Cześć Synu.

12884391_10206167687097397_1890965268_n — kopia

Cześć Synu.

   Odespałam. A właściwie cały czas hibernuję. Odstawiam Ryśkę do żłobka, wracam do domu, podłączam Młode do centrum dowodzenia snem i płaczem, mleko płynie, usypiam… odlatuję w duecie z synem i przesypiam do godziny zero, kiedy trzeba wsiąść w auto i apiać pojechać po Starszaka. Z drobnych osiągnięć ostatnich dwóch tygodni wymieniam popłacone rachunki, ogolone, już prawie zarośnięte jak sarnie, racice dwie moje, opanowane na nowo siadanie na toalecie bez trzech punktów podparcia – wanna -> kaloryfer -> podłoga i przywiązywanie większej wagi do jakości zakładanych przeze mnie ubrań. Prasowałam. Malowałam się. Nałożyłam niezły klar na palce u stóp. Macałam bazie w ogródku interesując się nawet ich teksturą. To dużo. Bardzo dużo. Blisko dwa tygodnie temu urodziłam syna przecież. Przed nim, a właściwie na koniec jego w moim ja, nie interesowało mnie już nic. Nic mnie nie interesowało jak teraz.

 

 

Czwartek, 10. marca.

 

 

Wstałam przed dziewiątą rano jak zawsze, kiedy łaskawością czasu sypnęła Krystyna. Z łóżka zwlekłam się na dziesięć póz, dwadzieścia stęknięć, i trzy bujnięcia na boczki, żeby wpaść w tą magiczną ciążową sinusoidę, drgania ułatwiające wyjście z progu. Wstawiłam wodę na herbatę, usiadłam na siusiu, w tle bulgotał czajnik. Pstryk. Zagotowana. Czas się odessać od sociali, zaparzyć czaj, odstawić kolejne labado z trzynastokilogramową córką w wózku bez kółka, przejść się na spacer, może coś zgubić, coś znaleźć, ale przede wszystkim rozruszać Młode, co się we mnie zadomowiło na dobre. Dziewiąta rano. Wyglądam jak Buka z Muminków, czuję się jak Buka z Muminków. Powłóczę jak Buka z Muminków. Ciało bez oznak porodu. Dziewiąta piętnaście. Siorb herbatkę, tyka zegar, telefon do mamy, standardowy zestaw pytań: – I jak?

 

 

Srak.

Chciałoby się rzec, ale serce matkę kocha, więc posłusznie prawi, że bez zmian mamo, bez zmian… Dziewiąta piętnaście, totalna cisza. Morze moje spokojne. Przycumowane na Mazurach małe łódki uderzają ospale o molo macicy, słychać metalowe mocowania obijające się o siebie. Woda pluska o drewno. W szuwarach żaby. Nie ma nic, tylko łopotanie żagli na delikatnym masztu wietrze. Jakiś cuchnący tanią wódką stary marynarz pogrywa szanty na zardzewiałych strunach swojej małej Alvaro. Wszystko ospałe. Nieme. Dziewiąta dwadzieścia. Miało być jak kula śniegowa, pomału i do celu, od piłeczki po walec, miało być jak kiedyś, czas na racjonalne myślenie i śpiewanie rozczulających utworów Lecha Rocha Pawlaka o stopach antylopy, miało być spokojnie i z głową.

 

 

Pięć minut od żab, masztu, wody i śmierdzącego dziadka z gitarą.

 

 

Dziewiąta dwadzieścia.

 

MATKO! KOCHANO! BOŻE! BOŻENKO! Wpadłam w imadło i nie mogłam wyjść. Padłam na kolana w mojej małej kuchence, oparłam się głową o szafkę i zaczęłam się poważnie bać. Tak oto klęczałam na starym dywanie, w pokoju przebudzała się zainteresowana dwulatka, małżonek trzysta kilometrów od domu dzień wcześniej zwątpił, że kiedykolwiek się rozpakuję i wrócił do pracy, na zadupiu miasta sama, łapiąca wody w ręce złączone w łódkę, skurcze co pięć minut. Rodzę. Za szybko. Za intensywnie. Nie zdążę. Boję się, ale chcę, DRŻĘ I ŁZY KAPIĄ, ale z ciała bucha adrenalina. Jak wielka, spocona lokomotywa. Motywacja. Kolejne minuty lecą, weź się w garść! Dzwoń!

– Grzesio. Wracaj do domu. Zaczęło się. – Zdążyłam wycedzić przez zęby z Łodzi do Wrocławia, w dziesięć minut pod domem znalazła się taksówka z mamą, stary Golf z tatą, teść w drodze przecinał miasto w Almerze. Przy boku Matki stanęła Jerza Drużyna Pierścienia.

 

 

Po piętnastu najdłuższych minutach życia w pierdziolinie mojego ojca, Golf 1 rocznik nie-chcę-wiedzieć-który, łamiąc wszystkie możliwe przepisy ruchu drogowego, wchodząc w zakręty na dwóch kołach dojechałam do szpitala. Na kolanach do izby przyjęć. Niemyśląca już trzeźwo na fotel. Pamiętam lekarza bez włosów. Pamiętam badanie. Dziewiąta piętnaście pije herbatę. Dziesiąta pięć nie mogę oddychać, jak przez mgłę, ledwo, dobiega do mnie dyskusja z położną. – OSIEM, MAMY OSIEM CENTYMETRÓW! Wózek!

 

 

Nic mnie tak nie przerażało jak to, że nie ma obok Grześka. Że będę rodzić sama, ewentualnie z mamą, o ile ta nie spanikuje, zabierze torebkę, laćki i wyjdzie. Kwestia przywitania syna z Nim, z tym co mnie nosił na rękach na obozie w Białce 14!! lat temu, była na miarę misji życia, ale natura chciała już. Chciała szybko i bez zbędnych ceregieli. Co się działo potem – rzeczywistość. Był ból, ale ból musi być. Ten ból przypomina Ci po co tu jesteś i co czeka na Ciebie za rogiem. Łzy, oddech, który łapałam, ale jak z zarzuconą na głowę reklamówką, jak karp w siatce na święta, niepokój, że jestem sama, sztab ludzi do łapania za ręce. Sztab ludzi, którym bezgranicznie dziękuję. I kiedy poczułam już, że na nas czas, że już nie ma „jeszcze chwilę”, podciągnęłam pod brodę kolano czekając na decydujące skurcze do pokoju wszedł mój mąż. – Dzień dobry. Jestem Mąż. I jestem. – oznajmił. Już dawno jego widok tak mnie nie ucieszył, dawno nie dodał mi super mocy, nie przypiął znaczka dzielnej dziewczyny, obecność Ojca zdjęła mi z ust ten plastikowy worek. Złapałam w płuca świeże powietrze. GG chwycił mnie za rękę, zacisnął pięść wymownie i przysunął moją głowę do siebie. – Już jestem. Dasz radę. – uspokoił sztorm w głowie.

 

 

12:17, 10.03.2016, pokój rozdziera płacz małego chłopca. Z Ojcem i Matką wita się Jerzy. Od totalnej odmowy współpracy do ofensywy absolutnej przeszedł, nasz młody człowiek, w dwie i pół godziny.

 

 

Nie ma.

 

 

Nie ma dla mnie na świecie bardziej głębokiego, dudniącego i przeszywającego każdą część ciała dźwięku, tonu, pieśni, niż płacz wychodzących do życia, witających się z powietrzem i byciem, moich dzieci. Wszystkie bóle, zwątpienia i rezygnacje spadają z przeciwwagi, kiedy zapętlone we mnie i z ze mnie jak nic innego Życie, zaczyna rozdział pierwszy na gołej piersi. Automatycznie jak w komputerze najwyższej klasy, zaprogramowana do opieki, jak samica każdego gatunku, wyczekuję słów lekarza. Czy zdrowy. Czy cały. Czy dzielny. Biorę w ręce bijące już na całego serce, jak suka psa zagarniam pod pachę sine stworzenie, niepewnie podchodząc do kręcących się wokół obcych kalkuluję komu można oddać pod opiekę, komu nie. Komu dać pogłaskać, komu odgryźć rękę. Rodzą się we mnie instynkty najwyższe, najlepsze. Instynkty najsze. W tym pokoju urodziłam się znowu, w tym pokoju urodził się człowiek. MÓJ człowiek.

 

Dzień dobry Synu po raz wtóry. Jesteś. Bądź. Trwaj. Zakorzeniaj śmiało w naszej ziemi i trzymaj w pionie to drzewo jak cała reszta.

 

 

Nos jak groszek.

Rączka jak piętka chleba.

Jurek, ogórek, kiełbasa i sznurek.

12:17/10.03.16/4030/58

 

 

170307 BGB C3 Kite 800x200 4Kids

Krystyno_nie-_denerwuj_2

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

40 Comments

  • Kasia

    23.03.2016 at 00:13 Odpowiedz

    Mamo Krystyny i Jerzego…ja wiem, że matka wie najlepiej, ale czy ty kobieto aby dat nie pomyliłaś….10 kwietnia jest wpisany na górze :)

    • MamaRysiowa

      23.03.2016 at 00:15 Odpowiedz

      true story. dzięki 😉

  • Kasia

    23.03.2016 at 00:20 Odpowiedz

    a poza tym….pięknie po prostu.
    Widzę, że nawet poród to jak zwykle u Ciebie niezbyt spokojnie i w sposób nie za bardzo poukładany. Całe morze emocji wynagradza wszelkie trudy. Pięknie. Witamy Jerzego.

  • agnieszka

    23.03.2016 at 00:23 Odpowiedz

    za serce ścisnęłaś znów <3 zdrowia dla Was :*

  • Karolina

    23.03.2016 at 00:27 Odpowiedz

    Pięknie napisane. Scenariusz jak u mnie. Nie 2 g 11 minut i syn na świecie! Gratulacje dla matki rodzicielki w ojca stworzyciela i na pewno najlepszej starszej siostry. I Jerzego ciumam w nosek 😀

  • Agata - Ruby Times

    23.03.2016 at 01:12 Odpowiedz

    Wow. Ile emocji, wzruszyć się można, zwłaszcza 3 tygodnie przed własnym porodem.
    I tak, jest ból, pot, krew i łzy, ale jest w tym przeżyciu coś wspaniałego, pierwotnego. Za każdym razem :)
    Pozdrawiam!

  • Natalia

    23.03.2016 at 02:04 Odpowiedz

    Tak sobie czytam od początku to i owo. Jestem Mamą niespełna dwulatka a jego brat lada moment powita ten świat i tak się wczulam w te historie że na wejście Ojca się posmarkalam jak na dobrym filmie :) będę czytać dalej mimo że nie zostawiam widocznych śladów. Pozdrawiam! Lubię tu zaglądać!

  • Sylwia N

    23.03.2016 at 03:21 Odpowiedz

    Uwielbiam Pani opisy i historie :) Jeżeli kiedyś napisze Pani książkę, koniecznie ją kupię ! Pozdrawiam Krystynę, Jerzego i resztę rodzinki :)

  • Świeża Żona

    23.03.2016 at 04:41 Odpowiedz

    Jak sobie pomyślę, że jeszcze tyle mnie czeka! Chciałabym już, a tu sprawa nie taka prosta… Gratulacje dla Ciebie, Małżonka, Krysi, no i buziaki dla Jerza ;** Fajnie się Ciebie czyta :)

  • Magda

    23.03.2016 at 07:06 Odpowiedz

    Ale się spłakałam jak ten Twój Mąż w końcu dotarł! Pięknie! I gratulacje!:)

  • alex

    23.03.2016 at 07:55 Odpowiedz

    a u mnie 7.49. rano. usiadłam właśnie z kawą, robię codzienny przegląd “prasy”, młode biega, krzyczy, bawi się, patrzy na kucyki Pony. A ja??? kap, kap, kap. Czytam Cię i łzy mi lecą…..Rozczulam się nad Waszą niezwykłą historią :) Super się spisałaś/ spisaliście :) Cudownie, że Rysiowy Tata dojechał :) Gratuluję Wam cudownego synka ! Ja czytając Ciebie wspominałam pierwszy krzyk mojej córeczki…niezapomniane chwile…. Pozdrawiam serdecznie dzielna KrysiowoRysiowa Mamo!!!!!

  • Emka

    23.03.2016 at 08:28 Odpowiedz

    I się popłakałam. Wzruszyłam. Pal licho te pińcet. Dla chwili, gdy Twoje dziecko przychodzi na świat warto wszystko. Aha, moje pierwsze słowa po urodzeniu syna: ,,Ale jaja, mamy dziecko”. A Twoje ? 😉 😀

  • BonaLisa

    23.03.2016 at 08:44 Odpowiedz

    Ależ Mąż musiał zapierdalać na trasie :)
    Ale może nie dostanie zdjęcia na pamiątkę 😉

  • Marta daft

    23.03.2016 at 08:52 Odpowiedz

    Uwielbiam wszystko co piszesz a to rozwalił mnie doszczętnie ☺dziękuję za te emocje ☺buziaki i zdrówka dla Krystyny i Jerzego 😙😙i morza cierpliwości dla Was rodziców 😙😙

  • Andrzej Wróblewski

    23.03.2016 at 08:53 Odpowiedz

    Gratulujemy rodzicom i siostrzyczce no i powtórnym dziadkom,
    My 3 dni wcześniej przeżywaliśmy ten cud i żona też twierdzi że moja obecność była dla niej kluczowa :)
    Brawo Wy, Brawo My 😀
    Zdrówka i szybkiego powrotu do formy
    Pozdrawiamy ze słonecznej Gdyni gdzie czas zaczął swój początek od 07.03 :)

  • Basia

    23.03.2016 at 09:05 Odpowiedz

    się zryczałam ze wzruszenia, a w pracy jestem :-)
    witaj Jerzy

  • Zebra

    23.03.2016 at 09:14 Odpowiedz

    Spłakałam się jak bóbr! Nie nadaje się do czytania takich tekstów. Wszystko przede mną, jeszcze 3 tygodnie…
    Gratuluje maleństwa!

  • Magda

    23.03.2016 at 09:23 Odpowiedz

    Nie moge, czytam i rycze… Przypomina sie wszystko z tego wyjatkowego dnia, a bylo to dopiero 10 mcy temu. Cudowna chwila dla kazdej kobiety, cudowny moment, w ktorym zaczynasz zyc dla kogos, nie dla siebie.
    Razem z Tymonem pozdrawiamy MameRysiowa, Krystyne, GG i witamy Jerzego po raz kolejny 😉

  • Margret

    23.03.2016 at 09:25 Odpowiedz

    Aż mi się zachciało kolejnego potomka urodzić :-) Gratulacje, uściski i życzenia jeszcze wielu wzruszeń i morza powodów do uśmiechu.

  • Dziubkowa

    23.03.2016 at 09:36 Odpowiedz

    No i się zryczałam konkretnie.
    Poprzypominało mi się wszystko ach….
    uwielbiam Cię.

  • Magdalena K.

    23.03.2016 at 09:56 Odpowiedz

    Łezka się w oku kręci, pięknie to opisałaś:) Gratulacje dla Was i wszystkiego dobrego dla Synka:)

  • AgaB

    23.03.2016 at 10:20 Odpowiedz

    Aż się poryczałam. Uwielbiam czytać co piszesz. sama urodziłam synka tydzień wcześniej ledwo zdążając do szpitala 😉 zostawajac z tesciami, którzy na szczęście zdążyli przyjechać 200 km, niespelna 3 letnia córkę. pozdrawiam gorąco z małym Grzesiem i starsza Gabi

  • Dziubasowa

    23.03.2016 at 11:10 Odpowiedz

    Boszsz, miesiąc po narodzinach mojego pierworodnego hormony dalej żyją własnym życiem – wzruszyłam się w momencie kiedy na porodówkę wszedł mąż Twój 😉
    I za każdym razem kiedy mój mały Stękacz skrzeczy wniebogłosy i myślę, że już nigdy więcej, tak naprawdę wiem, że chcę jeszcze jedno takie małe gołe i wrzeszczące położone na moim brzuchu po tym, jak znów zedrę sobie płuca i gardło 😉
    Cmokam , gratuluję!!! :*

  • Dziubasowa

    23.03.2016 at 11:10 Odpowiedz

    Boszsz, miesiąc po narodzinach mojego pierworodnego hormony dalej żyją własnym życiem – wzruszyłam się w momencie kiedy na porodówkę wszedł mąż Twój 😉
    I za każdym razem kiedy mój mały Stękacz skrzeczy wniebogłosy i myślę, że już nigdy więcej, tak naprawdę wiem, że chcę jeszcze jedno takie małe gołe i wrzeszczące położone na moim brzuchu po tym, jak znów zedrę sobie płuca i gardło 😉
    Cmokam , gratuluję!!! :*

  • Goś

    23.03.2016 at 11:18 Odpowiedz

    Siedzę przed komputerem, czytam Twój wpis, łzy lecą ciurkiem… Za miesiąc mam termin porodu, pierwszego, i póki co przeraża mnie myśl o nim… ale dodałaś mi otuchy swoim opisem, wzruszyłaś i tak sobie myślę, że przecież musi być dobrze, będzie ból, dużo bólu, będą łzy.. ale będzie też najwspanialsza nagroda i tego będę się trzymać :) dzięki!

  • Pat

    23.03.2016 at 12:07 Odpowiedz

    Jak Ty pieknie umiesz przelac emocje “na papier”. Myslalam, ze dam rade, ale czytajac o pojawiajacym sie w progu ojcu emocje W ROBOCIE wziely gore. Jezu, jak ja sie boje, ze tez zostane wtedy sama. Nie wyobrazam sobie. Mam kolezanke zarezerwowana na wszelki wypoadek, nawet wakacje zarezerwowala na inny meisiac zeby byc w pogotowiu przy mnie. Wszystkiego dobrego Wam zycze i ciesze sie, ze porod odbyl sie bez komplikacji. PS: Masz zdjecia na “posilki w szpitalach”? 😉

  • Martek

    23.03.2016 at 12:09 Odpowiedz

    Piękne
    Zwyczajnie, po ludzku, piękne.
    Świat staje w tym momencie właśnie.
    Daj Boże przeżyć to raz jeszcze .Proszę .

  • Dominika

    23.03.2016 at 12:17 Odpowiedz

    Jakże wzruszającym momentem są narodziny życia! Mamo Rysiowa popłakałam się, sama 6 tygodni temu przeżywałam podobne emocje przy narodzinach pierworodnego. Bez męża nie wiem czy dalabym radę :) pozdrawiam Was serdecznie!

  • Inna Kasia

    23.03.2016 at 13:14 Odpowiedz

    Wzruszyłam się nieco.
    Tata super bohater. Powaga. Pełen szacun dla, że dotarł. I to w jakim momencie!
    ******
    A tak z własnego doświadczenia powiem, że z trzecim będzie jeszcze szybciej.
    Po tym jak mi wody odeszły, a raczej położna pomogła im się wylać, od razu zaczęłam rodzic, doslownie (a wczesniej nic, 7cenyumetrowa jama i odpoczywałam sobie). Przy czwartym skurczu wyskoczyło dziecię. 10 minut!
    Gdyby wody odeszły mi w domu, to chyba sama bym sobie odebrała poród.

  • Ania z Osobiedlamnie

    23.03.2016 at 13:14 Odpowiedz

    Cudnie:)
    Za mną dwa takie momenty. Wyczerpania i euforii. Szczęścia nad wyraz. Przez łzy.
    Momenty, które trwają jakoby do dziś.
    I ta ulga po drugim. To już ostatni raz na tym czymś.
    Są dwa Ludzie nasze. Cuda dwa.
    Świetnie piszesz. Świetnie.

  • M.A.I.A

    23.03.2016 at 14:29 Odpowiedz

    Jesteś niesamowita. Dopiero dzisiaj Cię tu znalazłam, ale będę zaglądać na pewno! Wejście GG musiało być dla Ciebie bezcenne. Witamy Jerzego. a resztę pozdrawiamy!

  • Nina

    23.03.2016 at 22:45 Odpowiedz

    I ode mnie ciepłe słowo. Wpadłam jakiś czas na chwilę i zostaję. Dla wzruszeń, dla uczuć, dla emocji, które tutaj są. A ode mnie myśl i dwie łzy, które pojawiły się w trakcie czytania. Czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy.

  • Rydi

    24.03.2016 at 00:26 Odpowiedz

    Mam dopiero albo aż 18 lat, uwielbiam Pani blog. Przy tym wpisie, się popłakałam – Kobieto jesteś niesamowita! Jestem wielką fanką!
    Rydi

  • OlaKombinuje

    27.03.2016 at 00:23 Odpowiedz

    Tak się wzruszyłam, że napisałam caps lockiem cały komentarz i piszę od nowa 😛 Piękne to wyznanie :) Piękne imię Jerzy :) Szczęścia :)

  • Ania

    31.03.2016 at 12:59 Odpowiedz

    Ciekawe czy będzie zdjątko :)

  • skowroneczka

    29.04.2016 at 15:33 Odpowiedz

    Gratulacje! U mnie rowniez dziec numer dwa, cora, 26 luty. I podobnie, zero wspolpracy, a potem siup, na izbe, dwie godziny i wyskoczyla z mamusi. I spi sobie slodko w swoim rozowym do zrzygu wozku. Kocham. Wszystkiego naj dla Was.

  • czukerek

    14.07.2016 at 13:21 Odpowiedz

    Nosz kurrrr… Uryczalam się jak norka jak za czasów kiedy sama byłam jeszcze w dwupaku. Myślałam że to ciazowe hormony tak na mnie działały a tu dupa. Dziec po drugiej stronie brzucha już prawie rok a ja dalej rycze jak posrana czytając o tym jak inne kobiety radzą sobie z porodem. Fragment w którym GG wchodzi na salę i mówi te słowa które każda baba chciałaby usłyszeć powalił mnie na cycki ;(

  • dmz2

    06.08.2016 at 12:53 Odpowiedz

    No i się poryczałam… :)

  • Beata

    10.03.2017 at 09:55 Odpowiedz

    Czytam i czytam a łzy ciurem lecą mi po policzkach, u mnie nie rok równe 5 miesięcy gdy o 8:30 Stasiula zawitał na nasz świat. Przecudowny teks. Wszystkiego najlepszego dla Jerzego z okazji pierwszych urodzin.

  • Julita

    11.03.2017 at 13:24 Odpowiedz

    Jezusie, poryczałam się… naprawdę :) Ja to jest napisane, te emocje… w pewnym momencie sama czekałam na Twojego mąża, czy zdąży 😀

Post a Comment