018 at 12:56 Odpowiedz

    Bardzo interesujący wpis.

  • jozef-kz

    23.04.2018 at 10:44 Odpowiedz

    True story, właśnie się pryzgotowywuje się do przeprowadzki 😛

  • Szarasia

    25.04.2018 at 11:13 Odpowiedz

    Prawda li to.
    Ja co rpawda wychowana w bloku. I wychowuję w bloku, ale marzy mi się. Oj MARZY MI SIĘ malutki domek, dzieciaki na trawie, biegający kundelek i od czasu do czasu przychodzące na żebry koty.
    I cel swój osiągnę. prędzej czy później.
    Ale zazdroszczę.
    Zazdroszczę tej, wydawać by się mogło, małej, ale jakiej wolności.

  • Janka

    21.05.2018 at 21:48 Odpowiedz

    Racja, lepiej mieszka się w domu wolno stojącym. Mam porównanie, ponieważ całe życie mieszkałam w domu, a obecnie w bloku i przyznam, że wielu rzeczy mi brakuje. Przede wszystkim miejsca, podwórka i wiele więcej.

  • mariusz_kuch

    24.05.2018 at 08:53 Odpowiedz

    Nawet nie wiecie jak wam zazdroszczę, ja muszę się męczyć w bloku 🙁

Post a Comment