Dokąd zmierza moje życie – turbo konkurs z nagrodami!

Dokąd zmierza moje życie – turbo konkurs z nagrodami!

Wyjechałam kiedyś do Mielna, co niszczy. Dokładnie w 2010 roku wyjechałam, czyli dobry Jezu strasznie dawno jakby, biorąc pod uwagę kończący się 2018 rok, kilka nowych zmarszczek pod oczami i dwa kredyty hipoteczne, których wtedy nie było. Nawet myśli o zostawieniu matki jeszcze nie było, takich jakby odważnych, w sensie gniazda opuszczenia, obiadów odstawienia i źródła pożyczania pieniędzy zostawienia ( Jan Kochanowski odstawił właśnie kanapkę z ogórkiem na porcelanowy talerzyk,  spuścił okulary na czubek nosa i zaczął słuchać uważniej).

 

 Z wyjazdu pamiętam maksymalnie cztery godziny. Ciężko mi się więc wypowiedzieć jak jest w Mielnie. Niewiele widziałam, a może i widziałam, ale jak wspomniałam – zapomniałam. To jest taka trochę choroba filipińska, sami rozumiecie. Schorzenie mieleńskie. Z elementów, które mi w głowie zostały to na pewno: a) widok kolegi wyłaniającego się wczesnym rankiem zza poły namiotu, na której znalazły się psie fekalia (skąd?), b) spalona twarz drugiego gościa, który zasłaniając chustką czoło od słońca odsłaniał policzki, doprowadzając tym samym do poważnie zabawnej sytuacji, w której gęba jego wyglądała, jak polska flaga w zabłąkanych rękach Rysia Kalisza, no i c) obecność w mało dystyngowanym klubie – „Disco Plaza”, też jak przez mgłę pamiętam. Właściwie tylko wejście. Wyjścia jak już pewnie wiecie – w percepcji mojej po prostu nigdy nie było.  Time travelling, rok 2010.

 

Pomyślałam sobie, – no, słabo jakby. W Twoim wieku Steve Jobs montował pewnie pierwszego iPhona przy pomocy łyżeczki i sznurka, a Hawking napisał już dwadzieścia osiem tomów o grawitacji kwantowej. Ty? Właśnie zastanawiasz się skąd psia kupa na namiocie kolegi. Czujecie klimat? Gdzie dorosłość? Gdzie poważne tematy?

 

Po powrocie z Mielna, dokładnie dwa lata później, na tapecie pojawił się Grzegorz, który miał właśnie w życie wprowadzić spokój i stateczność. Wybudować jakiś taki port na dosyć chwiejnym morzu. Do pewnego momentu nawet sprawiał dobre wrażenie. Zabierał na ciepłe zupy, dostarczał gorący chleb i czesał się na bok przy poważnych, szylkretowych okularach. Że niby odpowiedzialny, mądry. Jak bum cyk-cyk, uwierzyłam tej podstępnej gnidzie. Zawierzyłam. Oddałam swoje bytowanie w poważne ręce jakiejś męskiej dorosłości i pomału myślałam jak napisać własną rozprawę o osobliwości w ramach ogólnej teorii względności.

 

Do momentu, kiedy mnie pewną zimową nocą drań nie wepchnął w żywopłot pod maminym blokiem i nie podarł rękawa, całego z pierza, w kurtce za tryliardy marsjańskich monet. Wiecie, ja myślałam, że życie spokojne złapałam za kostki, że koniec picia wódki z gwinta, że spokój, a tu oto, leżę z girami w górze, nogi w procę, a zza hałd zimowych pierzyn i oskubanych z liści Ligustra Pospolitego wystają kozaki ze startym flekiem. Gracja.

 

Leżąc na pośniegowym błocie, w towarzystwie zamarzniętego chleba dla gołębi, dotarło do mnie mocno, że dorosłość, której się spodziewałam po poważnych filmach z Meryl Streep, no raczej mi się nie przydarzy. Nawet przy boku Grześka. Że głowy mi nikt nie umyje z metalowego dzbanka na afrykańskich sawannach, jak Robert Redford w „Pożegnaniu z Afryką”. Prędzej wrzuci mnie do rzeki razem z butelką szamponu, lub pozbawi brwi woskiem we śnie. Dla jaj. Bez znaczenia, że jesteśmy rodzicami dwójki dzieci, chadzamy na zebrania i udzielamy się w grupie tanecznej „Ruchliwe Bąble”. „Bez brwi” to my uznaliśmy z Grześkiem już dawno, że będzie zabawne niezależnie od sytuacji życiowej i statusu społecznego i że sobie kiedyś strzelimy psikusa niepostrzeżenie. Od tej pory sypiamy nerwowo.

 

Rozumiecie już? Na tamtym mrozie, zrozumiałam, że moje życie ma być ciasne od wyzwań, doświadczeń i eksperymentów. Ma być mało poważne, bo od powagi pogłębiają się zmarszczki i smutki. Kiedy zadzwonili do mnie stateczni i zrównoważeni ludzie od PR-u z T-Mobile, że „ej może byśmy coś razem Michalina, bo ty to jesteś i w ogóle”, to ja jak zwykle, że „po co, że ja to nie jestem wcale, że może lepiej inni niech piszą, albo coś tam robią dziwnego”, – no bo co to za wyzwanie, pomyślałam sobie, – napisać pean na cześć – żadne. Tak im powiedziałam.  A później stanął za plecami memi, z pętem kiełbasy w ręku i w ręczniku mokrym, opartym jedynie na… biodrach, Stary, i przeżuwając w ten czas mięso, kiedy mną wątpliwości miotały jak szatan, oznajmił z lekką nutką dekadencji, że – Michalina, ty to w ogóle analizowałaś? Przecież to jest o nas. Ta oferta jest o nas.

 

 Dzisiaj więc w formie wyzwania, godząc się porównać sytuację rodzinną, własną, do oferty T-Mobile dla rodzin, pod warunkiem, że napiszę bez cenzury i oni mi nic nie wyrzucają, bo że niby „nie pasuje do brandu”, opowiem wam trzy historie o nas. Trzy! With no make-up. Mało tego – ogłaszam konkurs dla tych, którzy dojdą do końca elaboratu, w którym zgarnąć można moją prywatną książkę, ściągniętą z prywatnej półki, podpisaną przez autorkę, czyli, że mnie, a co, ciekawe planszówki „Dixit” pogłębiające niewybredne zdanie o własnej rodzinie i co najważniejsze, dla tych co piszą do szuflady lub na blogach, o których nikt nie wie, a o których wiedzieć powinni wszyscy – możliwość publikacji własnego tekstu na moim blogu razem z pełnym podlinkowaniem do źródła, na socialach Krystyno, nie denerwuj matki. Boże, ale rozmach.

 

No to co, uwaga, jadę. Skupcie się. Historie przytoczone zdarzyły się naprawdę i raczej nie powtarzajcie ich w domu. Do ich zadziania potrzebny jest mąż jak mój.

 

Porównanie pierwsze: Najbardziej elastyczna oferta na rynku, w której numery można dołączać i odłączać w dowolnym momencie.

 

No i spoko. Pamiętacie historię ze śmieciami i Starym, który nie wiedział o co mi chodzi? Pozwolę sobie przytoczyć, bo to taka mała kwintesencja grzesiowości, a już na pewno podejścia jego do dorosłości. Przypominam jedynie, zanim popłynę we wspomnieniach, że Grzesiek miał być tym gościem wyciągającym mnie z głupich pomysłów i tym pamiętającym o przeglądzie auta raz w roku. Tym czasem, borem lasem, idę kiedyś do sklepu po bułkę i serek, – trzy pięćdziesiąt – mówi pani w katanie w kratę, – kartą! rzucam do niej pewnie, wręcz butnie. – Transakcja odrzucona – nadaje tamta zza lady. Kolana mnie miękną na trzy cztery, bo jak to odrzucona, Chryste Panie i najświętsza rodzino, okradli mnie przestępcy. Pin pokradli, czy co to się tam teraz wyprawia na kryminalnym podwórku. Miałam dużo, pamiętam. Teraz nie mam nic? Już chciałam się popłakać klasycznie, na policję dzwonić, trochę się umartwić, gdzie są moje pieniądze za las, kiedy okazało się, że konto martwe, ponieważ zajęte przez komornika. KOMORNIKA! Mało tego, zbanowane, bowiem małżonek zapomniał przez dwa lata, D W A  L A T A , że trzeba płacić za śmieci. No doprawdy.

 

Tzn. on myślał chyba, że przyjeżdżają panowie w środy pod nasz dom, zabierają z puszki odpady i nie wiem, zawożą do siebie do domu w ramach aktywności kolekcjonerskich. Cieszą się wręcz, że mogą od nas wziąć i na nas popatrzeć, jak im w oknie machamy w pluszowych szlafrokach. Oni się uśmiechają do nas, my się uśmiechamy do nich i tak, dobrocią, d o b r o ci ą,  spłacamy długi miastu.

 

 Zapytany więc o sprawę tonem moim wyraźnie pobudzonym, gdzieniegdzie nieładnym, z łacińskimi wsadami, namawiającym do słownej, małżeńskiej potyczki, skwitował jedynie co następuje: – nie podniecaj się tak – oraz – nie wiem o co ci chodzi, a jak wiadomo do „nie wiem o co ci chodzi” to mnie pasuje tylko „o jajco”. Nie mówiliśmy do siebie przez kilka dni, to zrozumiałe.  Teraz w sumie to bym go po prostu odłączyła od reszty numerów, ostentacyjnie i z głowy.

 

Porównanie drugie: Jeden opiekun grupy numerów

 

Czytaj: jeden Janusz do telefonicznych potyczek intelektualnych, liczenia nadpłat, porozumiewania się z bazą w sprawie roamingu, numerów specjalnych i grożenia światu RODO. I to w mojej rodzinie nie jest nic nowego, proszę Państwa. Utożsamiam się, dlatego, że Stary już dawno przejął rolę duchowego przewodnika telefonicznego, kiedy spuszczona z łańcucha ciążowych sieczek, pokłóciłam się ongiś z administratorem osiedla, o dorobienie klucza do klatki.

 

Bożeszty mój, jaka to była zabawna historia, jak sobie tak teraz myślę. Jeden taki pan, wysłannik prl-owskich mocy zarządczych (tj. dwie Grażynki, niebieska płukanka na głowie i kawa w szklance z metalowym koszyczkiem), orędownik dobrej nowiny czynszowej, obrońca buchalterii kluczowej, namiestnik sekretariatu spółdzielni mieszkaniowej, postanowił przyatakować mnie sygnałem domofonu, PO SZÓSTEJ RANO, kilka dni z rzędu. Mnie. M N I E. W zaawansowanej ciąży, z napuchniętymi nogami, nabrzmiałą twarzą, bez wcięcia w talii i na karku, mającą ochotę na przemian: zabić kogoś – kogoś zjeść – iść sikać – leżeć w łóżku – i znowu jeść, maltretował dźwiękiem jak z syntezatora. Więc kiedy się uwiesił na dzwonku, od poniedziałku do środy, szósta piętnaście, dryń! i dzyń! i dzyń! i dryń!, tym samym ściągając finalnie ciało moje umęczone z pościeli kopców, kiedy usłyszał co o tym sądzę, co o nim sądzę i jak zaopatruję się na kolejne tego typu zrywy jeszcze przed rozwiązaniem frustracji brzuchowej, to już więcej nie przyszedł, żeby nie powiedzieć więcej nie widziałam go wcale. Możliwe, że odchodząc płakał. 

 

Grzesia poproszono natomiast telefonicznie o brak kontaktu z mojej strony z kimkolwiek z sekretariatu i absolutne przejęcie tematów administracyjnych. – Mówiłem, żeby jej nie wyprowadzić z równowagi – dodał jedynie spokojnie, ciągnąc gorzkie żale zarządcy. Od tej pory to Stary właśnie załatwia większość i nie tylko administracyjną,  ponieważ ja jestem telefonicznie chwiejna emocjonalnie i się do tego przyznaję. Na opiekuna grupy małżonek nadaje się jak żodyn inny. Żodyn.

 

Porównanie trzecie: Oferta bez limitów. Zero strachu, że skończy się pakiet.

 

Zima, 2012 rok. Najpierw nie grzali w blokach na Dąbrowie w ogóle. Spaliśmy pod pierzyną z gęsich piór, dwoma kocami i splątani jak słuchawki. Teraz parzymy gołe uda o rurę ciepłowniczą każdorazowo, przy dosiadaniu kibla. W mieszkaniu trzydzieści dwa stopnie. Zero równowagi, maryjo. Nudno. Melancholijnie.  Tropikalnie. Natchniony Grzegorz wykonuje więc, metodą ręczną, złoty, piękny trunek o smaku pomarańczy, który w założeniu ma służyć do rodzinnych posiedzeń i degustacji, a faktycznie koloruje nam smutne, mroźne  wieczory, w trakcie których narzekamy na pracę, ludzi spotkanych w miejskich autobusach, ZUS i parujące w cieple okulary.

 

Napój nie był dla dzieci, chyba nie muszę wyjaśniać. Przenosił za to w czasie i wymiarze, sprawiając, że mieliśmy się dobrze. Bardzo dobrze.  Kiedy szarpnięci życiowym zrywem i odwagą, dostarczaną głowie z każdym haustem pomarańczówki, postanowiliśmy zadzwonić do Wróżbity Macieja (TRUE STORY, BRO!), mogliśmy się spodziewać zarówno lekkiego niesmaku moralnego, jak  i rachunku z księżyca. Ale kto by nas nie chciał posłuchać wtedy, kiedy Grześ, tak rozkosznie zapewniał pana z produkcji, że w prawdzie jest pijany, owszem, ale ma prawo znać przyszłość, do jasnej cholery! „Do jasnej cholery” – no jak to nie jest zabawne, to ja już nie wiem co jest.

 

Rozmowy poboczne między nami, odprawiane teatralnym szeptem, również potrzebują rozwinięcia. Wyobraźcie sobie, że odbieracie telefon będąc telefonistą Wróżbity Macieja, prawą ręką Zordona, dokonujecie wstępnej selekcji dzwoniących, słuchając na przemian pytań o wyniki kolonoskopii i dwudziestą ósmą prośbę podania numerów totka, a tam po drugiej stronie takie rzeczy:

 

– zapytaj go, czy to miłość między nami, czy minie…

– ale skąd ona ma wiedzieć, on tylko odebrał telefon…

– to… to nie Maciej?

– no nie.

– Ty, weź mu nic nie mów!

 

Teraz, sześć lat później, porównując swoje małżeństwo do oferty telefonicznej (sick!) zastanawiam się, tak sobie myślę szczerze, że dobry panie w bitej śmietanie, ten gość tam wtedy, on to miał pracę! Całymi dniami odbierał telefon i słuchał pijanych ludzi chcących znać przyszłość. I pomyśleć, że mnie denerwuje mąż w ilości sztuk jeden, wracający jednorazowo z wypadu z kolegami, pytający się dwieście tysięcy razy, zanim padnie, czy ja go właściwie kocham? Taki telefonista to musi mieć nerwy ze stali.

 

Oczywiście dzwonienie do kogokolwiek, kto ma dziwne imię, stawia karty, kamienie, czyta z rosy, wróży z trawy – zawsze skończy się złym rachunkiem, bo to są numery specjalne i  należy się ich wystrzegać, ale historia ta potwierdza jedynie teorię, że dobrze nie mieć limitu na rozmowy telefoniczne w ogóle, bo każdy lubi sobie od czasu do czasu zdrowo po… pogadać.  

 

I teraz uwaga fanfary dla wytrwałych, tekst dobiega końca, na  tapetę wpada konkurs, blichtr i poszanowanie na dzielni. I nie byle jaki konkurs to jest, nie byle jakie nagrody. Ogłaszam:

 

Daj znać, a dokładniej: rozwiń się konkretnie tekstem pisanym, w komentarzu na blogu, na Facebooku, pod zdjęciem odsyłającym do tekstu na Instagramie, drogą mailową w załączniku, o ile planujesz popełnić powieść, inne formy kontaktu, opowiadając swoją historię domową, która pasuje do wspomnianych wyżej założeń nowej oferty rodzinnej, a ja razem z T-Mobile wybiorę najlepszy tekst, który dzięki swojej zajebistości zostanie opublikowany na moim blogu i pełnoprawnie podlinkowany na kanałach Krystyno, nie denerwuj matki.

W sensie najlepsza odpowiedź. I nie ukrywam, że chciałabym parsknąć śmiechem, bo moi czytelnicy mają do siebie ogromny dystans. Parafrazując – to jest dobry moment, żeby pośmiać się z własnego Starego lub własnej Starej i jeszcze zgarnąć nagrody.

 

Oto co możecie zgarnąć za wspólną, dobrą mam nadzieję, zabawę:

 

Pierwsze miejsce zgarnia kombo:

Książka „Krystyno, nie denerwuj matki!” z autografem, gra planszowa „Dixit” oraz last but not least: publikacja tekstu w całości na łamach bloga „Krystyno, nie denerwuj matki!”, okraszona pełnoprawnym linkowaniem na socialach tj. Facebook, Instagram.

 

Drugie i trzecie miejsce:

Planszówka „Dixit” – podobno najlepsza na rynku planszówek.

 

Piszesz bloga, a nikt o Tobie nie wie? Czas to zmienić. A może w dOUpie masz blogi, chcesz tylko wygrać Dixit – również zapraszam. Jak się bawić to się bawić.  Sama wygrałam kiedyś bujany fotel w konkursie „Za co kochasz Ryana Goslinga”. Do tej pory nie odebrałam krzesła, ale sam fakt zwycięstwa w kategorii „RYAN” jara okrutnie. 

Regulamin konkursu znajdziecie tutaj <klik>

 

Ja tylko dodam, że bawimy się od 10 października 2018 (środa) do 17 października 2018 (środa) do 23:59, czyli dokładnie tydzień, a wyniki konkursu i laureatów nagród ogłoszę w poniedziałek 22 października w osobnym wpisie. KAŻDA ODPOWIEDŹ POWINNA ZACZYNAĆ SIĘ OD SŁÓW „WYRAŻAM ZGODĘ”, nawiązując dozgody na przetwarzanie danych osobowych. Komentarze konkursowe bez tej zgody nie będą brały udziału w konkursie 🙁

 

 

 

ROZWALCIE SYSTEM!

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook240Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

50 komentarzy

  • Dominika Wendt

    10.10.2018 at 21:41 Odpowiedz

    WYRAŻAM ZGODĘ

    Matko!
    Marzenia me spełniłaś o wywodzie za co wyrzuciłabym Lorda mego z chałupy jak i z oferty rodzinnej. Trzymaj się bo uśmiejesz się jak norka.

    W naszym życiu było kilkanaście sytuacji za co myślałam że gnojka uduszę, oczywiście kiedy mnie podrywał to był idealnym kandydatem na mojego Lorda. Ale do brzegu od początku.

    Akcja numer jeden.
    Na mocno zakrapianej studenckiej imprezie zawlókł mnie do siebie do domu, rano zrobił mi śniadanie a później nie odzywał się przez dwa lata. Po tym czasie jakimś cudem się zeszliśmy i tak się razem bujamy aż do dziś ba! i nawet latorośli się dorobiliśmy chociaż za to też myślałam że go wykastruję.

    Spijaliśmy sobie z dziubków jakiś pierwszy rok. Randeczki, spacerki, winko, bzykanko i imprezki.

    Akcja numer jeden.
    Pierwsza akcja którą mi zaserwował była w klubie. Rzucałam wtedy palenie, obiecywałam że nie zapalę, jego przyjaciel poczęstował mnie fajką ja durna wzięłam i skończyłam z lodem z coolera na łbie, przerzucona przez Lordowe ramię wyprowadzona z klubu i zaprowadzona do domu. Akcja na tym się nie skończyła. Żyła na czole ze złości wyszła wielkości granicy Polski z Rosją myślałam że zagryzę dziada, nie chciałam robić scen więc wskoczyłam pod prysznic. Dziad za mną. Myślałam że chce mnie przeprosić a ten wysmarował mi pysk mydłem, zeszczał mi się na nogi i wystawił za prysznic. Pierwsze brawa.

    Akcja numer dwa.
    Tu wywalenie z oferty rodzinnej jest 50/50
    Kolejny raz mocno zakrapiana impreza. Spotkanie po latach z przyjaciółmi. Bajlando. Impreza się skończyła. Lord chce żreć. Idziemy. Kupuję standardowo kebaba z podwójnym mięsem jak typowy Janusz i już wiem że bzyku nie będzie bo śmierdzi czosnkiem. A chciałam i się wściekłam. I za to schowałam mu portfel z dokumentami. O jego braku zorientował się dopiero w hotelu. Wściekł się, płacz na wierzchu bo kupa hajsów na koncie (zbieraliśmy wtedy na ślub) o 4 nad ranem poszedł szukać dokumentów na miasto. Kiedy wyszedł z pokoju myślałam że umrę ze śmiechu – niech ma! Za ten czosnek! Wrócił, ze łzami w oczach oświadcza że portfela nie ma. Nie wytrzymałam, rzuciłam portfel na łóżko i kazałam na drugi raz pilnować swoich rzeczy(portfel zostawił w budzie z kebabem na ladzie i gdyby nie ja to serio ktoś by mu to zwinął). Co się uśmiałam to moje. Przychodzi ranek. Ja umieram. Kac morderca nie ma serca. Odbija mi się redbullem i wódką. Wiem że umrę. I ja jak ta Januszowa błagam Lorda o pójście po kebaba tym razem dla mnie. Bez słowa poszedł, wrócił za 5 minut z wielkim kebabem. Mówię Boże „może nie pamięta że mu tak odjebałam w nocy?” Zostawił mnie z kebabem i wyszedł „coś załatwić”. Wzięłam gryza i się porzygałam. Najgorszy kebab ever z najgorszej budy z najgorszym starym sosem. Później się przyznał że to za ten portfel kupił mi kebsa z najgorszego miejsca w Poznaniu. A to jego „coś idę załatwić” to było pójście z koleżanką na kawkę. Umarłam jeszcze kilka razy tamtego dnia.

    Akcja numer 3
    Przygotowania do ślubu szły pełną parą. Szał wyboru sukni ślubnej mnie całkowicie pochłonął, dodatkowo praca na pełen etat i Lord stwierdził że trzeba odpocząć. Pojechaliśmy na kilka dni do Alicante. I mnie kutas tam zapłodnił. 3 miesiące przed ślubem. Aplauz na stojąco.

    Akcja numer 4
    Rodzę. Czuję że rozrywa mi dupę. Zaraz umrę. Ujeżdżam piłkę i wyję do księżyca. Lord Małż przychodzi między skurczami pokazać mi „śmieszne filmiki na instagram swoich koleżanek z imprez z prawie gołymi cycami” wycedziłam przez zęby soczyste spierdalaj. Do końca porodu siedział cicho w kącie. Aplauz na stojąco z saltem.

    Wakacyjne akcje 5,6,7,8,9,10
    Samolot. Ja matka upocona z dzieckiem pod jedną pachą i resztą bambetli pod drugą. Nareszcie! Po kilku godzinach lotu jesteśmy w hotelu. Padam na pysk. Lordzio wychodzi z kibla i rzuca „słuchaj moją walizkę też rozpakuj, no co Ci szkodzi?” po czym kładzie się na łóżku i zaczyna oglądać mecz. Salta i „zaraz mu jebnę”.

    Właśnie chyba za to wyrzuciłabym go z oferty rodzinnej ale nie mogę bo on jest od płacenia telefonów 😂 a tak serio kocham gada najbardziej na świecie, bo to jedyny który ze mną wytrzymuje a ja święta nie jestem. A i cały piękny rok naszego związku przesiedzieliśmy tylko na telefonach. Bo ja tu on tam. I coś o gadaniu wiemy.

    • To ja, kosmetykoholiczka :)

      11.10.2018 at 01:32 Odpowiedz

      😂 Umarłam 😂 A tak z ciekawości, gdzie jest najgorsza buda z kebabem w Poznaniu?

  • Wioleta

    10.10.2018 at 21:43 Odpowiedz

    „Wyrazam zgodę”
    Mój narzeczony jest złota rączka jak większość mężczyzn wiec pytam „kochanie może zrobisz mi półkę na moje szpilki żeby mogły ładnie stać a nie walac się pod sterta butów wszystkich domowników”. Zgodził się i następnego dnia zabrał się do roboty. Pólki zrobił i cały dzień układał buty żeby mi było miło. Wracam z pracy szczęśliwa że zobaczę moje szpilki w centralnym miejscu w szafie. Szafy są dwie jedna była zawsze moja i córki na buty i kurtki druga męska. Otwieram swoją szafę szpilek brak !! Pytam gdzie ta półka a on pokazuje mi półkę w szafie męskiej pod kurtkami i nawet gdybym je chciała zobaczyć nie da rady bo są ku… tak schowane jak Dildo przed dziećmi. Dostałam szału a on ALE KOCHANIE PRZECIEZ ICH NIE NOSISZ!!!! Miałam ochotę porąbać cała szafę . Po paru miesiącach mi przeszło mówię ok bądź rozsądną starał się ( wszyscy mi tak mówili). Ostatnio szliśmy do restauracji i chce znaleźć sobie szpilki pod masa kurtek myślę nie denerwuj się …. Ale jak zobaczyłam buty robocze i sprzęt budowlany na moich pięknych nawet raz nie ubranych szpilkach (bo w chuj niewygodne ale piękne) to dostałam takiego ciśnienia i dre mordę co robią twoje robocze buciory na MOJEJ PÓŁCE i jakis sprzęt budowlany cały upieprzony a on ze strachem w oczach i stoickim spokojem odpowiada KOCHANIE TO NIE SPRZĘT TO WYRZYNARKA!!!!!! Myślę zabić teraz czy na śnie….

  • Nela

    10.10.2018 at 23:29 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę… na to aby moja teściowa wypłacała mi comiesięczną rentę.
    Pewnego dnia mój stary, choć nie aż tak stary postanowił zrobić sushi. Brzi dobrze. Pełna nadziei na odrobine luksusu w weekendowy wieczór, stierdziłam nad kubeczkiem whisky,że jednak fajnie mieć faceta z chęcią do zrobienia bądź co bądź trudnego dania. Racząc się drinkiem odebrałam telefon
    – Misia, hit, zrobiłem interes życia! Avokado za 1,99
    – nie no to naprawde mega promocja, a na pewno jest dojrzałe ?
    – tak, no chyba tak.
    – dobra to jemy sushi!
    Jakieś 2 godziny później wchodząc do domu słysze dumny krok,
    „ Kochaniee, łosoś gotowy, algi, sos sojowy, wasabi, zaraz siadamy do jedzenia”
    Tylko powiedz mi avokado ma włoski prawda?
    -WTF?!!!! Włoski ?!
    – no tak skorupke i włoski
    – eeee, no nie
    – no jak nie, jest brązowe, ma skorupke i jest włochate
    – co kur**?
    Mój ukochany zakupił KOKOSA! dowiedziałam się,że skoro coś jest podpisane w markecie jako kokos, automatycznie sie nim staje.
    Dlatego droga mamo starego, renta, dożywotnia, od teraz.

    • MamaRysiowa

      11.10.2018 at 10:52 Odpowiedz

      Walduś Kiepski kupił kiedyś worek kiwi zamiast ziemniaków. Czymś się reżyser inspirował. Czyżby doświadczeniem własnym ? 😉

  • To ja, kosmetykoholiczka :)

    11.10.2018 at 01:09 Odpowiedz

    A mnie zastanawia, czy Jan Kochanowski jadał kanapki z ogórkiem. Ba, czy wtedy w ogóle były kanapki? 😀

    • MamaRysiowa

      11.10.2018 at 10:52 Odpowiedz

      oczywiście! I herbata z cytryną!

  • Karolina

    11.10.2018 at 08:23 Odpowiedz

    Wyrażam zgode na przetwarzanie moich danych osobowych
    Uwaga oferta rodzinna. Na myśl przychodzi mi tylko wielkie neonowe hasło ‚bądź zawsze blisko swoich bliskich’ czy cos takiego.. . Ps. Mozna tu dodawac minki ? Bo az prosi sie o placzącą ze śmiechu mordkę
    Przechodzac do historii. Ja z moim przyszlym wówczas, a obecnie jedynym mężem, kiedy to bylam jak moja mama mawia ‚nieboszczką panną’ wybrałam sie na wakacje z jego kuzynem, zona i nowo narodzoną córka. Nie pytajcie co mną kierowało… strzal w kolano.. ich ciagłe kłótnie, placz, rąbanie telefonu siekierą (tak kobieta w pologu ma serio duzo sily i jeszcze więcej rozwścieczalych hormonow ktore tylko czekają zeby zrobić kaboom). Takze to wszystko dalo nam sie mocno we znaki.. udalo nam sie uciec kiedy gołabeczki spały. Wówczas podreptaliśmy na promenadę (aha, bylismy w Łebie) i spiliśmy sie jak bąki ! Ja, przyszła pedagog piłam w kółeczku ze ślązakami i narzeczonym winiacza, które nosiło dumną nazwę Bycza krew (czy cos w ten deseń). Śpiewaliśmy z przechodniami i ganialismy sie po lesie szukając sami nie wiedzac czego, ale bylo fajnie i romantycznie.. tak mi sie zdawało. Wisienką na torcie były wspaniale świecące diabelskie rogi, które na mą głowę wsadził majestatycznie moj przyszły mąż. Ostatnie co pomyślałam to to, ze to wspanialy człowiek. Jestesmy sobie bliżsi niz kiedykolwiek mimo tych beznadziejnych wakacji. Chce byc z nim na zawsze, rodzic mu dzieci i inne slodkie jak baklawa przełożona chałwą bzdurki. Uwaga to nie koniec. Jak przez mgłe pamiętam powrót.. wiecie dużo moczopednych drinków zrobilo swoje. Oznajmilam lubemu, że musze zarządzic postój. On w sumie tez skorzystał.i gdzieś skręcil, ale mial pilnować czy nikt nie idzie. Wyczailam zarąbiste krzaki.. bo ja naleze do tych mega wstydziochow. Schowalam sie jak sarna na polowaniu. Ciemnica taka, ze ledwo widze swoje buty wiec nikt nic nie zobaczy. Załatwie co trzeba i mnie tu nie bylo. Kucam i przechodzę do dzieła, a moim oczom ukazuje sie wielki radiowoz. Ale luz. Jestem w krzakach przecież. Nad moim bezpieczeństwem czuwa super facet. Sikam dalej. Nagle błysk.. ‚Kur # zapiał # co jest… ??’. Nad radiowozem rozblysly jakies wielkie lampy czy cos. Zamknelam oczy bo przeciez jestem w krzakach na bank mnie nie widza. ‚Nie schizuj wariatko’ mysle sobie.. ale wolam mego wybranka moze on cos zrozumiał z tego cyrku.. Nie ma go. Rozumiecie to? Zwiał!! Co za baran… chcialam go zabic. Jednak dalej bylam w potrzasku wiec zaczęłam martwic się o swoja dupe, ktorą w między czasie udało mi sie przyodziać. Kucam tak dalej z zamknietymi nadal oczami i modle sie zeby przestali świecić to ucieknę. I słyszę mily glos Pana policjanta ‚Pomoc Pani? Diabelsko zle Pani wygląda, słabo sie zrobilo?’. Serio. SERIO ?! Nadal mam na łbie te swiecace dziadostwo on mojego (zaraz ex) faceta. Także panowie mieli niezłe przedstawienie bo uwaga: a) na glowie mialam świecące na przemian rogi i wcale nie byłam niewidzialna jak mi się wydawało, b) poszłam za potrzebą pod drzewo, a nie krzaki ! Bylo tak ciemno, a procent zrobil swoje, że bylam przekonana iz chowam sie w krzaki, a w rzeczywistości kucałam pod golusieńkim pniem, który idealnie komponował się z moim golusieńkim zadem. Wszak mialo być o mym lubym. Luby zasnąl zaraz po załatwieniu swoich potrzeb w koszu na smieci. O. Gdy wsciekla jak tysiąc os na sterydach obudzilam go potęzną muką w ramie. Zerwal sie na rowne nogi i mówi ‚spoko ubezpieczalem Cię, nikt nic nie widział’.
    Ale ty tak serio ? Kurna siedzi ten gad obok mnie i wyżera mi chipsy, syn śpi w pokoju obok. A ja smieje sie do siebie i nie zamienilabym tego typa na zadnego innego. Lofki. Cukier ciastka milosc. Ale za to ze wyciera tłuste paluchy w kanape to go zatłukę <3

  • Sara

    11.10.2018 at 09:04 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę

    W mojej rodzinie panują raczej konwencjonalne zasady inspirowane Bożym planem. Może nie w każdej dziedzinie tego planu przodują w peletonie wśród pozostałych owieczek, ale starają się przynajmniej mocno nie odstawać. Mianowicie, logicznym jest, że jak się przebywa w jakimś związku bezbożnym na tyle długo, żeby wiedzieć, że druga strona nie ma w zwyczaju skarpet wieczorem wrzucać do kosza na pranie, to jest to czas na weselne dzwony. Ja jednak jestem czarnym (duchowo i emocjonalnie) przedstawicielem tego rodzinnego, owczego stada i nie przejawiam zainteresowania tak przyziemnymi sprawami jak legalizacja mojego dziesięcioletniego związku. Służbowo zajmuję się ślubami, więc wiem z czym to się je i jaka to orka na ugorze, żeby zadowolić zaproszonych wujków i cioteczki, swoim skrzętnie przez 2 lata planowanym przyjęciem na tyle by nie znajdować się na ich językach przez kolejną dekadę z powodu domniemanego skąpstwa i podejrzeń o rozrzedzanie napojów wyskokowych. Na domiar złego nazywam mojego partnera KONKUBENTEM, co przyprawia część mojej kochanej rodziny o mdłości przeplatane palpitacją serca. Wszystkim od razu maluje się przed oczyma obraz z głównego wydania Panoramy, kiedy to właśnie zwykle rzeczony konkubent maltretuje rodzinę kablem od kaloryfera, przypala niedopałkami papierosów, a wartko z opieki społecznej odbieranymi zasiłkami zasila kasę najbliższego monopolowego.

    Śpieszę poinformować, że jestem szczęśliwą posiadaczką jedenastoletniego Brata, którego jednym z ulubionych zajęć (zaraz po hodowaniu kurczaków w Minecrafcie) jest podłapywanie tego o czym zwykłam mówić. Informacja ta już niedługo stanie się kluczowa, więc polecam ją odnotować w swej pamięci.

    I tak o to, po tym przydługim wstępie, przechodzę do meritum i clou całej historii. Otóż jakiś czas temu odbywał się zlot powiązany z jedną z ważnych uroczystości rodzinnych, na którą była zaproszona nie tylko moja rodzina, ale i rodzina, która się połączyła z moją za sprawą legalizacji związku jednej z owieczek. Nie wszyscy członkowie owej nowej familii byli znani mnie oraz mojemu rodzeństwu, więc moja Mama postanowiła przejąć rolę inicjatora rozmów i przedstawić nam tych i owych. Wtem moja Siostra staje ze swym Chłopakiem przed całym tym konsylium i zostaje zaprezentowana – „to moja córka i jej narzeczony”. W tym momencie wypada dodać, że moja Matula obrała sobie za cel wdzięczne zatuszowanie nikczemności i braku pośpiechu do połączenia się węzłem małżeńskim jej córek, poprzez nazywanie naszych drugich połówek „narzeczonymi”, żeby stworzyć ułudę jakoby nasze śluby niechybnie miały nastąpić. Wtem wkracza mój jedenastoletni Brat, cały na biało, i rzecze: „haha, nie żaden narzeczony tylko konkubent”. Cóż, mogę powiedzieć tyle – cały czas prysł, moje rodzinne stado szybko straciło w oczach nowoprzybyłych gości, bo po ich minach łatwo było się zorientować, że skojarzenia z Panoramą są mocno zakorzenione także w ich społeczności. Wzrok, którym zostałam w tym momencie uraczona przez Mamę i Siostrę do dziś śni mi się po nocach i sprawia, że budzę się z krzykiem zlana potem. A korzystając z oferty T-mobile sprawa byłaby dużo prostsza – zostałabym komisyjnie usunięta z rodzinnego abonamentu i wszystkim by natychmiast ulżyło, nie musząc się ze mną oficjalnie identyfikować.

  • Klaudia Traczyk

    11.10.2018 at 09:12 Odpowiedz

    WYRAŻAM ZGODĘ.
    Moja historia będzie o tym jak mój mąż w moich oczach stał się z Mariusza- Marianem. Było to trzy miesiące po tym jak urodził się nam pierworodny i chyba nie muszę pisać, że dla nas to taki piękny, madry i nakwspanialszy cud natury i po części o nim będę opowiadała historię. Moja bratowa obchodziła ćwierć wiecze (młoda nie? Kuźwa taki to piękny czas był:( ) W związku z tym była imprezka. Moja rodzicielka ochoczo przestała na zostanie z młodym, wydoiłam się, wypindrzyłam i ruszyliśmy do miasta Łodzi (z nostalgią i łezką przejeżdżałam kolejne znane mi ulice przez kilka lat jak tam mieszkałam/mieszkaliśmy). Dojechaliśmy, złożyliśmy życzenia i usiedliśmy. Mój mąż do rozmownych nie należy, a już jak części towarzystwa nie znał to już w ogóle siedział jak mysz pod miotłą. Rozwinęła się rozmowa na temat imion dzieci. Czy od razu Ignacy miał być Ignacym, jak by na imię miała dziewczynka. Na co mój mąż przemówił, że dziewczynkę to on chciał nazwać Ania, ale że mi sie nie podobało to imię i źle kojarzyło. Na co ja zrobiłam oczy jak bym powtórnie zaczęła czuć skurcze porodowe choć trzy miesiące temu już urodziłam. Bo w naszym gronie siedziała Anna. Cała wiązanka znanej mi łaciny przeleciała przez głowę. Oczywiście nie chciałam nazwać tak córy z innego powodu niż on wymienil podczas swojego jednozdaniowego słowotoku, tylko dlatego, że nie podobało mi się jak wołano na Anie brzydko Anka. Nie powiedziałam oczywiście tego wtedy bo mnie zatkało. Na szczęście dyskusja przeniosła się na inny temat. Marian został mistrzem taktu i dyskusji.

  • Agnieszka

    11.10.2018 at 09:14 Odpowiedz

    „Wyrażam zgodę”
    Kilka lat temu przed weekendem majowym postanowiliśmy spełnić marzenie naszej córki i odwiedzić kilka zamków i pałaców dolnego śląska . Wekeend majowy jak wiadomo dłuższy niż normalny więc zarezerwowałam hotele po drodze wszystko zostało pięknie zaplanowane i należało tylko czekać na wyjazd. Najbardziej rozemocjonowany człowiek w rodzinie czyli moja córka nie mogła sie doczekać i trzy dni przed wyjazdem zaczęła się pakować..Miałą 10 lat wiec pakowanie swojego plecaczka ograniczyła do drobiazgów raczej dziecięcych co akurat będzie nie bagatelne w całej historii. Dzień przed wyjazdem ja matka polka spakowałam całą naszą trójkę w jedną dużą walizkę , zatankowałam auto i potwierdziłam rezerwacje. Nadszedł długo wyczekiwany dzień wyjazdu i wczesnym porankiem ruszyliśmy w drogę. Nasze poranne obowiązki tez ja rozdzieliłam czyli ja zrobiłam kanapki na drogę i przypilnowałam córkę a mój mąż miał spakować walizkę do bagażnika! Jechaliśmy moim autem w związku z powyższym ja usiadłam za kierownicą… Przejechaliśmy ponad 200 km z jedną mała przerwą na kawę i dotarliśmy na miejsce. Zamek w Książu był naszym pierwszym celem…Wysiedliśmy na parkingu oddalonym od zamku a że zaczęło kropić postanowiłam zabrać parasol z bagażnika… Jakież było moje zdziwienie kiedy zobaczyłam ze oprócz parasola w moim bagażniku nie ma absolutnie nic więcej. Zapytałam niezwykle spokojnie (jak nie ja) mojego stojącego obok męża gdzie walizka???? Spojrzał na mnie wzrokiem który obserwuje sie zazwyczaj u debili ( a debilem nie jest) i odpowiedział : nie wiem… Zważywszy ze to był jedyny obowiązek jaki miał w całej tej planowanej wycieczce myślałam ze go zabiję! Nie wspomnę o rozżaleniu moje córki… Musieliśmy wracać do domu ponieważ to był 1 maj nie kupilibyśmy ani szczoteczki do zębów ani gaci na kolejny dzień…… a w plecaku mojej córki lalka i mały portfelik 🙂 Za to własnie oferta rodzinna bywa czasami do weryfikacji ….

    • MamaRysiowa

      11.10.2018 at 10:51 Odpowiedz

      Mój Stary, który jadąc na tydzień na narty, ZIMĄ, nie zabrał dzieciom kurtek!!!!

  • Weronika

    11.10.2018 at 11:16 Odpowiedz

    A mój stary jak miałam pms pojechał do sklepu i prosiłam go tylko o jedną jedyną rzecz żeby kupił mi coś słodkiego …. Kupił … Cukier kilogram nawet…

  • Malgorzata

    11.10.2018 at 15:02 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę.
    Mój ukochany mąż, zorganizował nam wakacje i na pewną grecką wyspę polecieliśmy, ja z Gdańska, on z Wrocławia. Całe szczęście, że tego samego dnia. Można.

  • Ala

    11.10.2018 at 15:14 Odpowiedz

    WYRAŻAM ZGODĘ
    -Najbardziej elastyczna oferta na rynku, w której numery można dołączać i odłączać w dowolnym momencie.
    Był piękny, wrześniowy poranek, ale ja nie wiedziałam, czy jestem bardziej jak ten polski świstak, co zwinął ostatnie sreberko i zapadł w rozkoszny, łaskoczący serduszko sen zimowy, w którym marzył o tym, że Tatry są jednak Alpami i wypierdoliły z nich dziksze od jego kolegów tłumy, przemierzające górskie szlaki w obuwiu typu lacze ogrodowe, czy raczej jak roztopiona Milka, której nie da się już poskładać, i która mogłaby posłużyć co najwyżej Magdzie Gessler do obsmarowania gęby jakiegoś ordynarnego restauratora, uparcie udającego, że w parówkach jednak jest mięso, a najlepsza zupa serowa powstaje z kostki rosołowej i serka topionego. Konkludując – czułam się kulka szczęścia i kłębek nerwów jednocześnie, bowiem był to dzień ślubu (i wesela, wiadomo) mojej przyjaciółki, której miałam zaszczyt i udrękę świadkować. No więc siedzę sobie w salonie i się zastanawiam, czy to w lustrze to dalej ja, czy raczej jakaś ruska kurwa, bo dałam sobie przykleić sztuczne rzęsy, i chociaż wiem, że tapeta nie definiuje profesji, i że z doklejonym do twarzy plastikiem można zarządzać remizą strażacką albo nawet bankiem, ale jednak niektóre wyobrażenia przemawiają do mnie jakby bardziej. I wtedy wchodzi ON – cały zaspany, bo poturbowany kilkunastogodzinnym lotem z dnia poprzedniego i mówi, że wiesz kochanie, tylko się nie denerwuj, ten garnitur, co specjalnie po niego poleciałaś do Sztokholmu, żeby go ode mnie, twojej – przypominam – wisienki na torcie życia, odebrać, co bym nie musiał z nim lecieć na Bali, to on trochę nie jest mój, a mojego brata i racze himalaistką opanowania i zarządziłam: załóż, może nie wygląda aż tak źle. Kiedy on się ubierał, ja zwołałam wszystkie przebywające w domu kobiety na pilne posiedzenie komisji do spraw dziadowskiego wizerunku. Przyszedł. Wyglądał NIEŹLE – jak Adam Małysz, co właśnie przeleciał skocznię, ale wylądował w rozkroku zamiast telemarkiem, czyli generalnie zajebiście, ale mogło być lepiej. Mówimy mu wszystkie, że luz, głowa do góry, trochę wisi, ale przynajmniej nie utonie, hihihi. Ale w niego wstąpił demon szafiarstwa i powiedział, że po jego trupie, że nie ma takiego Pudziana, co by go z chałupy w takim stanie wyciągnął, i że on sobie po prostu teraz, na dwie godziny przed ślubem, zamówi taksówkę do galerii. I nie, nie byliśmy w Warszawie ani nawet w Sosnowcu, ale we Władysławowie, a on po polsku umiał powiedzieć wtedy „ja pierdolę” oraz „buka” (i miłe panie ze sklepów nigdy nie wiedziały, czy chce kupić bułki, czy mu odjebało i straszy ludzi nadejściem TEJ Buki). Tata panny młodej, władający piękną, ale jednak tylko polszczyzną, wymyślił, że w takim razie on go zawiezie, bo już się wypindrzył. Pojechali. Zrywali boki ponoć przy tablicy z napisem Puck, gdyż brzmi jak FUCK. W sklepie rozmawiali wyrafinowanym migowym na poziomie B+, czyli kciuk w górę albo w dół. Bez telefonu do mnie się jednak nie dało. Słyszę: bo jest tak ciepło i my chyba kupimy koszulę NA KRÓTKI RĘKAW. To od razu kupcie sandały, pomyślałam i zapragnęłam ich już na zawsze odłączyć.

    • Ala

      11.10.2018 at 15:19 Odpowiedz

      IO nie, coś mi sie zespuło i źle przekleiłam, dziwny fragment winien brzmieć tak: I wtedy wchodzi ON – cały zaspany, bo poturbowany kilkunastogodzinnym lotem z dnia poprzedniego i mówi, że wiesz kochanie, tylko się nie denerwuj, ten garnitur, co specjalnie po niego poleciałaś do Sztokholmu, żeby go ode mnie, twojej – przypominam – wisienki na torcie życia, odebrać, co bym nie musiał z nim lecieć na Bali, to on trochę nie jest mój, a mojego brata i raczej na mnie nie pasuje. O mordzie pomyślałam nie od razu. Wręcz przeciwnie – zostałam himalaistką opanowania i zarządziłam: załóż, może nie wygląda aż tak źle.

  • Karolina

    11.10.2018 at 15:52 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę. Piękny październikowy dzień, wracam styrana jak koń po westernie do domu, a kuchnia cała w hryzantemach, ujebane wszystko od ziemi… no kosmos jakiś … myśle sobie kurwa ktoś umarł albo mąż nie ogarnął ze święto zmarłych w listopadzie dopiero… dzwonię do leszcza, pytam ej bejb po jaki gwint w kuchni są te hryzantemy?! A on zadowolony z siebie mówi ze to dla mnie kaowatuszki… kuwaaa szkoda ze mi nie zrobił kolacji przy zniczach 😩 druga sytuacja … kłótnia, taka ze on się wyprowadza… poszedł się skubany kąpać po wyjściu z łazienki się pyta czy mu ubrania wypiore ?! Nie nooo kanapki mu jeszcze na drogę zrobię… czemu nie 😆

  • Grażyna

    11.10.2018 at 16:50 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę.
    Michalina, babo, moja historia przebije absolutnie wszystkie, chociaz wcale bym nie chciała ich przebijac – TRUST ME! Znamy się 10lat. Po ślubie półtora roku. Momentami moje wkurwienie sięga zenitu. Ostatnio wysłałam go do sklepu po dwie rzeczy. Dwie! Pekinke i pierś z kurczaka. Cycka kurzecego kupił. O peknice zapomniał🤦takie incydenty byłyby piękne. Jak byliśmy narzeczenstwem i mieliśmy się spotkać o 18 to ja szłam się myć dopiero kolo20. Czemu? Bo jak mój wtedy narzeczony mówił, że idzie szukać skarpet i już wyjeżdża (miał 5km)to wpadal w zajebista czarna dziurę i przyjeżdżał na 21 jak gdyby nigdy nic. Przez pierwsze 2lata próbowałam to zmienić, kolejne 3lata się wkurwialam, a później machnelam ręką, bo przecie chuja nie zabije, nie? Zaręczyny odbyły się na Wawelu. Tam gdzie pochwali Kaczyńskiego. Kurwa, rozumiesz? Przy zimnym Lechu, ale jednak to nie zimny Lech z knajpy. O tym że pierścionek był za duży chyba nie muszę wspominać? 😂 Najgorsza rzecz odkryłam po ślubie. Okazało się, że po suto zakrapianych imprezach, kiedy kocha mnie bardziej niż kiedykolwiek, sztywnieje, ja go kładę do spania (takie 89kilowe 30letnie dziecko – wiek ma mniejsze znaczenie. Waga jest istotna, bo to ona sprawia mi największą trudność) to on się tam zajebiscie relaksuje, aż w pewnym momencie zwieracze puszczają i szuka WC. Najczęściej znajduje w naszej sypialni. Sedesem raz okazała się firanka, a raz drzwi do salonu. Na początku wyjąłam telefon, żeby to udokumentować. Se myślę NO KURWA NIE. TO NIE MOŻLIWE. zaraz potem zaczęłam się śmiać. Kiedy karuzela śmiechu się skończyła, uświadomiłam sobie, że ja to kurwa będę sprzątać. Ja! Wpadłam w szał. Po posprzątaniu kolejne godziny zajmuje mi rozmyślanie, czy zaakceptuje to kiedyś tak, jak to że się spóźnial? Dlaczego nie idę wtedy spać? Bo jestem wkurwiona!hello! Mało tego,mam jeszcze jeden wniosek, który nasunal mi się również po ślubie. Dziewczyny, wychidzcie za mąż wcześniej! Wiecie jak ciężko odciąć 30letnia pepowine? Nie ma dnia, żeby nie był w domu rodzinnym. Nołfakingłejjj!
    Nie wiem, czy chce się pod tym podpisywać. Koniecznie wam musiałam pokazać moje story, ale jakby ktoś ze znajomych skimil o kogo chodzi, to bym wisiała koło plakatów wyborczych.
    Pozdro 600 ;)!

  • Oliwia Buksińska

    11.10.2018 at 17:23 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę.
    Myślałam długo jaką historię napisać, ale napiszę najkrótszą, bo i tak nie przebiję wielu powyżej. Mój Stary, zrobił mi do pracy kiedyś obiad. Zrobił mi makaron z pesto, ze spleśniałymi pomidorami. Dziękuję. Pozdrawiam.

  • Asia

    11.10.2018 at 17:33 Odpowiedz

    WYRAŻAM ZGODĘ
    Akcji za które bym wywaliła szanownego małżonka z oferty rodzinnej jest cała masa ale jedną to by zasłużył dobitnie – Szanowny oznajmił mi któregoś pięknego dnia, że powinnam odpocząć, dużo pracuje, przemęczona jestem więc ufunduje mi urlop, tygodniowy, w hotelu z ofertą all inclusive, gdzie wszyscy będą wokół mnie skakać i drinki nad basen przynosić. No złoto, nie człowiek więc dziękuję mu pięknie, po rękach prawie całuje, zaczynam kombinować jak tu pokończyć projekty, do asystentki piszę żeby się zajęła firma na te kilka dni, lekcje włoskiego przekładam, klientów informuje że no czasem na urlop trzeba, że będę przez moment niedostępna, obiecuję że projekty nie ucierpią. Kilka dni przed urlopem gdzie ja już mam wszystko pouzgadniane przychodzi do mnie z miną zbitego psa i mówi że no nie ma zbyt dobrych wieści ale jak bookował hotel to nie zauważył że cena była w euro a nie w tureckich lirach jak mu się wydawało więc cena za noc jest tak jakby 7 razy wyższa więc właściwie to nas nie stać ale on znalazł świetne rozwiązanie i żebym tylko przyszła do drugiego pokoju to raz dwa to rozwiążemy. Wkurwiona byłam jak sto światów bo urlop diabli wzieli ale może faktycznie znalazł jakiś tańszy hotel, pojade, odpoczne, zapomne. A on mi na komputerze pokazuje żebym wytypowała zakład bukmacherski, jak dobrze wytypuje 15 meczy i wygram to pojadę na urlop…. nie pojechałam. Kurtyna.

  • Sysia Sysia

    11.10.2018 at 17:57 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę.
    Mój luby postanowił zapoznać się lepiej z kolegami z nowej pracy, toteż przyjął zaproszenie na dzialkowa libacje. Przed wyjściem zadeklarował, ze najpóźniej o 1 będzie bo w sumie nie ma ochoty tam siedzieć. Myśle ok, będzie o 3 jak nic. Siedzę czekam, minęła godzina 1, pisze do niego o której będzie. On na to, ze jeszcze grillują, będzie o 3 max i ze mam iść spać i uwaga cytuje: „obudzę Cię słoneczko, idź spać i się nie martw”. Oczywiście minęła 3 tysiąc telefonów, za niedługo będzie. Koniec końców zasnęłam na kanapie bo ze stresu walnęła 3 piwka. Budzę się, za oknem jasno a w sercu wkurw bo pewnie go nie ma skoro mnie nie obudził. Idę do sypialni,do kuchni i komórki. Szukam za kanapa. No to idę do łazienki, drzwi zakluczone! Pukam. Wale. Krzyczę i wale. Nic. Ciśnienie miałam bliskie zawału. Dodam, ze rok wcześniej był u mnie w rodzinie pogrzeb. Byłam przekonana, ze leży tam nieżywy i te 5 siwych włosów które ostatnio odkryłam ma mojej głowie to na bank przez te 3 minuty przed drzwiami kibla. Moja panika sięga zenitu, wale jak wściekła o nic. Szybko się ubieram i chce lecieć po sąsiada i nagle słyszę jakieś dźwięki z kibla. Wrota się otwierają a moim oczom ukazuje goły, jeszcze najebany stary z odgniecionym dywanikiem łazienkowym na pysku. Ja z tej złości zaniemówiłem bo gdybym się uruchomiła to na bank bym tego teraz nie pisała tylko grzałabym prycze w pierdlu. Stary spojrzał na mnie bliżej nie określonym wzrokiem, przeszedł obok i poszedł spać do sypialni jak gdyby nigdy nic. Byłam tak wkurwiona, ze przez następne godziny kiedy spał na zmianę szykowałam wiązkę godna sytuacji i zastanawiałam się czy go nie spakować. Książę wstał, trochę to trwało zanim przyszedł bo odkrył, Że jest nagi i pewnie analizował gdzie jest i jak to się stało. Ubrał gacie i koszulkę, zaczaił się zza winkla. On już czuł po kościach ze będzie pożoga tylko nie znał wszystkich okoliczności. Patrzy nie pewnie i pyta: „czemu ja spałem goły w sypialni?”. I tu niespodzianka bo zachowałam stoicki spokój i odpowiadam mu historie z kiblem. On patrzy, widzę ze przetrawia i po paru sekundach jebnal charakterystycznym dla niego śmiechem, ze myślałam ze mi wypadną szyby z regału a mi pękną bębenki w uszach. No i to był koniec mojego stoickiego spokoju. The End.

  • Joanna

    11.10.2018 at 18:19 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę.

    No ze mną to jednak jest inaczej. Bo w rankingu osób pretendujących do wyjazdu z oferty rodzinnej to raczej moja osoba uplasowałaby się na szczycie podium. W sensie jeżeli bralibyśmy pod uwagę sytuacje, które omal doprowadziły naszą komórkę społeczną do upadku, albo chociaż lokalnego upokorzenia.
    Wśród moich niezliczonych zasług na rzecz tytułu #rodzinaroku można wymienić:
    – przypadkowe przelanie całej wypłaty na konto spółdzielni („ależ proszę pani, nie możemy przelać tych pieniążków spowrotem… będzie pani miała sporą nadpłatę… hmmm… nie trzeba będzie płacić przez pół roku, to chyba dobrze, nie?”)
    – przypadkowe zapchanie toalety ręcznikami papierowymi (no bo jak papierowe, to wlasciwie to samo co papier toaletowy, prawda? Nieprawda.) I wyciąganie zbitego czopu z kibla, czując się jak inseminator bydła w rękawicach do szyi
    – przypadkowe nadanie kuchannym ścianom nowego imidżu za pomocą kefiru, który tak bardzo kocha mąż, a kochająca żona chciała go tylko wstrząsnąć, zapominając że już go wcześniej otworzyła
    – przypadkowe zatrzaśnięcie kluczyków w aucie
    – przypadkowe zostawienie kluczy od domu w drzwiach
    – przypadkowe spalenie garnka oraz jednoczesne odkrycie iż brokuł po odpowiednio długiej obróbce termicznej, może smakować jak bigos
    I wiele innych.
    Ale niechże pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie (przypadkowo) nie upadł na kanapę łamiąc ją wpół…
    W każdym razie, ja bym tego mojego małża wyłączyła z oferty rodzinnej za to, że to on to wszystko by ogarniał, dając mi ciche przyzwolenie na urządzanie festiwalu strat i upokorzeń, bez możliwości wyjścia ze stanu nieogarniętości… czasem po prostu trzeba się puścić… na głebokie wody 😊

  • Małgosia

    11.10.2018 at 19:28 Odpowiedz

    Wyrazam.
    Moj stary to kawał chłopa 2 metry wzrostu prawie tyle samo w obwodzie ( nie no bez przesady ale 100 lekko). Chłop jak dąb albo chociaż drwal, brodaty, czorny jak diabli no chłop przez duże Ł. Jakiś dziwny mit krąży wśród ludzi, że taka oto zależność istnieje: chłop duży, brzuch duży, cały człowiek duży, łeb duży to i musi być mocny (ten łeb-wiadomo).
    Takiego wała.
    Małżonek mój, ostoja ukochana pije mało, okazjonalnie i z colą. Ale ma jakieś w środku w małżonku kompleksowopodobne brzydkie cos, że asertywność wobec argumentu ‚ no taki chłop to duzo może i ze mną się nie napijesz?’ no ni kuta. No asertywnosci nie ma wtedy jej.
    No i poszedł sobie kiedyś na karty.
    Z kolegami, elegancko wszystko ładnie, jeszcze wtedy narzeczona oczekuje Pana w wynajmowanym gównianym mieszkaniu, trochę się przysnęło nagle jest Ci on mój ubóstwiany król złoty w niedopietej koszulinie. Krok srogi, chlop zwyciężył z zamkiem w drzwiach po dłuższej chwili czym doprowadził mnie do pełnej świadomości.
    I wchodzi dumny jak Prometeusz zajebawszy ogień, uśmiech zawadiacki oko szkliste i nagle zamach łapą jak pajda chleba i jeb na ławę i ikely za złotych dwajscia – 400 złotych polskich i przemawia.
    ‚zobacz kochanie hyk wygrałem pieniędzy hyk, dla Ciebie wszystko to hyk cietakkochamatysiezloscisz hyk się nie złość nomozeiwypilemtrochealechybawarto no nie? Hyk.’
    No cóż mi było robić, uraczona dobrem mego chłopa czule wyszeptałam ‚ a kładź się spać pijoku, gorzelnia przy tobie to fiolki już nic nie gadaj śpij i daj mi spokój’.
    Posłuszny trzeba przyznać bo dwie sekundy później prośba już spełniona, chrapie jak traktor wiadomo. Nagle jak mu się kolacja nie sprobuje na światło dzienne wyrwac. Jak on bez walki postanawia pozwolić tej kolacji wtulić się w piękna tego wieczoru z zafoliowania wyrwaną nowa pościel.
    Myślę ki CH** i równie czule mówię:
    Ja:’ co robisz debilu wstawaj szybko, oblechu Ty już te usta w życiu mnie nie tkną matkoboskawstawajbonakopiedodupy’
    On: ‚ _&)##+#&@+@///:#7’
    Ja: ‚ wstawaj mówię natychmiast przestań co robisz baranie jełopie to wina Twojej matki nie wiesz gdzie jest kibel’
    On: ‚ no graj’ (chyba nie wiedział w dodatku zaczyna szyfrować przekaz)
    Ja:’ przytomny ty w ogóle jesteś wiesz co ty robisz? Wiesz gdzie ty jesteś?’
    On: ‚jestem’
    Ja: ‚ co jestem, gdzie jestem? Slyszysztymnieczytymnienieslyszyszty’
    On: ‚no Ty’
    Ja: ‚co ja?’
    On: ‚ za dużo weszłaś w rozdanie’

    No chyba za dużo. O jeden numer dodany za dużo chyba weszłam psia twoja mac.

  • Mkwestia

    11.10.2018 at 20:58 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę… jeszcze zanim postanowiliśmy być parą: P – obecny mąż, O – ja
    P: nie rozumiem po co ci tyle ręcznika papierowego w łazience.
    O: ręcznika? W łazience?
    P: No taki biały z pieskiem czy tam misiem
    O: to srajtaśma
    P: co?
    O: nie wygłupiaj się! Czym d… pupę wycierasz?
    P: …..
    O: ……
    P: a po co wycierać?
    O: ….. po dwójce …..

    Po latach mi się przyznał, że tamtego dnia uświadomiłam go, że pupę się wyciera a swędzący rów i brudne majtki to wcale nie normalne…. i co zrobiłam!? Wyszłam za niego za mąż.

    • Magdalena

      13.10.2018 at 02:15 Odpowiedz

      Płacze 😀

  • Izabela Kubiak

    11.10.2018 at 21:05 Odpowiedz

    „WYRAŻAM ZGODĘ”

    W naszym zaczarowanym zamku, mego ślubnego mam ochotę wyrzucić do fosy przynajmniej raz dziennie – tak dla sportu – cześciej jednak z przymusu. Otóż zamek nasz jak w każdej dobrej baśni oprócz całej świty królewskiej musi posiadać czarodziejkę, dobrą wróżkę zwał jak zwał w kazdym bądź razie elfika o czarodziejskich mocach…. Znacie to pewnie…. KSIĘCIUNIO szuka czegoś, przewraca twierdze do góry nogami, mówi ze było, że tu właśnie w tym miejscu odkładał i nie ma! Baaaa żeby tego było mało twierdzi, że ty mu to na pewno przełożyłaś!!! Idę więc zerknąć w tą tajemnicza czarną otchłań która pochłoneła już niejedno – uruchamiam moje czarodziejskie moce iiiiiiiiii staje się magia…
    Czarna dziura oddała fanta normalnie hokus pokus.
    Ale, ale żeby nie było że podpucha, że podrzucilam zaginione -na potwierdzenie moich magicznych mocy opiszę jeszcze jedną historię z serii „nie do wiary”.
    Zaczyna się klasycznie: Janusz i Grażyna wychodzą do znajomych. Ciąg dalszy wiadomo ktoś za długo, ktoś za wolno sretetete wiecie o co loto. Jedziemy w końcu naszą karocą, Sodoma i Gomora na całego, a ja myślę co by tu mu, zeby poszło w te platwusy. Czary mary hokus pokus Graża chciała, Graża ma wjezdza sernik taki z tofii prosto z deski rozdzielczej na Janusza kolana…
    Mina ślubnego bezcenna:)

    Pozdrawiam

  • Paulina

    11.10.2018 at 21:07 Odpowiedz

    ” wyrażam zgodę”
    Czemu chcę wywalić starego z rodziny?
    Przez jego poj..ane sny!
    Jakoś dwa tygodnie temu siedzę sobie i bawię się z córką, nagle wstaje szanowny Pan Mąż. Zaczyna się ubierać. Pytam gdzie idzie?, co się stało? A on subtelnym, zaspanym głosem mówi „zamknij mordę” i wychodzi trzaskając drzwiami. Wraca po 20 minutach z siatką pełną fig (mieszkamy w Egipcie, akurat był sezon). Pytam się go po co mu te figi, a on do mnie po raz kolejny subtelnym głosem mówi „męczyłas mnie 20 minut o figi, a teraz się pytasz po co mi one? Głupia jesteś czy nienormalna?”.
    Tak, tak.. wszystko mu się przyśniło! Ja żadnych fig nie chciałam! Ale na koniec wina i tak była moja!

  • Kasia.

    11.10.2018 at 21:18 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę.
    Zacznę od tego że mój niemałż a w sumie narzeczony-konkubent jest specyficzną osoba. Lubi motory, wojsko, moro itp itd. Będąc w ciąży nie mając w sumie dużo hajsu bo ja na pół etatu debil robiłam wpadliśmy na najgorsze co może być to kredyt – że niby może ślub, super dobry wózek no i pralkę bo była stara. Ślubu nie wzięliśmy bo kupiliśmy skuter 😂😂. Kupując to małe coś trzeba wypróbować, jeździć i tego typu. Był ładny dzień więc on ten mój specyficzny wpadł na pomysł „dawaj pojedziemy gdzieś” ja ta głupia no „no dobra chodź bo mi się nudzi”. Jeździliśmy po naszej Łodzi i zauważyliśmy sklep z akcesoriami wojskowymi i tak się rozgadaliśmy że może coś będzie fajnego że ten mój nie zauważył że facet nam skręca autem i wjechalismy w niego. Ja spadłam ten mój myślał że tamtego zamorduje, ja w stresie jak zwykle w śmiech wpadłam, tamten kierowca co się okazało dyrektor szpitala w Skierniewicach w nerwach drze ryja a ja nadal śmiech. Pojechaliśmy do szpitala. Zostawili mnie na obserwacje a mój stwierdził że on do pracy jedzie. Ja wkurw milion bo jak to!? A rzeczy dla mnie? No jutro przywiezie. Więc szybko myślę dobra teściową mam super zadzwonię to mi kupi piżamke, kapcie i gatki. Po 2 godzinach dzwoni ten mój że jedzie do mnie. Ucieszyłam się bo chciałam swoje rzeczy a nie nowe nie uprane. Teściowa odłożyła kupiła mi tylko soki. A mój inteligentny facet co mi przyniósł z domu? Piżamke gatki z kosza na pranie!! Myślałam że go udusze! Jednak teściowa wróciła i nowe kupiła 😂😂 Oferta rodzinna ma różne oblicza i warto mieć w niej spoko teściową 😂 Przy okazji pozdrawiam ja jako kiedyś mająca Twoj Nr tel i dzięki za pepsi. A jako żeby przypomnieć to się znamy że szpitala jak chłopaki byli chorzy 😛

  • Joanna

    11.10.2018 at 21:38 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę
    Ot nasza taka mała historyjka. Widząc u ginekologa 2 małe słodkie kropeczki na monitorze powiedziałam,, zabije go,, po wyjściu z gabinetu Pan doktor podążył za mną i rzekł na cały korytarz,, niech go pani tylko nie zabija,, Spojrzenia wszystkich kobiet wokół bezcenne. Ale przejdźmy do sedna. Toż to Ptysiaki pojawiły sìę juz na świecie ( cesarka) a mamusia leżała na sali poporodowej. Zjawił sie ojciec, szczęśliwy, przejęty i ,, nieorzytomny,, Przytulił, pocieszył… Przyszła położna i poprosiła zeby na chwilę wyszedł z sali. Zresztą zaraz i tak mnie przewiozą do normalnej, niech zaczeka na korytarzu. Przede mna wywieźli jednak inna mamuske .Jakież bylo moje zdziwienie ze nie ma starego, ze nie czeka na mnie w tym przeklętym korytarzu. Lecz on zatroskany pomylił matki i wziął za reke ta Panią którą zabrali wcześniej. Przemierzali korytarze, piętra w windzie. I gdy wjechali na salę…tadam…stary kapnął się że to nie ja.

  • Magdalena

    11.10.2018 at 22:16 Odpowiedz

    Mojej siostry mąż wpadł na genialny pomysł wytatuowania sobie daty urodzin żony i córeczek…. Radosny wracał do domu z niespodzianką. Jakże wielkie rozczarowanie go spotkało gdy okazało się że żadna data nie była prawidłowa!!!!!!!!!!!! Do dziś łazi z tym tatuażem bo jak wiadomo gumką błędu nie wymaże …ha ha

  • Mila Kwolek

    11.10.2018 at 22:51 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę. Nie piszę bloga, ale z mojego małżonka pośmiać się lubie;)
    Pierwsza historia to pojechaliśmy na wycieczkę, razem taka błogosławiona przez mamę bo w sumie Mama kupiła garnki i Wygrała wycieczkę do jakiejś wsi koło Bielska Białej no i chciała ja oddać, ale nie mogła cóż wynajelismy pokój w tej wsi (wtf??!) nikt nie wie czemu. Pojechaliśmy, jezioro piękne.. Sprawdzamy na mapie nie można go obejść.. Ale my damy radę przecież nad brzegiem zawsze da radę a ta elektrownia to nie problem, idziemy upał.. Cała noc jechaliśmy pociągiem.. Ja w moim rozmiarze XXL uwielbiam chodzić w słońcu wiadomo, jegomość szczupły jak pelikan, nogi długie kroczy,ja sapie za nim, mówię ej ty patrz tam w krzakach leży tablica przejście druga strona ulicy weź mi ja taka chce.. Poszedł wrzucił do plecaka.. Idziemy tzn on idzie ja zlapalam oddech jak pakowal tablice,sapie dalej..doszliśmy do połowy no nie da się przejść, nic to jest bar. Wypiljamy po piwie w pełnym słońcu.. Wracamy dalej..idziemy mój przewodnik mówi kupię wodę, wrzuca wodę do plecaka. kroczymy. Po 10 minutach mój turysta mówi ej coś mi się dzieje… Łydki mi drentwieja.. Se myślę ocho i kto wygrał kto.. Ale on zwalnia Mówi nie mogę zimno mi w łydki, tracę czucie.. Se myślę kurwa co teraz.. Ale idziemy ten już ledwo mówi nie nie mogę kurwa koniec tak mnie mrowi ja mowie idź zerknę co się dzieje od tyłu… On idzie ja patrze a tam woda z plecaka kap,kap,kap dostałam bezdechu poskladalo mnie leje że śmiechu a ten co się cieszysz czucia nie mam… Wydukalam ściągnij plecak przebiles wodę gwoździem od tego ci łydki drentwieja..
    Druga natomiast historia jest romantyczna zabrał mnie na oświadczyny.. Mama mówiła mu kilka razy żeby się zastanowił.. Zabrał mnie na mazury.. Wynajął łódkę.. Oboje nie umiemy pływać nie było kapokow ale romantyzm! Kto by myślał o kapoku kiedy oświadczac się Trzeba. Kwiaty wiózł w plecaku z Bydgoszczy chowala je dwa dni na łódce wyjął z plecaka mówi jaka jestem ach och ok było tak, szybkie ogarnięcie że w sumie jesteśmy na połowie jeziora i jakoś wiatr się zerwał wiosluje mój luby do brzegu a tu burza se myślę umrę z pierscionkiem na ręku.. Zawsze krok do przodu.. Po wielu nie romantycznych przerywnikach łacina podworkowa doplynelismy… Ja na ponoscie w uszach mi brzecza te słowa jak mnie kocha.. On w wodzie po kolana i mówi weź wioslo ja biorę i się obracam o 180stopni patrzę jego nie ma.. Wychyla się zza łódki i mówi IDIOTKO BYŚ MNIE ZABIŁA! Uważaj co robisz… Znowu bezdech w deszczu na pomoscie mój turysta romantyk…

  • Jagoda

    11.10.2018 at 23:05 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę
    Postanowiliśmy ze starym że odwiedzimy moich rodziców, dziadków naszego dziecka mieszkających w Anglii, oczywiście bilety kupiliśmy na dzień przed wylotem ponieważ mój facet ma na wszystko czas i dość luźne podejście do życia. Wylot był z lotniska oddalonego od nas o jakieś 2 godziny wiec czekała nas jeszcze podróż samochodem z marudną 3-latką i znalezienie miejsca parkingowego przy lotnisku. Zapytałam go wieczorem o której chce wyruszyć, stwierdził ze 6.30 rano będzie okej. -Ale wiesz, o 6.30 to już musimy wyjść z domu. Wstałam wiec dużo wcześniej przygotowałam prowiant na drogę i paszporty. Starego budziłam jakieś 4 razy aż w końcu zwlókł się z łóżka o 6.30! Pomyślałam okej szybko się ogarniemy i jeszcze nadrobimy. Zapomniałam jednak ze przed tak ważnym wydarzeniem w życiu jak lot samolotem trzeba przecież dokładnie się umyć, ułożyć włosy i poświecić jeszcze chwile na posiedzenie sobie na klopie z telefonem w ręku. Wyszliśmy z domu grubo po 7. Na parkingu okazało się ze jednak nie ma wolnych miejsc i wtedy pomyślałam że podróż zapowiada się ciekawie. Kiedy staliśmy już w długiej kolejce do odprawy dałam mu delikatnie do zrozumienia ze chyba jesteśmy już spóźnieni i trzeba coś zrobić na co usłyszałam znane mi już dobrze „nie panikuj, zdążymy.” Stoję wiec grzecznie w kolejce i widzę jak stary nagle zmienia wyraz twarzy – Ty… zostawiłem telefon w samochodzie a mam na nim nasze bilety… Krew już mi wtedy lekko zabulgotala ale dałam radę wycedzić jeszcze przez zęby – to biegnij tam kurwa!Zbliżam się już do okienka na rękach płaczące dziecko, nogą popycham trzy walizki, ludzie patrzą na mnie z politowaniem a starego nie widać. Zdążył, podchodzimy szczęśliwi do Pani wręczając jej bilety na co ona nie wzruszona stwierdza ze odprawa do Manchester’u została już zamknięta. W przeciągu sekundy napłynęły mi do oczu łzy a twarz zapewne zrobiła się cała czerwona i znów słyszę sławetne słowa „no i po co beczysz daj spokój” jakby myślał ze wypowiedzenie ich sprawi ze nagle się uspokoję, wyprostuje, wezmę głęboki wdech i powiem „dziękuje kochanie, znów dzięki Tobie uniknęłam ataku paniki.” Jakimś cudem zostaliśmy wpuszczeni dalej z wielka walizka, kabinówką i walizeczką naszej córki. Jestem cała mokra, znerwicowana i pełna obaw na co mój facet poganiając mnie pyta – Masz tam jakieś płyny? Myśle nieee no coś ty płyny w walizce która miała iść do luku bagażowego? – perfumy i kosmetyki.. mówię łamiącym się głosem bo wiem już co odpowie. – wyrzuć to kupimy nowe – ale to jest dolce&gabanna. Nie chciałam wymieniać już Marek kosmetyków do makijażu bo i tak ich nie zna. – Wyrzuć to! Zanosząc się płaczem wyrzuciłam wiec prawie pełen flakonik ulubionych perfum przeklinając w duchu człowieka z którym dziele łoże. Oddali nam torby możemy biec dalej. Widzę kątem oka jak patrzy na mnie z durnym uśmiechem – Ty, ja zapomniałem o swoich perfumach a oni ich nawet nie znaleźli. Po maratonie przez lotnisko z walizkami i dzieckiem na rękach przez 5 restauracji i jakieś tysiąc sklepów w końcu odbiegliśmy do mety, na 10 minut przed startem weszliśmy na płytę lotniska widząc ze czekają na nas stewardesy, pilot i cały samolot ludzi. Siadamy na swoich fotelach a on znów głupio się śmieje – No widzisz, daliśmy rade. Patrze na niego cała mokra i śmierdząca od potu i myśle sobie jakie on ma cholerne szczęście ze go kocham.

  • Natalia Krawczyk

    12.10.2018 at 11:13 Odpowiedz

    WYRAŻAM ZGODĘ …

    Najbardziej spasowała mi w tej ofercie opcja Jednego Co Złączy Wszystkich. Nie powiem, sama też jestem świetnym administratorem danych wszelakich, ale komu by się chciało, jak jest na kogo, to lepiej zrzucić to brzemię. Zwłaszcza, że nie uważam, żeby moje dane osobowe miały jakąś większą wartość. Nie są ani platynowe, ani złote, to raczej taki tombak. Co z tego, że dzięki tym danym ktoś będzie mógł sprzedać mi latający odkurzacz, skoro mnie aktualnie nie stać nawet na stacjonarną miotłę.
    Wracając do meritum, ja akurat mam kogoś takiego kto chętnie wypełni druki, druczki, karteczki. Mój osobisty Stary tak się kiedyś podłożył w tym temacie, że już się nigdy z tego nie wywinie (NIGDY!). Wszystko zaczęło się tak, jak to wszystko się zaczyna – od porodu. Byłam w ciąży już zbyt zaawansowanej (tydzień, po terminie) i wszędzie mnie wożono, bojąc się, że jeśli gdzieś pojechałabym sama, to pokażą mnie później w telewizji jaką „tą co urodziła na poboczu”. Akurat dyżur przypadł na ojca mego osobistego i wiózł mnie sobie spokojnie poprzez miasto, gdy oznajmiłam mu, że rodzę. Tatuś mój wykazał się spokojem i pyta: „to gdzie jedziemy?”, a ja na to tonem równie spokojnym, że „do domu, na zupę”. Trzeba wtrącić, że był to mój drugi poród i wiedziałam już, że boli jak… hmmm… jakby to ładnie ująć… jak tralala, i że trwa to wiele dni, więc jeśli przyjdzie się głodnym na porodówkę, to będzie się przez wiele dni wypychać ten wielki łeb, przez …pomińmy przez co… na głodniaka. Więc jedziemy do domu. Wpadło mi jednak do głowy, żeby po drodze zabrać męża mego z pracy. Myślę: „wrócimy razem do domu, zjem zupę, umyję się, umyję wannę (bo przecież rodzę, a później będzie się tam mył starszy syn), pochodzę trochę, wydam dyspozycje na najbliższe dni, no i pojedziemy już wspólnie ze Starym na porodówkę”. Zadzwoniłam do męża, mówi żeby przyjeżdżać. Podjeżdżamy, on już drepta niecierpliwie. Wsiada do auta. Jedziemy. Ojciec skręca w stronę domu (a nie szpitala), a mąż mój jak nie podskoczy, jak nie krzyknie: „Stać! Do szpitala! W lewo, lewo!”. Na to ja mu mówię o tej zupie, itd. A ten zrobił się czerwony, spocony, może troszkę w fiolet: „Ale rodzi się w szpitalu, a nie w jadalni!”. Próbuję tłumaczyć, że nie będę rodzić w jadalni, bo nie mamy jadalni, że też mam zamiar dotrzeć do szpitala, i że mamy jeszcze wiele dni, ale nic nie trafia. Stary się uparł. Do szpitala i już. A ja na to, że nie jadę do żadnego szpitala i już. No to on jedzie sam. Pytam się grzecznie (choć nie zbyt grzecznie): „A co ty tam będziesz, beze mnie robił, skoro wydaje się, że jestem niezbędnym elementem tej całej gry o życie?”. A on, że: „DOKUMENTY CI WYPEŁNIĘ”. A no chyba, że tak. To jedź, daj znać kiedy będą gotowe i nie będę przeszkadzać.
    I od tego dnia Stary wypełnia wszystko co jest do wypełnienia, łącznie z dzienniczkiem dni płodnych (jak mówiłam wydawanie na świat przyszłych pokoleń boli jak… tralala, więc na razie stop).

    PS. Okazuje się, że jeżeli żona/partnerka jest w zaawansowanym etapie porodu (tzn. większość słów, które wymawia to przekleństwa), to mąż może faktycznie wypełnić dokumenty za nią. Ona tylko podpisuje, ale co jej tam, wszystko podpisze, jak to na porodówce. Z tymże jest haczyk, trzeba tę żonę mieć przy sobie, a nie w domu, przy zupie.

    PPS. Nie mam bloga. Powyższy zwycięski tekst prosi się zamieścić od razu na swoim blogu i czekać na lajki.

  • Katarzyna Helena

    12.10.2018 at 11:22 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę.
    To co napiszę poniżej jest moim oczyszczeniem i pierwszymi wyrażonymi na piśmie słowami o tym, jak jest naprawdę w moim małżeństwie…powinnam napisać „naszym małżeństwie”, ale od pewnego czasu jest ono tylko moje…albo jego, bo już na pewno nie nasze.Są to słowa, które po raz pierwszy nie są zaprzeczeniem rzeczywistości.Tak szczera nie byłam nawet u psychiatry, który po zbyt długo przeciągającym się wywiadzie powiedział, że może i owszem przepisać mi łagodny antydepresant (określenia nawzajem się wykluczające), ale ten lek i tak nie zadziała, jeżeli nadal będę tkwić w środowisku (czytaj:małżeństwie), które wywołuje taki stan emocjonalny.
    Szczerość lekarza zawierała przynajmniej ten aspekt i drobną życiową wskazówkę, że teraz już na dziewięćdziesiąt procent wiem, że powinnam moje małżeństwo zakończyć.
    Brakuje mi jeszcze tych dziesięciu procent, abym to zrobiła…ale mój mąż niechybnie szybko uzupełni swoim zachowanie ten deficyt i wtedy wezmę ten rozwód. A chwilę później kompletnie oszaleję, bo przed rozwodem razem nie powinnam tracić resztek rozumu.Wiem, że to przykre co piszę, ale od dwóch lat, odkąd jestem mężatką czuję,że na skutek wszystkich kuriozalnych wydarzeń z życia rodzinnego ten rozum tracę.Wielu spraw związanych z rodziną już nie rozumiem, a przynajmniej nie pojmuję ich tak, jak dotąd byłam tego nauczona.
    Michalino – Twój blog ma olbrzymi zasięg, mam nadzieję że moje słowa przeczytają wszystkie osoby płci obojga, wszyscy którzy mają zamiar rozpocząć z kimś „nową drogę życia”. Przeczytają je i odbiorą jak ostrzeżenie, w którym wcale nie chodzi o to że nasze wyobrażenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, tylko znaczenie słowa „rodzina” było wam znane z innej strony a ten wasz wybranek\ wybranka nadali mu nowe.
    Zanim powiecie tak, przyjrzyjcie się tej osobie, z którą chcecie iść przez życie, bo później może być tak, jak w moim przypadku.Zapytajcie też siebie, ile jesteście w stanie znieść przykrości.Przede wszystkim zaś nie miejcie do siebie pretensji, że weszliście w opary absurdu życia rodzinnego, skoro coś takiego się Wam przytrafiło .Bo niby skąd mieliście wiedzieć, że po ślubie słowo rodzina oznacza już nie razem ale osobno, mimo że rodzina powinna kojarzyć się właśnie z jakąś tam wspólnotą a nie odrębnością.
    Po tym wstępie krótka scenka rodzajowa z mojego życia małżeńskiego:
    – „Kochanie, na którą jedziemy do Twojej mamy na Wigilię?”
    -„Jadę na 18-tą”.
    W tym momencie muszę wyjaśnić, że liczba pojedyncza nie wzbudziła mojej czujności, bo zajęta byłam właśnie przygotowaniami do tej właśnie Wigilii…Szok nastąpił dopiero wówczas, kiedy już wszystkie karpie, pierogi, kapusty, makiełki, grzybowe i inne potrawy zostały zapakowane do samochodu, a mój mąż widząc, że też chcę wsiąść, zatrzymał mnie tymi oto słowami:”Jadę sam.Moja mama nie chce cię widzieć, a w ogóle to uważa, że synowa to nie jest rodzina, zwłaszcza taka kolejna synowa, więc bądź silna(tutaj następuje silne objęcie mnie przez małżonka), nie przejmuj się tym jej gadaniem, ja wrócę za dwie godziny , sama rozumiesz że nie mogę mamy zostawić samej w Wigilię, jesteś mądra przecież, pa!”.
    Aby jakoś wyjść z twarzą z tej sytuacji, zrobiłam wówczas tylko to, co podpowiedział mi mój instynkt, a mianowicie wypakowałam z samochodu wszystkie te pierogi i śledzie, które z taką miłością przygotowywałam na pierwsze wspólne święta z jego rodziną.Byłam silna, nawet wówczas, gdy mój mąż stwierdził, że nic nie zostawiłam im do jedzenia, a jego mama tak lubi zrobione przeze mnie ryby.Odpowiedziałam, że jak nie ma synowej, to nie ma i ryb.Logiczne.
    Ta sytuacja powtórzyła się podczas kolejnych świąt, i kolejnych i pewnie tak samo będzie w te święta.
    Jedyna różnica polega na tym, że gotuję już tylko dla siebie, a później to zjadam ze smakiem.
    Niektórzy z czytających na pewno chcieliby wiedzieć, dlaczego nadal tkwię w tym małżeństwie?
    Bo brakuje mi właśnie tych dziesięciu procent.

    Jak sobie z tym radzę?Nie radzę sobie, mam depresję, ale przynajmniej wiem, że dobrze gotuję, więc

  • Kasia

    12.10.2018 at 11:30 Odpowiedz

    Więc odlaczylabym mojego starego bo…
    Jedziemy do szpitala, skurcze co 3 minuty. Boli, boli, boli. A stary do mnie–no to teraz wiesz co czułem 3 tygodnie temu jak byłem przeziębiony. Chciałam mu strzelić, no ale kto by prowadził? Ja nie byłam w stanie :p
    Niestety tego dnia wykazał się większą kreatywnością. Poród trwa, skurcze parte.maz przy mnie dzielnie trzyma mnie za rękę. Jejku ale mam zajebostego męża! Kolejny skurcz. Patrzę na niego a ten tak ziewa, że o mało co położnej nie polknie… Także ten… Poród to czysta przyjemność w porównaniu z męskim przeziębieniem. Pozdrawiam

    • Kasia

      12.10.2018 at 11:32 Odpowiedz

      Wyrażam zgodę ofkors

  • Malwina

    12.10.2018 at 14:25 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę 😋
    Czy był moment, gdy najchętniej odłączyłabym numer Starego od swojego? A najlepiej w ogóle Starego odłączyła od wspólnego gospodarstwa domowego? A no był, nie jeden, ale szczególnie dwa momenty zapadły mi w pamięć i po dziś dzień na samo wspomnienie zęby mi się same zaciskają a w żołądku czuję ucisk, podobny do tego, który czułam, gdy mama pierwszy raz wyczuła ode mnie fajki, albo nie, jak wtedy, gdy po raz pierdyliard któryś tłumacze, że pralka to nie wieszak, a łazienka to nie garderoba…

    Moment 1.
    Ja i ciąża, wiadomo, hormony… Chociaż nie zrzucajmy zwykłej, męskiej durnoty na hormony… Bez jaj.
    Tłusty czwartek 2015, pamiętam, bo te pączki, co to przytaszczył z roboty w ilości dla liczby osób dwukrotnie większej niż aktualni domownicy, uratowały mu d***, a facjatę napewno… I pozwoliły nocować w domu, a nie np w samochodzie pod osiedlem.

    Wspaniałomyślnie ugotowałam obiad, a musisz wiedzieć, że ja wolę 5 razy kibel umyć niż stać przy garach. Mielone z ziemniakami, wykwintność to moje drugie imię. Wszak w polskiej kuchni nie ma nic bardziej rozpalającego podniebienie jak właśnie mielone z szynki wieprzowej… i ziemniaki, vel kartofle, tudzież pyry (co by mieszkańcy Pyrlandii zrozumieli o co kaman).

    Czymże jednak byłyby mielone bez buraczków… „Nitschem” wręcz.
    Otwieram czeluście lodówki naszej, wyposażonej w zapas Magnumów dla ciężarnych (niestety tylko o lody chodzi, nie o broń, a ta wskazana by tu była).
    Szukam, szukam, jeden słoik od babci, drugi słoik od mamusi, jak na słoiki, przybyszów ze wschodu przystało… I nagle oczom mym ukazuje się zawiniątko, w workach kilku, owalnego kształtu, skitrane za tymi słoikami wszelkimi… Ki UJ… Się pytam się… Otwieram Ci ja to i oczom mym ukazuje się pudełeczko… Myślę „no kurde no prezent mi kupił, schował do lodówki, bo wie że akurat tam to ja rzadko zaglądam (co innego szafka że słodkim na czarną godzinę, która w ciąży jest conajmniej kilka razy w ciągu 60 min)…” Otwieram Ci ja to pudełeczko, myśląc, że tam kolia jakaś, albo diamenty co najmniej…
    I cóż me oczy, zmęczone oglądaniem seriali na kanapie przez cały dzień, widzą? Wijące się w trotach… Białe, grube (żeby nie powiedzieć upasione) ROBACZKI!
    Wędkarza mnie się kuźwa na męża zachciało wziąć… Co mi na rozum padło, tak do dzisiaj się zastanawiam.

    Moment 2.
    3 miesiące po porodzie, względnie człowiek doszedł do siebie. Tu i ówdzie jeszcze pozostałości tłuszczyku, żeby ciepłej było, bo to listopad był, zimę srogą zapowiadali.
    Włosy trochę lecieć zaczynają, cycki dwa rozmiary większe, no sama wiesz jak jest.
    I oto rzecz się dzieje, remont. Łazienkę pora skończyć, bo dzieciaka nie ma gdzie myć… Z umywalki raczyła wyrosnąć
    Stary wspaniałomyślnie odwiózł nas do mamusi na wywczas, a sam z bratem (znaczy się szwagrem mym, bo wiadomo co że szwagrem to że szwagrem), łazienkę robić będą.
    Czyli jak to przy łazience, płytki położyć trzeba. A jak płytki położyć to i przyciąć pasuje.
    A że na dworze zimno, płytki ciężkie, kto by tam na taras je znosił z piętra… I tak ustawił sobie ten mój inżynier od siedmiu boleści, przecinarkę do cięcia płytek na mokro… w sypialni. Ale w sumie co tam, sypialnia, jak każdy inny pokój.
    Dodać jednak trzeba, że w sypialni tej garderoba bez drzwi wówczas byłą, a w niej wszelkie odzienia nasze wywieszone, a na łóżku pościel nasza, kołdry, poduszki, no wszystko… Bo wiesz, on nie wpadł na to, że można to wszystko wynieść z sypialni, a wejście do garderoby zasłonić. Nie no po co, po co, po co, po co? I tak z mojej czarnej w większości zawartości garderoby zmieniła się ona w różne odcienie szarości, przykryta pyłem z glazury… Skandynawia Pani…

  • Marta

    12.10.2018 at 17:23 Odpowiedz

    WYRAŻAM ZGODĘ

    Jeśli myślicie, że w waszym związku już dawno wygasła iskra romantyczności, to po przeczytaniu moich wypocin czym prędzej pobiegniecie do swoich starych uściskać ich, ucałować i stwierdzicie, że jednak nie macie w tym swoim życiu najgoorzej.
    Rzecz miała miejsce w walentynki. Święto zakochanych.
    Jestem z natury bardzo romantycznym człowiekiem, a przynajmniej uczuciowym. Lubię okazywać uczucia, lubię robić prezenty, no po prostu lubię znaleźć sobie okazję tylko po to, żeby wydać trochę kasy bez wyrzutów sumienia, no bo przecież jak jest okazja to jakoś tak mniej szkoda.
    Poprosiłam mojego wybranka o to, aby nie kupował mi ciętych kwiatów z tej okazji, tylko chciałabym otrzymać kwiatka w doniczce, który będzie wraz ze wzrostem symbolizował naszą kwitnącą miłość. Nie spodziewałam się, że będzie to tak duże wyzwanie. Zostałam poproszona o sprecyzowanie swojego marzenia, a dokładnie wysłania konktretnej nazwy kwiatka, jego zdjęcia, oraz strony internetowej marketu budowlanego gdzie można znaleźć owego chwasta. Ciężko westchnęłam, no ale cóż, SAMA TEGO CHCIAŁAM! Coraz bliżej walentynek, a w mieszkaniu mojego starego kwiatka jak nie było, tak nie ma, myślę sobie „ooooo, może ta kanalia kupiła mi coś znaczniej romantycznego niż badyl który mu wskazałam?!”. O ja naiwna. Głupia. W dniu walentynek dostałam wiadomość, iż mój chłopak był tak zajęty, że nie miał czasu skoczyć po prezent, więc prosi mnie o to, żebym kupiła sobie go sama, wzięła do niego, a on mi go wręczy jako prezent walentynkowy wraz ze zwrotem pieniędzy.
    Zrobiło mi się odrobinę przykro, ale tego dnia nikt nie mógł mi zepsuć nastroju. Odwalona w najnowszą kieckę, pończochy, szpilki, zakręcone włosy, makijaż i zrobione paznokcie pokornie pobiegłam do marketu, kupiłam kwiata, zapakowałam w samochód i pojechałam na romantyczny wieczór nie mogąc się doczekać co szykuje dla mnie stary.
    Otworzył mi w tych domowych dresach z dziurą pod pachą.
    Nie zwrócił uwagi na mój wygląd, dał kasę za kwiatka pytając czy mi się podoba, poczym podrapał się po tyłku i powiedział, że zaraz będą panowie od gazu.
    JAKIEGO KURDE GAZU?!?!?!
    No tego od piecyka, bo 3 razy nie było go jak chodzili sprawdzać szczelność, więc umówił się z nimi na ten wieczór.
    Jeszcze nie skumałam, że oczywiście nic dla mnie nie przygotował i wieczór mamy spędzić siedząc w kuchni i pijąc herbatę.
    Pytam jak sobie wyobraża dzisiejszy wieczór no i wiadomo… NOC 😀
    Mówi, że w sumie nie wie, ale mogę coś ugotować z tego co znajdę w lodówce bo w sumie to trochę jest głodny.
    Debilka ze mnie, ale zrobiłam jedzenie, przyszli gazownicy, zrobili co mieli zrobić, a ja zaprosiłam starego do stołu oznajmiając, że nikt nie popsuje mi walentynek i żeby do mnie dołączył w radosnym świętowaniu.
    -To może, skoro już jest tego 14 lutego to wyznasz mi miłość? Przecież po to są walentynki 14.02 żeby je świętować tego dnia, a nie 13, 18 czy 28 maja.
    -No ale po co? Przecież ja nie mogę w jeden dzień kochać Cię bardziej, kocha się przez cały rok.
    -No ale możesz w ten jeden dzień mi to okazać!
    No i wtedy. Właśnie wtedy stary oparł się o krzesło, uniósł w powietrze dwa palce wskazujące, którymi zaznaczył symbol serca mówiąc wymownie „WYSTARCZY?!”.

    To było jego wyznanie miłości.
    Do teraz nie wiem czemu ja jestem z tym człowiekiem.

  • Lena

    12.10.2018 at 19:13 Odpowiedz

    WYRAŻAM ZGODĘ…
    Na możliwość tymczasowego odłączenia mojej drugiej połówki z oferty rodzinnej i chałupy. W piękny wiosenny przedświąteczny czas wybrałyśmy się do sklepu po ostatnie zakupy na Wielkanoc. Wiadomo – JAJKA sztuk 20. Transakcja zakończona pomyślnie, dwie dyszki eko jajek wesoło obijają się o siebie włożone luzem do nie eko siatki. (Wielka Sobota, okolice południa, Pani wyszły wszystkie wytłaczanki, więc obyłyśmy się bez).
    – Ostrożnie je nieś, bo już jajek o tej porze nie dostaniemy. – ostrzegam.
    – A co ja mam pięć lat? – odpowiada obrażona.
    No więc wchodzimy do klatki przez pierwsze drzwi. WTEM moja szanowna ukochana upuszcza na posadzkę siatkę z jajkami. Nie jest źle, myślę sobie, wysokie to to nie jest, na pewno wszystkie się nie potłukły. WTEM pochylając się po siatkę z resztką jajek chwyciła za drzwi, które (magia kurwa) otworzyły się i przejechały po siatce z jajecznicą ze skorupkami na surowo. Trudno, myślę, może choć jedno zostało, zrobi się pisankę. WTEM zamykając drzwi światło życia mego wdepnęło kurwa w siatkę z tym, co kiedyś było dwudziestoma eko jajcami, które miały być naszym głównym źródłem pożywienia przez kolejne dwa dni.
    KURTYNA

    PS Jeszcze rok po tym wydarzeniu, kiedy wyprowadzałyśmy się z tego bloku na klatce była plama, która przypominała o zdolnościach motorycznych mojej baby.

  • Marcelina Śpich

    12.10.2018 at 22:19 Odpowiedz

    WYRAŻAM ZGODĘ
    Historia wydarzyła się pare lat temu, kiedy to jeszcze byłam młodą mama, a mój partner zgrabnie mówiąc nieogarnięty i zakręcony. Było piękne, ciepłe lato, nic tylko – sielanko trwaj.. Chciałoby się życie czerpać garściami – piękna pogoda, my piękni i młodzi, nasza córeczka również piękna.. mogliśmy wszystko!
    Pewnego dnia, mój luby oznajmił mi, że jedzie do Holandii, do kuzyna, ale co jest najlepsze – zawsze mówił, że pojedziemy tam razem, że mnie zabierze, więc myśle sobie, że zajebiście, zobaczę świat, oderwę się od codzienności, poznam innych ludzi.. dopytuje go, kiedy,co, jak i gdzie, a on do mnie z tekstem, że na ten wyjazd jedzie ze swoim serdecznym kolegą. No nic, pogodziłam się z tym faktem..
    Wieczorem, przed wylotem, uchlał się jak… no. Po libacji, po powrocie do domu, nagle zorientował się, że nie ma fajek i żebym mu dała swój portfel, bo nie chce rozmieniać kasy a, ja mam pewnie drobne. Oczywiście grzecznie odmówiłam „chyba się pojebało, nie!”. Przecież nie będę dawać kasy na coś, czego nie popieram i nie będę tego sponsorować! Wyszedł z pokoju, wyszedł z domu.. i reszty nie pamiętam, bo spałam. Nad ranem z kolegą jechali na lotnisko, więc nawet nie pamiętam, kiedy wychodził z domu.
    Wstaję rano, mimo wszystko, humor dobry. Zjadłyśmy z Zuzią śniadanie, pobawiłyśmy się i przyszedł czas, żeby pójść do sklepu, na zakupy. Założyłam torebkę na ramię i w drogę! Nie spoglądając do środka, bo przecież nic z niej nie wyciągałam – wszystko powinno być na swoim miejscu. W sklepie przy kasie chcę zapłacić, odpinam torebkę i nagle patrze jeszcze raz, szukam jak oszalała. Torebka mała, ale ja dalej grzebie i szukam.. Myślałam, że się zapadnę pod ziemie, zrobiłam się czerwona jak burak – bo przecież nabrałam rzeczy jakbym szykowała wesele..NIE MA PORTFELA!! Z tego wstydu jak najszybciej wyszłam ze sklepu i za telefon ! Dzwonie do tej „trąby”! Zapomniałam, że pewnie jest jeszcze w samolocie więc nie odbierał! Miałam ochotę go udusić!! Zostałam bez kasy, bez karty kredytowej, bez dowodu, bez prawa jazdy, bez niczego! Z dzieckiem, sama. Na tydzień. A on w Holandii.Pięknie.
    Odebrał ! Dostał opieprz z dołu do góry i góry na dół, a ten co? On nic nie wie, on nic nie pamięta. Nosz kurwa mać!
    Coś tam kojarzy, z tą spacją benzynową, że chyba był po te fajki.. Pewnie zapomniał tego portfela zabrać i tam został, albo ktoś go zabrał.. więc idę tam, tłumaczę jaka jest sytuacja. Babeczka była tak miła, że z pół godziny siedziałam z nią w pokoju i sprawdzałyśmy zapisy z kamer! Z jednej, z drugiej, znowu z pierwszej… i? Nic. Nie było go na żadnej. Myślałam, że zaraz wybuchnę. Dzwonię! Ten już się bał obierać telefony. Nagle stwierdził, że „może jednak nie byłem na tej stacji tylko gdzie indziej” AAAAAAA!!!
    Przeszukałam cały dom z 5 razy, tfu! 50 RAZY ! Podwórko, auto, chodziłam po okolicy, szukałam w krzakach, w koszach, w kiblu nawet, wszędzie! I nic. On też nic nie wie.
    Nie zostało mi nic innego jak zgłosić zaginięcie wszystkich dokumentów, wszystko poblokować. Byłam tak wściekła, że przez myśl mi przechodziło, że zgłoszę na policji kradzież! No jak on mógł wziąć mój portfel bez pozwolenia. Kiedy juz wszystko pozgłaszałam, musiałam iść do urzędów zakładać nowe dokumenty. Z jednego urzędu do drugiego i tak przez pare godzin.. wiemy wszyscy jak to się załatwia sprawy w urzędach. I to wszystko z małą Zuzia. Przy zdjęciu do nowego dowodu byłam cała spocona, zmęczona i nadal ani trochę mniej wkurwiona, na dodatek córka spała obok mnie i targała mnie za rękę, raz w tą, raz w tamtą, Pięknie wyszło zdjęcie – cudownie wręcz, kurde! Dodam tylko, że weszły już te zdjęcia z mordą mordercy – bez uśmiechu, włosy za uszy i zoom jak nie wiem.. + moje wkurwienie. cud – miód !
    Minęło pare dni, emocje trochę opadły. W odwiedziny przyjechał do nas mój tata. Opowiedziałam mu całą sytuację, wkurwiałam się przy tym na nowo.. Nie ważne.. Gadka-szmatka, miał już powoli się zbierać do domu, aż tu nagle go olśniło i mówi „wiesz co Marcelina, ja to jeszcze zobaczę w aucie za tym portfelem”. Mówię mu, że sprawdzałam auto nie raz i na pewno nie znajdzie, więc niech nawet nie zagląda.. Wsiadł do auta i pierwsze co zrobił, zajrzał do skrytki w aucie pod siedzenie – otwiera ją i jest – jak nowy, mój PORTFEL!!!! I w tamtym momencie już chyba wolałam, żeby się nie znalazł w ogóle.

  • Magdalena

    13.10.2018 at 02:05 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę. Mój chłop poszedł na ryby i wrócił ucieszony, bo złowił 2 duże ryby z łbami jak pięść, moja reakcja, Okej wszystko dobrze, ale ich skrobać nie będę, on na to spoko zrobię to sam; Po pewnym czasie wchodzę do łazienki, a tam pobojowisko woda wkoło kibla brudy, flaki, krew okazuje się, że wyrzucił te dwie głowy do toalety z nadzieją, że gładko się spuszcza i po płyną z nurtem wody, na przepchanie toalety poszły trzy butelki płynu do udrożnienia. Kolejna historia, koniec października zaplanowaną miałam podróż do Polski z dwuletnim dzieckiem, pomyślałam, że wezmę tablet, załaduje bajkami, piosenkami, żeby lot jakoś przetrwać w spokoju bez krzyków i płaczu. Dwa tygodnie przed wylotem mój luby, idąc na posiedzenie do toalety, zabrał ze sobą mój tablet (dość nowy miał tylko 8 miesięcy) z nadzieją obejrzenia kolejnego odcinka Dragon Ball (jest wielkim fanem tego czegoś) w trakcie stawiania klocka. Wychodząc z toalety, coś poszło nie tak, tablet spadł na podłogę, puf poszła szybka z dotykiem (dodam, że nasze dziecko nieraz upuściło na ziemię i nic się nigdy nie stało) a on miał tak chujowe szczęście, że pierwszy raz wziął mój sprzęt na dłuższą chwilę niż 2 minuty i go skasował, moja mina mój wkurw, chyba tak go wystraszył, że wziął to cos rozwalone i szybko pojechał do naprawy. Okazało się, że cena naprawy niedaleko odbiega od ceny nowego tabletu. Mój chłop postanowił, że naprawi sam. Mówi; Eee no to jest łatwizna, trzeba tylko kupić nowy ekran potem tylko tu podważyć tam odkleić, przykleić nowy WŁALA!! Od początku coś było nie tak, nowy ekran miał przyjść w ciągu 3 dni, a przedłużyło się do dwóch tygodni (wina poczty ;P) 2 dni przed planowaną moją podróżą dotarła przesyłka. Mój luby stwierdził, już dzisiaj tego nie będzie naprawiał, bo późno, a to przecież jest proste, więc zrobi to jutro. Dzień do wylotu ja zajęta pakowaniem w międzyczasie ogarniam mieszkanie, dziecko i szykuję jedzenie, żeby mi z głodu nie zmarł podczas mojej nieobecności. Wraca z pracy, przypominam o jego zadaniu, Mówi: wypiję se dwa piwka na zakończenie tygodnia i rozpoczęcie weekendu, chwilkę odpocznę i wezmę się do pracy, JA na to spoko jak se chcesz, poszłam robić swoje, wracam, a on śpi, budzę wkurwiona, ocknął się Mówi: tak, tak już, już, ale widzę, że oczy się zamykają, Oj kur….będzie źle, wziął się do pracy, słyszę cos gada pod nosem, hmm wsłuchuję się, ale nie rozumiem,Ooo… Słyszę głośne kurwa, ja pierdolę, co za gówno i jeszcze kilka podobnych slow, wyjątkowo to, co miało być proste, okazało się zbyt trudne (pewnie to wina wadliwego sprzętu 🙂 ) i tak poszedł w pizdu całkiem nowy tablet i nowiusieńki ekran. Myślę, że nie trzeba tutaj opisywać reakcji kobiety na taką sytuację. W mojej głowie krążyły myśli o straconych stówkach i wulgaryzmy ze ohoho (do tej pory boli na samą myśl, przecież mogłabym sobie za to kupić kilka par butów). Ja i dziecko polecieliśmy do Polski ze starym sprzętem, w który trzeba było stukać, żeby obraz przestał latać. Koniec Ehhh znalazłoby się jeszcze kilka historii gdzie było więcej strat niż zysków, ale nadal jesteśmy razem, jest cos, co zastępuje te straty. 😉 A do tej historii z tabletem dodam też cos o sobie, żeby nie było, że tylko ON gra w tym związku tego głupszego. W dniu wylotu wstałam o 5 rano, żeby przyszykować się do podróży, kapiel-co by swoim zapachem nie odstraszać innych i twarz tez trzeba trochę ogarnąć- co by nie straszyć wyglądem, kawę wypić w spokoju potem ogarnąć resztę 7:30 z fochem jedziemy na lotnisko, bo 2 h drogi przed nami, a trzeba być trochę wcześniej przed wylotem. Pewna jestem, że lot jest przed 12 cos mnie tknęło, zerkam na bilet 30 min przed dotarciem do celu ooo jakie zdziwienie moje było, gdy okazało się ze godzina odlotu nie jest 12 a 16:40, pomyliły mi się loty z powrotnym i siedzę tak w ciszy a po głowie krążą myśli co teraz powiedzieć, żebym wyszła na ta madrzejsza.

    • Magdalena

      13.10.2018 at 11:26 Odpowiedz

      Zapomniałam dodać historii jak to mój chłop w nocy pomylił łóżka . Będąc na wakacjach w Polsce, tydzień czasu spędziliśmy w domu mojej babci i pewnego dnia po zakrapianej imprezie wrodziliśmy do domu , ja hop siup w łóżku gotowa do snu, bo oczy się kleją ,a mój chłop stwierdził ze zgłodniał wiec polazł do kuchni , ja zdarzyłam przysnąć, wraca po jakimś czasie i szybko do łóżka wskoczył zerkam jakiś blady wystraszony , ale o nic nie pytam dalej w kimę . Rano podczas śniadania z babcia dowiedziałam się , że przyszedł do niej do łóżka, podobno odchylił najpierw kołdrę, a potem układał się do snu , ona pyta zaskoczona i rozbawiona co on robi , otworzył oczy i uciekł. Zapytany przez ze mnie na osobności jak to sie Stalo mówi ze nie pamięta, myślał , że trafił do dobrego pomieszczenia i stwierdza ,ze był dla niego horror jak usłyszał glos babci. Do dzis jak to wspominam śmieje sie do lez

  • DOROTA

    13.10.2018 at 21:01 Odpowiedz

    Kiedyś, kiedyś, na początku naszej drogi, gdy jeszcze trochę na trzeźwo a lekko przez
    różowe okulary z mych obserwacji wynikało, że mój przyszły niedoszły mąż jest wielozadaniowy, wiadomo pierwsze 6 miesięcy jest gorąco nawet zimą, gorzka herbata smakuje, papierosy w kobiecej dłoni nie przeszkadzają, lelum polelum.
    Pewnego dnia wybraliśmy się w góry, wyjazd zorganizował mój prywatny przewodnik. Wszystko szło bardzo pomyślnie, ja w szoku, że jaki on zorganizowany, zakupki na podróż zrobione, autko już wcześniej zatankowane, on przygotowany, spakowany, oaza spokoju, humor na ful. Jeszcze wtedy nawet nie myślałam kategorią ” nie może być tak pięknie” Aż do momentu jak zajechaliśmy na miejsce. Zero spiny o czas, luz, ja wczuta w klimat górskiego powietrza, relaks ale jednak brzuchy głodne, zajechaliśmy do knajpki, obiadek się dłużył, ja przekonana, że niebawem będzie można wypakować bagaże w naszym miejscu pobytu, nie żebym myślała o jakimś apartamencie 😀 Ehee no gdzie tam 😀 Okazało się jednak, że Pan R nie zagwarantował Nam noclegu, ja nie wiem czy zapomniał, czy stwierdził, że to na miejscu, bo na pewno ludzi nie będzie – Szczerze, z perspektywy czasu, jak teraz go znam doskonale, śmiem twierdzić, że jego wszech wiedzący tryb i średnia umiejętność organizacji, to tak właśnie założył. Wędrowaliśmy więc w poszukiwaniu noclegu, bez skutku. Mój wyraz twarzy wtedy wiele mówił, może dlatego, że to ja w każdym pensjonacie czy hoteliku byłam mówcą i przedstawicielem Naszej dwójki zakochanych podróżników, niestety bez skutku, i niestety R przypomniał sobie, że kiedyś kiedyś jak był tutaj na weekend i SZUKAŁ NOCLEGU, znalazł prywatny domek w którym podobno zawsze są miejsca, potem pod wieczór przy winie okazało się, że na ten weekend wybrał się ze swoją byłą. Zupełnie przez przypadek dostaliśmy ten sam pokój..
    Czy to był znak? Nie mam pojęcia dlaczego wtedy nie wnikałam w to zbytnio? 😀 Tu powinna pojawić się głęboko, bardzo głęboko myśląca emota.
    I tak oto do dziś się bujamy, doskonale się poznaliśmy, już to udawanie sprzed x lat kulturalnego, cichego dżentelmena nie przystoi, i tutaj w tym miejscu następuję konkretna beka z jego gry aktorskiej tamtych lat hrhr.
    I NIE absolutnie Nie nadaje się ten osobnik na opiekuna grupy numerów T-mobile 😉

    Najbardziej interesuje mnie funkcjonowanie w życiu codziennym tj. wsparcie w czynnościach domowych. Mówię to ja, niczym kandydat na prezydenta mojego domu, choć skromnie twierdzę, że konkurencji nie mam 😉 Wk*rwia mnie niemiłosiernie podejście typu „Ja pracuję ciężej” czy też „Ja pracuję” lub „Wymyłem naczynia w zeszłym tygodniu” Oznajmiam wszem i wobec, ze gówno mnie to obchodzi, dlatego staram się wpajać mojemu kochanemu proste zasady panujące w chałupie Naszej. I proszę bardzo przykład pierwszy.
    Jeśli stoi wór śmieci przy drzwiach wejściowych, to znak że ma je wyrzucić wychodząc do robo, a nie ominąć szerokim łukiem, potem tłumacząc, że nie wiedział co to jest?! WTF??
    Zjawisko tzw. gniazd to chyba każda z Was zna, tu sobie zostawi skarpy, na krzesełku bluzy,na konsoli obok pięknie komponujących się świeczek oraz dyni obecnie, stos szmat, do kosza na pranie ciężko włożyć brudy, nie chce się otworzyć kosza to pierdolnie na kosz i syfiks na widoku, gniazda wszędzie, wszędzie widzĘ gniazda 😉 Gdybyśmy mieszkali w zamku, nołproblemos, ze spokojem bym go znalazła, po gniazdach do CELU 😉
    A gdy wybieram się do lodówki a żeby pyknąć sobie kanapeczki z serkiem i szyneczką, a tam puste opakowania, kawka z mleczkiem? Karton k*wa pusty, puściutki.. Żeby nie było, śmietnik mamy, a w nim worek 120l 🙂 I kurtyna.
    Klasyczne tematy, które doprowadzają mnie w stan ‚Dziś wyp*alam z tego domu, nawet jakbym miała siedzieć na ławce, a Ty radź sobie sam, a żeby Ci pokazać że największa produkcje syfu na chałupie produkujesz własnie Ty 😉
    Najbardziej elastyczna oferta na rynku, w której numery można dołączać i odłączać w dowolnym momencie. Tak, oferta uważam idealna dla Naszej dwójki, kiedy zechcę to odłączę mego przyszłego niedoszłego, choć czuje, że zdecydowanie częściej to ja się tutaj wyłączam psze pana, totalnie odłączam, izolacja, rodo, ochrona danych, nikt mnie nie znajdzie 😉

    Historia, którą zapamiętałam bardzo dokładnie i pamiętać będę do końca życia, nie tylko dlatego że związana jest z narodzinami naszej córki ale też dlatego że wtedy poznałam setną twarz mojego niedoszłego a obecnego jednak nadal, jeszcze.. twarz i jego system radzenia sobie w stresie, lekko hardkorowy niby komiczny ale jednak tylko on się z tego śmieje, suchar typowy w sytuacjach które jednak wymagają powagi. I oto historia ma, prawdziwa.
    Kilka lat wstecz ostatniego dnia lutego, coś mi nie pasowało moje samopoczucie, pozwolę sobie nie opisywać szczegółów, w związku z tym, że mój doktorek prowadzący przebywał w tym czasie na nartach, pojechałam do szpitala no i tak zostałam, to był piątek, wszyscy znajomi na weekend do domów rodzinnych, mój wtedy przyszły jeszcze nawet nie narzeczony oddalony ode mnie o 500 km, urodziłam 9 godzin później, dużo dużo za szybko. Zanim udało się ogarnąć powrót z pracy R minęły 2 pełne dni, po weekendzie w poniedziałek doczekałem się świeżo upieczonego zestresowanego równie mocno jak ja, taty, przyjechał ze wsparciem, i dobrze bo jakby był sam raczej niezbędnika z listy bym nie dostała. Do puenty.. Ja, nie przygotowana na hotel w postaci szpitala, w ogóle nie zakładałam takiego rozwoju sytuacji, wobec tego można sobie wyobrazić że nie miałam nic przez cały weekend, dosłownie nic. Więc jak już odebrałam telefon z prośbą o instruktaż w którą mańkę iść po wyjściu z windy, i jak czytać numerki pokoju ażeby mnie znaleźć, postanowiłam wyjść z pokoju w tej szacie szpitalnej, rozpuszczonych, lekko.. No lekko potarganych włosach, w kapciach które pożyczyła mi Pani z łóżka obok, no i stoję z tym telefonem i czekam aż się wyłowi postać z końca korytarza. Idzie, jest coraz bliżej. Gościu jest wielkim żartownisiem na przemian z największym zrzędą jakiego poznałam. Jest coraz bliżej, poważna twarz, za moment uśmiecha się nieśmiało, chwilami myślę że się nawet podśmiechuje. Myślę sobie Ty ch*u, nie będziemy teraz się śmiać z głupot jak się takie rzeczy dzieją.. Można sobie wyobrazić do tego mój wyraz twarzy połączony z leciutkimi podkowami od czuwania i wycia w poduszkę i teraz on nareszcie przywlekł swoje dupsko, przytula mnie i mówi: 
    -Dobrze że już jesteśmy, normalnie the ring wyglądasz jak ta dziewczynka jak ona tam ma Samara.
    I tak o to humorem typek starał się podtrzymywać mnie na duchu, aż do momentu jak zjechał piętro niżej do córki i mina chłopinie zrzedła. Oferta bez limitów. Zero strachu, że skończy się pakiet?? Tak to jest nasz idealny pakiet, no limit abstrakcyjnych atrakcji, i niekończący się stan zaręczynowy, jedno jest pewne, R nie uznaję kolejnego związku po śmierci swojej miłości, więc Nasz pakiet nigdy się nie skończy, albo będzie żył w samotności, i przejdzie na kartę ; )))

  • DOROTA

    13.10.2018 at 21:11 Odpowiedz

    WYRAŻAM ZGODĘ!

    Kiedyś, kiedyś na początku naszej drogi, gdy jeszcze trochę na trzeźwo a lekko przez
    różowe okulary z mych obserwacji wynikało, że mój przyszły niedoszły mąż jest wielozadaniowy, wiadomo pierwsze 6 miesięcy jest gorąco nawet zimą, gorzka herbata smakuje, papierosy w kobiecej dłoni nie przeszkadzają, lelum polelum.
    Pewnego dnia wybraliśmy się w góry, wyjazd zorganizował mój prywatny przewodnik. Wszystko szło bardzo pomyślnie, ja w szoku, że jaki on zorganizowany, zakupki na podróż zrobione, autko już wcześniej zatankowane, on przygotowany, spakowany, oaza spokoju, humor na ful. Jeszcze wtedy nawet nie myślałam kategorią ” nie może być tak pięknie” Aż do momentu jak zajechaliśmy na miejsce. Zero spiny o czas, luz, ja wczuta w klimat górskiego powietrza, relaks ale jednak brzuchy głodne, zajechaliśmy do knajpki, obiadek się dłużył, ja przekonana, że niebawem będzie można wypakować bagaże w naszym miejscu pobytu, nie żebym myślała o jakimś apartamencie 😀 Ehee no gdzie tam 😀 Okazało się jednak, że Pan R nie zagwarantował Nam noclegu, ja nie wiem czy zapomniał, czy stwierdził, że to na miejscu, bo na pewno ludzi nie będzie – Szczerze, z perspektywy czasu, jak teraz go znam doskonale, śmiem twierdzić, że jego wszech wiedzący tryb i średnia umiejętność organizacji, to tak właśnie założył. Wędrowaliśmy więc w poszukiwaniu noclegu, bez skutku. Mój wyraz twarzy wtedy wiele mówił, może dlatego, że to ja w każdym pensjonacie czy hoteliku byłam mówcą i przedstawicielem Naszej dwójki zakochanych podróżników, niestety bez skutku, i niestety R przypomniał sobie, że kiedyś kiedyś jak był tutaj na weekend i SZUKAŁ NOCLEGU, znalazł prywatny domek w którym podobno zawsze są miejsca, potem pod wieczór przy winie okazało się, że na ten weekend wybrał się ze swoją byłą. Zupełnie przez przypadek dostaliśmy ten sam pokój..
    Czy to był znak? Nie mam pojęcia dlaczego wtedy nie wnikałam w to zbytnio? 😀 Tu powinna pojawić się głęboko, bardzo głęboko myśląca emota.
    I tak oto do dziś się bujamy, doskonale się poznaliśmy, już to udawanie sprzed x lat kulturalnego, cichego dżentelmena nie przystoi, i tutaj w tym miejscu następuję konkretna beka z jego gry aktorskiej tamtych lat hrhr.
    I NIE absolutnie Nie nadaje się ten osobnik na opiekuna grupy numerów T-mobile 😉

    Najbardziej interesuje mnie funkcjonowanie w życiu codziennym tj. wsparcie w czynnościach domowych. Mówię to ja, niczym kandydat na prezydenta mojego domu, choć skromnie twierdzę, że konkurencji nie mam 😉 Wk*rwia mnie niemiłosiernie podejście typu „Ja pracuję ciężej” czy też „Ja pracuję” lub „Wymyłem naczynia w zeszłym tygodniu” Oznajmiam wszem i wobec, ze gówno mnie to obchodzi, dlatego staram się wpajać mojemu kochanemu proste zasady panujące w chałupie Naszej. I proszę bardzo przykład pierwszy.
    Jeśli stoi wór śmieci przy drzwiach wejściowych, to znak że ma je wyrzucić wychodząc do robo, a nie ominąć szerokim łukiem, potem tłumacząc, że nie wiedział co to jest?! WTF??
    Zjawisko tzw. gniazd to chyba każda z Was zna, tu sobie zostawi skarpy, na krzesełku bluzy,na konsoli obok pięknie komponujących się świeczek oraz dyni obecnie, stos szmat, do kosza na pranie ciężko włożyć brudy, nie chce się otworzyć kosza to pierdolnie na kosz i syfiks na widoku, gniazda wszędzie, wszędzie widzĘ gniazda 😉 Gdybyśmy mieszkali w zamku, nołproblemos, ze spokojem bym go znalazła, po gniazdach do CELU 😉
    A gdy wybieram się do lodówki a żeby pyknąć sobie kanapeczki z serkiem i szyneczką, a tam puste opakowania, kawka z mleczkiem? Karton k*wa pusty, puściutki.. Żeby nie było, śmietnik mamy, a w nim worek 120l 🙂 I kurtyna.
    Klasyczne tematy, które doprowadzają mnie w stan ‚Dziś wyp*alam z tego domu, nawet jakbym miała siedzieć na ławce, a Ty radź sobie sam, a żeby Ci pokazać że największa produkcje syfu na chałupie produkujesz własnie Ty 😉
    Najbardziej elastyczna oferta na rynku, w której numery można dołączać i odłączać w dowolnym momencie. Tak, oferta uważam idealna dla Naszej dwójki, kiedy zechcę to odłączę mego przyszłego niedoszłego, choć czuje, że zdecydowanie częściej to ja się tutaj wyłączam psze pana, totalnie odłączam, izolacja, rodo, ochrona danych, nikt mnie nie znajdzie 😉

    Historia, którą zapamiętałam bardzo dokładnie i pamiętać będę do końca życia, nie tylko dlatego że związana jest z narodzinami naszej córki ale też dlatego że wtedy poznałam setną twarz mojego niedoszłego a obecnego jednak nadal, jeszcze.. twarz i jego system radzenia sobie w stresie, lekko hardkorowy niby komiczny ale jednak tylko on się z tego śmieje, suchar typowy w sytuacjach które jednak wymagają powagi. I oto historia ma, prawdziwa.
    Kilka lat wstecz ostatniego dnia lutego, coś mi nie pasowało moje samopoczucie, pozwolę sobie nie opisywać szczegółów, w związku z tym, że mój doktorek prowadzący przebywał w tym czasie na nartach, pojechałam do szpitala no i tak zostałam, to był piątek, wszyscy znajomi na weekend do domów rodzinnych, mój wtedy przyszły jeszcze nawet nie narzeczony oddalony ode mnie o 500 km, urodziłam 9 godzin później, dużo dużo za szybko. Zanim udało się ogarnąć powrót z pracy R minęły 2 pełne dni, po weekendzie w poniedziałek doczekałem się świeżo upieczonego zestresowanego równie mocno jak ja, taty, przyjechał ze wsparciem, i dobrze bo jakby był sam raczej niezbędnika z listy bym nie dostała. Do puenty.. Ja, nie przygotowana na hotel w postaci szpitala, w ogóle nie zakładałam takiego rozwoju sytuacji, wobec tego można sobie wyobrazić że nie miałam nic przez cały weekend, dosłownie nic. Więc jak już odebrałam telefon z prośbą o instruktaż w którą mańkę iść po wyjściu z windy, i jak czytać numerki pokoju ażeby mnie znaleźć, postanowiłam wyjść z pokoju w tej szacie szpitalnej, rozpuszczonych, lekko.. No lekko potarganych włosach, w kapciach które pożyczyła mi Pani z łóżka obok, no i stoję z tym telefonem i czekam aż się wyłowi postać z końca korytarza. Idzie, jest coraz bliżej. Gościu jest wielkim żartownisiem na przemian z największym zrzędą jakiego poznałam. Jest coraz bliżej, poważna twarz, za moment uśmiecha się nieśmiało, chwilami myślę że się nawet podśmiechuje. Myślę sobie Ty ch*u, nie będziemy teraz się śmiać z głupot jak się takie rzeczy dzieją.. Można sobie wyobrazić do tego mój wyraz twarzy połączony z leciutkimi podkowami od czuwania i wycia w poduszkę i teraz on nareszcie przywlekł swoje dupsko, przytula mnie i mówi:
    -Dobrze że już jesteśmy, normalnie the ring wyglądasz jak ta dziewczynka jak ona tam ma Samara.
    I tak o to humorem typek starał się podtrzymywać mnie na duchu, aż do momentu jak zjechał piętro niżej do córki i mina chłopinie zrzedła. Oferta bez limitów. Zero strachu, że skończy się pakiet?? Tak to jest nasz idealny pakiet, no limit abstrakcyjnych atrakcji, i niekończący się stan zaręczynowy, jedno jest pewne, R nie uznaję kolejnego związku po śmierci swojej miłości, więc Nasz pakiet nigdy się nie skończy, albo będzie żył w samotności, i przejdzie na kartę ; )

  • Malwa

    14.10.2018 at 13:51 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę !
    Rycha swego ( lat 2,5) oddaliśmy do babci wiec idziemy na melanż. Dla zdrowotności każdy na swój bo ile można na siebie patrzeć. Mój luby pomaszerował na ,, piwko,, do kumpli natomiast ja na ,,kulturalnego drinka z pracy,,. Oczywiście wypuszczeni ze smyczy poszliśmy grubo. Jedyna kultura jaka w nas została to ta bakterii. No ale do brzegu. Wróciłam do domu nad ranem, patrzę O! Jest już miłość mego życia. Podpita zgodziłabym się na wszystko. Załatwiam pijacką toaletę. Czyt. Zmywam makijaż, myje zęby jednym słowem wszystko, żeby wytrzeźwieć i nie porzygać się w łóżku. (Kto tak nie robi niech pierwszy rzuci kamieniem!) Wiec oddaje, się szybkiemu spa. Słyszę idzie mój Luby( rzuci się na mnie ^^) a ten przechodzi, nie zauważa mnie totalnie! Siada, robi KUPĘ i bez słowa wraca spać… Kurtyna !

  • Angelika

    14.10.2018 at 20:38 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę.
    Najbardziej elastyczna oferta na rynku, w której numery można dołączać i odłączać w dowolnym momencie, z naciskiem na ODŁĄCZAĆ .
    Może zacznę od tego, że mój przyszły małżonek, dorosły, zdolny do rozpłodu samiec ALFA – przyszły ojciec moich dzieci. Na swoim koncie kolekcjonuje akcje, za które można by
    bez wahania odłączyć go w dowolnym momencie z najlepszej elastycznej oferty na rynku. Rzekłabym: koneser. Na końcu tego wyczerpującego wstępu pragnę poinformować, że boski Alvaro jakiego tu przedstawię, idzie przez świat z tezą: ,, Na przypale albo wcale”. Ponadto jego ulubionymi stwierdzeniami, kiedy widzi, że moja skromna osoba jest wysoce nieukontentowana tym co zrobił są : ,,Kochanie! Nasza miłość przetrwa wszystko” oraz ,,Ja tylko żartowałem” . Do dzieła! ahoj!
    I.
    W naszym aucie wysiadły wycieraczki. Trudno, zdarza się-mówię. Przez pierwsze 2 tygodnie nie mówię nic, nie wtrącam się. Myślę sobie, że przecież widzi, jeździ tym samochodem 8 godzin dziennie. Zwleka. Nie byłoby w tym nic aż tak dziwnego, gdyby nie fakt, że to, że będzie padać jest wprost proporcjonalne do tego, że ruch antyszczepionkowców Cię znajdzie jeśli jesteś ,, ZA”. Miarka się przebrała. Wyszłam z pracy . Szaruga, jestem zmęczona jak Kasztanka Piłsudskiego. Przyjeżdża po mnie ON. Wsiadam, milczę, bo rozmawiać nie mam siły. W mniej więcej połowie drogi zaczyna padać deszcz. Powiedzmy sobie szczerze- to była ulewa, że świata nie widać. Wytężam wzrok, myślę sobie, źe ja przecież nic nie widzę .
    W tym momencie przychodzi mi do głowy popularne słowo na ,,K” . Próbuje się opanować, liczę do 10. Po chwili przyszły kandydat na męża zakłada okulary, nie byle jakie – przeciwsłoneczne. Siedzi dumny, nie wzruszony pogodą. Mówię przez zęby – po grzyba Ci te okulary? Napraw w końcu te wycieraczki. Na co ON dumnie odpowiada: ,,Jak założę okulary, to nie widzę deszczu jak pada na szybę, tylko drogę” Kto reflektuje na magiczne okulary? Komu! Komu! bo idę do domu!
    Gdy wybuchłam i tak krzyczałam, że gardło bolało mnie dwa dni, usłyszałam jedynie: ,,Nasza miłość przetrwa wszystko”.

    II.
    Styczeń. Pierwszy w życiu wyjazd w góry na horyzoncie. Upolowałam tanie jak barszcz spodnie narciarskie, ostatnia sztuka, w dodatku mój rozmiar. Ociekałam dumą do czasu, kiedy to stoję w kolejce, by za nie zapłacić i słyszę: ,,Kochanie, czy Ty nie powinnaś mieć spodni z szelkami? Coś musi Ci brzuch podtrzymywać”.
    Komentarz: ,,Ja tylko żartowałem”.

    III.
    Zabiera mnie do sklepu z półki wyższej, niż sama bym weszła. Mówi: ,,Wybierz sobie coś ładnego”. Cel padł na dizajnerską bluzę marki T. Hilfiger. Cała w skowronkach, oczy maślane – chce tę! chce tę! Pyta mnie jaki rozmiar – mówię, że M. Na co on, w jego wielkim stylu: ,,Ty się zmieścisz w M????”. Oczy wyszły mu z orbit, nie dowierzał. Chyba nie muszę mówić, że też żartował.

    IV.
    Jak się okazało przez cały tydzień przed świętami Bożego Narodzenia pracowałam. Jedynym wolnym dniem okazała się sobota, czyli dzień przed wigilią. Z uwagi na to, że w wigilię również pracowałam, wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik już w sobotę wieczorem. Mój Kochany poinformował mnie, że z piątku na sobotę wychodzi w miasto z pracownikami. Chciał uczcić miniony sezon pracy. Spoczko- mówię- pije tyle co kot napłakał, alkoholik z niego słaby, w sobotę będzie zdolny mi pomóc.
    Sobota 8:00 nie ma go… Myślę sobie: Gdzie on jest!? Imprezy kończą się tutaj o drugiej w nocy. Już myślę, jak ja moim kaleczonym angielskim wyjaśnię na policji, że zgubiłam Starego. Zanim wszczęłam alarm zeszłam do salonu. W przedpokoju ukazał mi się storczyk bez doniczki, rozdeptany na podłodze, ziemia w całej kuchni i przedpokoju. Już wiem, że nigdzie dzwonić nie muszę. Otwieram drzwi, a tam Lowelas śpi słodko na łyżeczkę ze swoim kolegą. Gdyby był ze mną Zenek Martyniuk zanuciłby ,,Jak do tego doszło nie wiem”. Ogólny stan zdrowia rozpoznałam jako . Nasze najbliższe godziny wyglądały tak : rzyga – nie rzyga- przeprasza – płacze – rzyga- śpi. A ja, jak sierotka Marysia, jedną ręką lepię pierogi, drugą smażę rybę. Jedno tu – drugie tam. Biegnę szybko mieszać bigos, żeby się nie przypalił. O godzinie 17 usiadłam przy stole, pachniałam karpiem jakbym nim była, a nie go tylko smażyła, a we włosach tyle mąki, że na drugą partię pierogów by starczyło. Przychodzi ON. Jakby nabrał kolorów i już nie pachnie wiecie czym ^^ (you know what I mean). Klęka przy moich kolanach. Przeprasza – wygłasza Litanie Świętokrzyską. Prawie żal mi się go zrobiło – ale, ale Hola! coś mi się ta gadka nie podoba, tyle cukru. Mówię: dobra, skończ, jestem wściekła! Zabiję Cię, jak zbiorę siły. Teraz odejdź, bo mam jeszcze wiele do zrobienia. Nie poddaje się, mówi dalej. Dobra, niech się wygada myślę – a ten niczym MacGyver wyciąga pierścionek z kieszeni. Pyta, czy zostanę jego żoną. W szoku jestem, odpowiadam, zakłada mi pierścionek. Mówi : Wiem, że lubisz delikatne pierścionki (ten stanowczo taki nie był), ale dostałaś taki, bo jesteś dla mnie prywatną królową Elżbietą. Bardziej kopciuszek niż królowa Elżbieta – cieszmy się, że nie powiedział ,,Żartowałem”.

  • Inez

    14.10.2018 at 20:53 Odpowiedz

    Wyrażam zgodę… historia z dziś, jak tylko zobaczyłam co on, mój (nie)mąż wyprawia to od razu pomyślałam piszę do matki Krysi! Generalnie fajny facet, człowiek orkiestra, chyba poskładałby nawet nieszczęsnego tupolewa, ale są chwile kiedy myślę sobie „Halo, o co chodzi człowieku? Gdzie się podział Twój mózg?”🙆🏼‍♀️ Do rzeczy… biedaczek się pochorowal. Wizyta u lekarza, dostał jakieś leki, wyrwany ze szpon mamusi pare lat temu, pomyślałam, że z takimi sprawami jak przyjmowanie lekow to chyba musi sobie radzić. Nic bardziej mylnego 😟 widzę, że wziął tabletkę i piana z pyska mu leci, krzywi się, stęka, mówi, że te tabletki do kitu. Biorę tabletki do ręki i nie wierze własnym oczom, mówię -Stary, to są tabletki musujące, które się rozpuszcza w wodzie, a on na to – nieprawda! Umiem czytać, jest napisane „stosować doustnie” 😯 „Stosować doustnie, rozpuścić w 1/2 szklance wody….” tak więc, to jeden z wielu powodów kiedy chętnie odłączyłabyn go od grupy numerów, a napewno nie chciałabym, żeby był ich opiekunem! 🤦🏼‍♀️ Dobrej nocy ❤️

  • Magosiat

    16.10.2018 at 21:21 Odpowiedz

    WYRAŻAM ZGODĘ.
    Już na pierwszej randce powinna mi się zapalić czerwona lampka kiedy to mój luby wylał na siebie całe piwo…może dlatego, że było to już PIĄTE! Ale ja naiwna brnęłam dalej, myśląc, że on taki zabawny, towarzyski i ma tak niesamowite poczucie humoru, że ojeja! Z latami ukazywał mi się coraz bardziej zmieniony obraz mojego mężczyzny. Zmieniał się wraz z kolejnym występkiem, wybrykiem, odwaleniem maniany czy jak kto chce tak niech to nazywa. Ilości tych historii wszystkich już nie zliczę i z każdym rokiem przychodzą nowe. No i tak sobie myślałam: może napiszę o tym jak wyprał w pralce garnitur Armaniego albo jak ukucnął przed Panem na plaży w kąpielówkach z dziurą w kroku albo może jak mnie przewiózł po cesarce przez ul. Wróblewskiego… no trudny wybór ale postawiłam na klasykę. Takie smaczki antipasti:

    1. Wakacje w Chorwacji.
    Cudownych wakacji nadszedł koniec. Przed nami 24 godzinna podróż autokarem. Ze względu na to, że już ją pokonaliśmy w jedną stronę, wiedzieliśmy, że tylko ta jeszcze kwitnąca miłość może nas uratować. Ze zmęczenia śmialiśmy się już ze wszystkiego, rzucaliśmy w siebie orzeszkami, gadaliśmy głupoty, aż przegięłam z czymś, nie pamiętam z czym, nie wiem czy zjadłam mu ostatniego orzeszka, wypiłam ostatni łyk coli, w każdym razie z grymasem na twarzy ale i śmiechem jednocześnie powiedział do mnie; ” ty ch..ju” i pacnął klapkiem w czoło….. Tak, powiedział „ch..ju” a potem jeszcze pacnął klapkiem…w czoło. Skończyła się zabawa, choć on się śmiał nadal. JA w sumie trochę też zwłaszcza z tego ch….
    Potem było jeszcze z 10 godzin jazdy, 2 przystanki na siku i herbatę, rozmawiałam z ludźmi stojąc w kolejce do siku i w ogóle było jak to w podróży pogadanki z nieznajomymi itp. Kiedy zmęczeni i wypluci znaleźliśmy się w domu i spojrzałam w lustro, okazało się, że od 10 godzin mam odbitego buta na czole…i nikt mi nic nie powiedział.
    Przecież ja z ludźmi rozmawiałam! Żodyn nic nie powiedział! żodyn!

    (notabene po powrocie do domu też odkryłam, że zrobił mi zdjęcie w drodze powrotnej jak śpię na „popielnicę”…)

    2. Grzałka
    Grzałka taka z czasów naszego wczesnego dzieciństwa, niektórzy pewnie takiego wynalazku nigdy na oczy nie widzieli. Taka co to ma kabel i wkłada się ją do szklanki z wodą, żeby ową zagotować. Nie działa. Popsuła się. Przychodzi teściowa i mówi: ” Synuś nie działa, napraw, Ty jesteś przecież inżynier, jadę nad morze z koleżankami, potrzebuję grzałkę bo herbata nocą i w ogóle no mus!” No dobra. Po paru dniach wziął się do roboty. Stoi w kuchni, lutuje, próbuje, rozkręca i skręca. Słyszę co chwila jaka ta grzałka niedobra i zła, jak mu humor psuje no bo przecież On tutaj lutuje a ona nie działa. Jednym słowem „kurwuje”. Stanęłam obok i paczam. No widzę, no robi, nic się nie dzieje ciekawego, jak to z grzałką… Włożył do kontaktu, nie działa, nie grzeje. Cuduje, coś poprawił, znowu włożył do kontaktu, dotyka od razu no i zimna! popatrzył na nią i dotknął mojej ręki tak niby dla jaj!, no bo przecież nie działa. Ha ha ale śmieszne! Nagrzała się w te 2 sekundy jak na nią się gapił i się cwana rozgrzała! Gdy dotknął mojej skóry usłyszeliśmy tylko syk, tst. Białko się ścięło i swąd opalanej kury w całej kuchni! No i przede wszystkim kurrrrrrr zabolało!!! Spojrzałam na niego jak na wariata i też mu nawrzucałam jak on wcześniej tej nieszczęsnej grzałce.
    Bliznę miałam 2 lata. Potem usunęłam laserem. No ale można powiedzieć, że ten mecz mamy zremisowany, ponieważ którejś zimy złamałam mu na nartach kość ogonową. Niechcący! 🙂

    No a prawdziwym mięsem to już było jak nie wyjechaliśmy na wakacje przez zapomnienie…(!!!)
    ale tutaj ciężko tak uczciwie znaleźć winnego. hueeee hueee! nie no, dobra, wiadomo… to wszystko Jego wina!
    Generalnie bywa bardzo ciężko. Przemyślcie to zawsze dziewczyny 16 razy zanim się zdecydujecie na dłużej 😀

  • Klaudia

    16.10.2018 at 22:26 Odpowiedz

    Wyrazam zgode. Moze i nie jestem doswiadczona jako zona, bo niby jak ma tak byc, skoro nawet terminu slubu nie ma w glowie, a co dopiero w kosciele, czy innym urzedzie. Ale nie oszukujmy sie, cos tam zycia liznelam i to nawet takiego wspolnego zycia.
    Kiedy sie poznalismy on mial byc klinem, bo wiadomo – klin klinem i te sprawy. Klin sie jednak zaklinowal, zakleszczyl sie i tak trzymamy wspolne zycie obecne i przyszle.
    Szybko zamieszkalismy razem, bo mlodzi,wiadomo, milosc, namietnosc i te sprawy. Nic z tych rzeczy. Ja szukalam kolejnego wspollokatora, bo szybko okazalo sie, ze weza w kieszeni mam i to nie pierwszego lepszego zaskronca, ale takie boa, co to w normalniej kieszeni by sie nie zmiescil, ale u mnie i owszem. Nie jestem z Poznania, nawet nie z wielkopolski, ale jakos chyba ta bliskosc tego wojewodztwa tak na mnie wplynela, ze jak zaczelo sie studencie zycie,to szkoda bylo pieniedzy na wszystko ppza jedzeniem, bo wiadomo, jesc trzeba. Wiec zamieszkalismy razem, ja chcialam bo milosc, no ale tez taniej. On tez chcial, bo milosc, ale taniej.
    Pierwsze wspolnie mieszkanie (dzielone ze wspollokatorka) to w marzeniach milosc, sex i rock and roll. Nasze wspolne zycie wybilo wtedy rok z hakiem, wiec w sumie super, ze tak szybko, ze razem, ze wspolne obiady, kolacje, sniadania niekoniecznie, bo z lozka wyjsc przed poludniem to grzech. Och, jakaz ja bylam naiwna. Szybko okazalo sie, ze tak sie dzieje, owszem, ale glownie na filmach. Przynajmniej jeszcze potrafimy sobie robic niespodzianki, prezenty, ktorych nigdy nikt nam nie dal i to nie byle jakie, o nie, ale takie od serca, co marzenia spelniaja.
    Nastal magiczny czas. Moje pierwsze urodziny spedzone razem w naszym wynajmowanym pokoju. Pech chcial, ze przypadly na jego wolne. Spedzil, wiec pol dnia u rodzicow, bo przeciez ja i tak bylam na uczelni. Mial racje, teraz to wiem, ale wtedy przeryczalam kazda wolna chwile, bo przeciez ja dla niego moge rzucic to wszystko, nauczycielka i tak nie zostane, bo sie do tego nie nadaje. No i przeciez czym sa studia, kiedy ja tutaj mam urodziny, mamy pokoj dla siebie, tyle wspanialych rzeczy powinno sie wydarzyc. Przeciez on powinien juz o szostej rano od rodzicow wrocic, sniadanie zrobic i do lozka zaserwowac. Czarna rozpacz, koniec swiata, najgorszy facet na swiecie, czym mnie Bog pokaral, co ja zlego komu zrobilam? Nooo, co?!
    Ten dzien nie byl moj. Zimno, bo zima. Snieg sie topi, mroz chwycil. Wracalam z uczelni z nadzieja, ze jest 15 i on pewnie, ten moj ksiaze, spelnienie marzen najpiekniejszych juz tam jest i szykuje cos super.
    Kupilam w markecie pierogi, maszerowalam rownym krokiem, zeby wejsc i powiedziec: -nie obudziles mnie rano pocalunkiem i sniadaniem, nie przyniosles tortu i szampana do lozka, ale to nic. Wybaczam ci to wszystko, bo oto teraz, kiedy ja mam w siacie pierogi, ty masz dla mnie czas, swietny obiad, wino i samego siebie.
    Nie powinnam wtedy tak marzyc… Po pierwsze dlatego, ze wchodzac do bloku poslizgnelam sie upadlam na moje cenne cztery litery. Po drugie dlatego, ze jego tam jeszcze nie bylo. Myslalam, ze go zabije. Jak mogl mnie tak skrzywdzic?- szlochalam. W koncu przybyl- on, najgorszy facet na swiecie, nieodpowiedzialny wladca mego serca. Pomyslalam- niech sie pokaja,wybacze. W koncu inne maja gorzej. Jak sie tak spojrzy przychylniejszym okiem, to nie jest zle. Siedzialam i czekalam. W koncu wszedl z wielka torba. Pomyslalam sobie- ocho, przynajmniej sie postaral. Jednak mnie jeszcze kocha (nie jestem materialistka, ale w urodziny zawsze jest milo dostac wymarzony prezent od ukochanego). Oczywiscie od samych drzwi pokazywalam mu jaka to jestem obrazona. Niech wie, niech sie kaja. W koncu w MOJEJ GLOWIE mielismy zaplanowany caly dzien razem, a on zawiodl. Nie przeprosil, bo tez i nie mial za co. Skad ten biedny chlop mial wiedziec, ze ja sobie wymyslilam co ma zrobic tego dnia. Nie powiedzialam? A nie mogl sie domyslic?
    No ale w koncu wielkodusznie postanowilam mu wybaczyc. Caluski, wiadomo, co sobie bede psuc reszte urodzin. Moj luby daje mi w koncu ten wielki prezent, ja prawieze szczam w gacie,bo juz wyobrazam sobie co to moze byc. Otwieram pelna nadziei i co widze?
    Noo kurde, wielki, za duzy, bialy szlafrok w czarne kropki. Popatrzylam na niego ze lzami w oczach i spytalam: -kochanie, co to jest?
    -nie widzisz, szlafrok.
    -dlaczego on wyglada jak krowa i po co mi szlafrok? Czy widziales, zebym kiedykolwiek miala na sobie jakikolwiek szlafrok?
    -No nie, bo nie mialas.

    Kurtyna

  • Magosiat

    16.10.2018 at 22:29 Odpowiedz

    WYRAŻAM ZGODĘ.
    Już na pierwszej randce powinna mi się zapalić czerwona lampka kiedy to mój luby wylał na siebie całe piwo…może dlatego, że było to już PIĄTE! Ale ja naiwna brnęłam dalej, myśląc, że on taki zabawny, towarzyski i ma tak niesamowite poczucie humoru, że ojeja! Z latami ukazywał mi się coraz bardziej zmieniony obraz mojego mężczyzny. Zmieniał się wraz z kolejnym występkiem, wybrykiem, odwaleniem maniany czy jak kto chce tak niech to nazywa. Ilości tych historii wszystkich już nie zliczę i z każdym rokiem przychodzą nowe. No i tak sobie myślałam: może napiszę o tym jak wyprał w pralce garnitur Armaniego albo jak ukucnął przed Panem na plaży w kąpielówkach z dziurą w kroku albo może jak mnie przewiózł po cesarce przez ul. Wróblewskiego… no trudny wybór ale postawiłam na klasykę. Takie smaczki antipasti:

    1. Wakacje w Chorwacji.
    Cudownych wakacji nadszedł koniec. Przed nami 24 godzinna podróż autokarem. Ze względu na to, że już ją pokonaliśmy w jedną stronę, wiedzieliśmy, że tylko ta jeszcze kwitnąca miłość może nas uratować. Ze zmęczenia śmialiśmy się już ze wszystkiego, rzucaliśmy w siebie orzeszkami, gadaliśmy głupoty, aż przegięłam z czymś, nie pamiętam z czym, nie wiem czy zjadłam mu ostatniego orzeszka, wypiłam ostatni łyk coli, w każdym razie z grymasem na twarzy ale i śmiechem jednocześnie powiedział do mnie; ” ty ch..ju” i pacnął klapkiem w czoło….. Tak, powiedział „ch..ju” a potem jeszcze pacnął klapkiem…w czoło. Skończyła się zabawa, choć on się śmiał nadal. JA w sumie trochę też zwłaszcza z tego ch….
    Potem było jeszcze z 10 godzin jazdy, 2 przystanki na siku i herbatę, rozmawiałam z ludźmi stojąc w kolejce do siku i w ogóle było jak to w podróży pogadanki z nieznajomymi itp. Kiedy zmęczeni i wypluci znaleźliśmy się w domu i spojrzałam w lustro, okazało się, że od 10 godzin mam odbitego buta na czole…i nikt mi nic nie powiedział.
    Przecież ja z ludźmi rozmawiałam! Żodyn nic nie powiedział! żodyn!

    (notabene po powrocie do domu też odkryłam, że zrobił mi zdjęcie w drodze powrotnej jak śpię na „popielnicę”…)

    2. Grzałka
    Grzałka taka z czasów naszego wczesnego dzieciństwa, niektórzy pewnie takiego wynalazku nigdy na oczy nie widzieli. Taka co to ma kabel i wkłada się ją do szklanki z wodą, żeby ową zagotować. Nie działa. Popsuła się. Przychodzi teściowa i mówi: ” Synuś nie działa, napraw, Ty jesteś przecież inżynier, jadę nad morze z koleżankami, potrzebuję grzałkę bo herbata nocą i w ogóle no mus!” No dobra. Po paru dniach wziął się do roboty. Stoi w kuchni, lutuje, próbuje, rozkręca i skręca. Słyszę co chwila jaka ta grzałka niedobra i zła, jak mu humor psuje no bo przecież On tutaj lutuje a ona nie działa. Jednym słowem „kurwuje”. Stanęłam obok i paczam. No widzę, no robi, nic się nie dzieje ciekawego, jak to z grzałką… Włożył do kontaktu, nie działa, nie grzeje. Cuduje, coś poprawił, znowu włożył do kontaktu, dotyka od razu no i zimna! popatrzył na nią i dotknął mojej ręki tak niby dla jaj!, no bo przecież nie działa. Ha ha ale śmieszne! Nagrzała się w te 2 sekundy jak na nią się gapił i się cwana rozgrzała! Gdy dotknął mojej skóry usłyszeliśmy tylko syk, tst. Białko się ścięło i swąd opalanej kury w całej kuchni! No i przede wszystkim kurrrrrrr zabolało!!! Spojrzałam na niego jak na wariata i też mu nawrzucałam jak on wcześniej tej nieszczęsnej grzałce.
    Bliznę miałam 2 lata. Potem usunęłam laserem. No ale można powiedzieć, że ten mecz mamy zremisowany, ponieważ którejś zimy złamałam mu na nartach kość ogonową. Niechcący! 🙂

    No a prawdziwym mięsem to już było jak nie wyjechaliśmy na wakacje przez zapomnienie…(!!!)
    ale tutaj ciężko tak uczciwie znaleźć winnego. hueeee hueee! nie no, dobra, wiadomo… to wszystko Jego wina!
    Generalnie bywa bardzo ciężko. Przemyślcie to zawsze dziewczyny 16 razy zanim się zdecydujecie w ofercie rodzinnej na dłużej 😀

Post a Comment