Coś mi tu śmierdzi, proszę Sąsiadki.

Coś mi tu śmierdzi, proszę Sąsiadki.

Wrócę dzisiaj do czasów zaawansowanej ciąży i tych wszystkich pięknych chwil, które mnie uraczyły swą obecnością.  Opowiem wam historię o tym jak zostałam cichym bohaterem w bloku a sąsiad z parteru do tej pory dochodzi, kto jest odpowiedzialny za zdemolowanie mu okiennic  i zamka w lichych, drewnianych drzwiach, ale od początku…

Głębokie lato, tropiki wręcz, ludzie w roztopionym asfalcie gubią buty, u mnie w mieszkaniu pootwierane wszystkie okna, całe dwa, plus drzwi na klatkę co by trochę przeciągu w domostwie zaznać.  Młoda w bębnie maszyny losującej wierciła się jak ta lala, kopała w żebra, ja co chwila marudziłam nad losem, pies umierał z gorąca na mokrym ręczniku w łazience. Znudzona zapuszczaniem ciążowych korzeni postanowiłam opuścić mieszkanie i dla zdrowia swojego i Młodej wybrać się na spacer na pobliskie targowisko. Wystroiłam się w coś w co byłam się jeszcze w stanie wcisnąć, podmalowałam oko i poszłam. Schodząc po klatce już na samym początku poczułam niepokojący zapach. W związku z tym, że na tamten czas czułam zapach skórzanego paska w spodniach tak dokładnie, jakbym go dwa razy przeżuła i wypluła, a przez otwarte okno docierał do mnie smród kładzionego dwie przecznice dalej asfaltu nie przejęłam się zbytnio zjawiskiem. Byłam jak pies policyjny, węch wyostrzony do granic możliwości. Na parterze nozdrza mi się rozszerzyły, nos zatrzepotał. Wyczuły!  Wyczuły coś  niedobrego moje wszechobecne receptory! Nie wiem jak bardzo niepoważnie musiałam wyglądać wtykając nos w szczelinę drzwi sąsiada szukając źródła smrodu i jak bardzo musiałam przestraszyć psa, z którym jak w lustrzanym odbiciu obwąchiwałam przerwę między  podłogą, ja z jednej, on z drugiej strony, ale jedno było pewne, śmierdziało  mi gazem.  Zdawałam sobie sprawę, że rzucenie luźno hasła „ulatnia się gdzieś gaz” w bloku sprzed wojny, który stoi na kurzej łapce to tak jak zakrzyknąć  „dziwnie to skrzydło wisi proszę pani” na pokładzie lecącego samolotu. Morda w kubeł – pomyślałam, idź na zakupy, jak wrócisz to już dawno wywietrzeje.  Jak pomyślałam tak zrobiłam, z lekką niepewnością oddaliłam się z miejsca zdarzenia, mając w tyle głowy myśl, czy będę w stanie zdrapać psa z chodnika jak wrócę i okaże się, że wszystko wyleciało w powietrze.

Na targowisku jak to zwykle bywa, masa ludzi, warzyw i śmieci –  podróbki made in China, tu na wieszaku wstrętne gacie stringi w rozmiarze 7XL na pupkę wielkości pomarańczy (nie wiem jak w Chinach wygląda kobieta w rozmiarze 7XL, ale na pewno nie tak jak u nas)  tam w pudle „portWele” ze skóry organicznej sklejone na ślinę, a jeszcze dalej cyganka wróży z kart (i wyrwanych w ferworze walki włosów niczego nieświadomych pań, tak zdarzyło mi się. Dramat). Moja podróż zakończyła się nielegalnym wypiciem zimnego, pomarańczowego, bąblowanego napoju ( wiem, że w ciąży mi nie wolno, ale Ryśka miała inne plany), powrotem tramwajem z napuchniętymi stopami i generalnym spadkiem formy. Przyznam, że na chwilę zapomniałam o domniemanym alarmie gazowym tym bardziej, że podchodząc do klatki blok prężnie stał, ptaki śpiewały, ludzie uśmiechnięci. Przesadzam jak zwykle…

Wchodząc do budynku uderzył mnie w twarz smród butli. No jak w mordę strzelił komuś ulatnia się gaz, ja mam mało czasu na zbawienie świata i jak to zwykle bywa nikt nie chce mi uwierzyć, że czuje co czuję! Nieznany mężczyzna na klatce zaczepiony przeze mnie w celu wykonania kontroli nosem czy faktycznie śmierdzi stwierdził, że wyolbrzymiam, bo jestem w ciąży, że on nic nie czuje, a przecież poczułby, mężczyźni czują takie rzeczy, prawda?! Sąsiadka, do której zapukałam nie mogła mi pomóc bo musiałaby się ubierać, ale na jej oko (a właściwie nos) to ona nic przez te swoje uchylone na łańcuszek drzwi nie czuje. Przesadzam. Mam iść do domu i gładzić brzuszek. Rewelacja. Jak pizgnie to niechże chociaż nie boli zbytnio, poproszę.  Nie poddałam się i w celu potwierdzenia przypuszczeń wezwałam posiłki w postaci kolegi taksówkarza, który specjalnie na tę okoliczność pokonał góry i doliny. I tak staliśmy we dwoje a to z nosem  w drzwiach sąsiada a to z głową w kratach okien mieszkania (parter) i debatowaliśmy o oczywistym jak dla mnie smrodzie.  Wezwane początkowo pogotowie gazowe też miało ze mnie ubaw i patrzyło jakbym co najmniej rozmawiała z niewidzialnym przyjacielem. Szybko miny zrzedły jak czujnik zwariował a jeden z panów krzyknął do kolegi – „Sławeek! Sła-wek! Propan butan kuerwaaa!!!”

Późniejszy ciąg wydarzeń to panika pana Sławka, kilka zastępów miejskiej straży pożarnej, łom w drzwiach sąsiada i zdezorientowany pies, który po otworzeniu drzwi „z kopa” przez pięciu chłopa schował się pod krzesłem. Jak to w takich sytuacjach bywa tłumy ludzi na zewnątrz nadzorowały prace straży palcem czując już oczywisty smród everywhere! Okazało się, że pan Sąsiad nie dokręcił butli gazowej, wyszedł do pracy  i podał nas Śmierci na tacy. Sam wróciwszy z pracy rzucał mięsem na prawo i lewo, kto go tak urządził i drzwi rozwalił. Pies pewnie do tej pory pod krzesłem siedzi.

Tak oto Matko Naturo czas podziękować za dobrodziejstwa ciąży, bo gdyby nie mały Ryś plumkający w moim brzuchu, mogłabym już do was tak miło nie pisać. Sąsiad zamek wymienił, pies przeżył a ja nadal nie doczekałam się odznaczenia minimum plastikowym  pucharem za zasługi.  Sąsiadka przyodziała fartuszek, wylazła na klatkę i potwierdziła moją teorię gazową. Nie trudno było nie potwierdzić jak brygada strażacka wietrzyła już zdemolowane lokum a pani z policji spisywała zeznania. Szanowni Państwo proszę nie bagatelizować rozterek ciężarnych. Oprócz tego, że śmiesznie chodzą, trochę marudzą i mają fochą – mogą sprawić cuda. Uratowałam sąsiadów, misja „GAZ” zakończona.

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

4 komentarze

  • begginyou

    12.02.2014 at 12:10 Odpowiedz

    Ty to masz nosa…. szkoda, że wcześniej nie wiedziałem. Od jakiegoś czasu coś mi śmierdzi pod zlewem i nie są to śmieci. Posprzątane i nadal śmierdzi. Myślałem na początku że się kot zebździł i zostawił gdzieś baton ale nadal capi jak capiło a była kontrola organoleptyczna oraz oko-wizja.

    Może jak Cię Zohę GG znów swoją różdżką pyknie pozytywnie to wpadnij mi zrobić rekonesans nochalem. Zapłacę – to może być coś niebezpiecznego, pałeczki koli albo uranu. Brudna woda albo ciężka woda się zasadziła na mnie.

    A może to coś poważniejszego jeszcze?
    Przecież różne rzeczy się dzieją… Pamiętam jak sąsiady próbowały spuścić do kanalizacji kurczaka całego bez głowy. Wynikiem tegoż była akcja panów Jeży Kanalizacyjnych z jakaś tajemniczą ruro-sprężyną.
    Ileż fekalionów, batonów, medalionów z brązu za trzecie miejsce w wyścigu toaletowym było można na parterze spotkać… i te okrzyki:
    *Kurwa KURCZAK! Cały ! Bez głowy !*
    Tylko kurczak bez głowy mógł być takim bezmózgiem i skoczyć w celu ratowania siebie niczym *Uciekające Kurczaki* do kibla…bezgłowiem w dół. No i zapchał kanalizację w kamienicy…

    Żarty żarami… był jeden przypadek kurczaka, któremu ucięli tak niefortunnie łeb, że żył jeszcze parę miesięcy i pojechał z właścicielem w tournee po ju es and ej. Taki jeździec bez głowy… tudzież nielot.

    Google wiedzą, w Google poszukać.

    Wracając do samo-sedna…

    Ty masz nosa, Ty Zohę wywąchasz co mi tam tegez.

  • ~gumofon

    12.02.2014 at 12:14 Odpowiedz

    Begginyou to ja… nie wiem czemu dziś Gumofon sie na Begginyou zamienił. Taki TUFEJS jestem jakiś.
    Zaaferowany kurczokiem nie sprawdziłem jak się podpisuję…

    exkjuze mła.

    • ~monday wkurf we srode

      12.02.2014 at 16:21 Odpowiedz

      @gumofon/begginyou: to siem fachowo schiezefrenie nazywa. A gaz czuć bo śmierdzi gazem. Fin.
      Nadal spamujem, ale po kryjomu.

  • ~Dafne

    13.02.2014 at 17:59 Odpowiedz

    Na szczeście w szystko dobrze się skończyło. Brr, strach pomyśleć, jak mogło być! Serdeczności.
    okno2.blog.pl

Post a Comment