Ciążowy Pan Foch

Ciążowy Pan Foch

Rzym, około 40 lat p.n.e., Kleopatra spodziewa się pierwszych potomków z Markiem Antoniuszem. Gorąc jak jasna cholera, wachlujący niewolnicy mozolnie wiosłują liśćmi palmy nad czarną głową Pani.
– Marku… Maaaar – kuuuu! MAAAAREEEK! – krzyknęła Kleopatra nawołując Antoniusza do porządku a z ust potoczyła pianę.
– Słucham cię najdroższa – spokojnie odpowiedział Marek wchodząc do salonu a w pałacowym przeciągu powiała biała szata opasana złotym sznurem.
– Marku, po pierwsze strasznie tu gorąco, ci wachlujący idioci do niczego się nie nadają. Po drugie winogrona kwaśne, psiaki jakieś kupiłeś, wykręca mnie od samego patrzenia. Wysłać cie na targ tak się właśnie kończy, nie dość, że za drogie to jeszcze kwas jakiś. I prosiłam po dziesięć kulek na gałęzi a tu na każdej po dwanaście! Czy ja już w ogóle nie mogę na ciebie liczyć?! No na Boga, tzn. na Ra! Przecież to proste polecenie było tak? Tak.
– Kochana, ale co za idiota będzie teraz liczył kuleczki na gałązce, no zastanów się Misiu. Jak są kwaśne to kupię nowe, nic się nie martw, tylko się nie denerwuj bo się przenosi na dzidziusie nasze maleńkie.
– Srusie nie dzidziusie! Powiedziałam: Aleksander i Kleopatra. Przestań się tak pieścić bo mnie szlag trafia. Facet jesteś to idź poszukaj gdzieś swoich jaj bo chyba zostawiłeś w senacie. Pieniążki, gałązki, kuleczki, dzidziuś, sranie w banie! Co to w ogóle jest za słowo dzidziuś?! Oszaleje z Tobą Antoniuszu – złapała ciężki oddech i zaczęła płakać.
– No i czego ryczysz teraz? – przecedził przez zęby już z lekka podirytowany władca – przecież powiedziałem, że kupię nowe winogrona. Po dziesięć KUL na GAŁĘZI. Może być? – zapytał próbując załagodzić całą sytuację.
– Nic z tego nie będzie Marek – wypowiedziała spokojnie Kleopatra kiwając głową  i poprawiła idealnie podciętą grzywkę. – Denerwuje mnie jak mówisz, denerwuje mnie jak jesz, konia sam też nie poprowadzisz, wszędzie ci dupę wożą. Ja potrzebuje faceta a nie takiej cipy. Sorry. No trudno, bliźniaki wychowam sama, nie ja pierwsza nie ostatnia – wysmarkała nos w chustkę i wytarła starannie namalowane kreski, które od łez zdążyły się rozmazać i popłynąć po polikach.
– Boże. Dopomóż. – wyszeptał Marek pod nosem, odwrócił się na pięcie i grzecznie odmaszerował na targ po słodkie winogrono.
Brzmi znajomo? Ile takich dramatów musiało rozegrać się w historii świata, ilu walecznych mężczyzn powinno się odznaczyć wielkim, tłustym medalem? Chyba każda z nas ciężarnych przechodziła przez podobne piekiełko. W mniejszym lub większym stopniu. Nosząc brzuszysko wiecznie było coś nie tak. Za zimno, za gorąco, herbata za słodka, za gorzka, jak to bez cytryny?! Sam sobie to pij. Swoje fochy ciążowe pamiętam doskonale. Rozstawałam się z GG chyba z dziesięć razy wyprowadzając tego swojego biednego faceta z równowagi systematycznie kilka razy dziennie. Hormony miały używanie. Targały mną jak szatan. Już nawet nie wspomnę, że wiecznie płakałam użalając się nad swoim wyglądem bo to najmniejszy problem. Ja psychicznie byłam w stanie wykończyć Dalajlamę i wszystkich świętych na jednej imprezie. Kiedy już coś sobie wkręciłam to brak zrozumienia z drugiej strony był w stanie wyssać ze mnie mnie i wsadzić w moje ciało jakąś nową osobę. Wstrętnego, ciążowego trola z wiecznym problemem.  Z równowagi potrafiły wyprowadzić źle odstawione krzesła, walające się po przedpokoju buty, które GG zdjął z nóg dwie minuty wcześniej wracając z pracy, ton wypowiadanych z jego ust zdań, gestykulacja. – No na co tak machasz łapami do chooya pana, nie jesteś śmieszny, a jak się śmiejesz to dziwnie świszczy – nie śmiej się. – myślałam. Kiedy już hormonalne monsuny odpuszczały na piętnaście minut i wracała do mnie rzeczywistość rzucałam się chłopu na szyję i wręcz wylewałam swoją miłość na każdy kawałeczek jego ciała, przepraszając jednocześnie za stos bzdur jakie padły z moich ust wcześniej. Mina pana odpowiednia do sytuacji, brwi uniesione w niedowierzaniu a na czole migoczący napis „PSYCHOPATKA”. Później się już przyzwyczaił. Zazwyczaj kiedy moje nastroje zataczały kółko zaczynałam płakać  nad losem. Nad tym co się ze mną dzieje i że nie panuję nad niczym. Byłam jak Hulk z komiksów Marvela. Jedno źle wypowiedziane słowo, jeden durny gest za dużo i hopla. Rozrywałam koszulę na swojej piersi i wybijałam pół miasta. Przynajmniej tak to wtedy widziałam.  W całym tym fochowym szaleństwie był on – ojciec Rysi, dzielnie walczył żeby mnie nie skrzywdzić. Ja sobie po nim jeździłam a on biedy nawet nie mógł mnie rąbnąć. Medal za cierpliwość, medal za całe dziewięć miesięcy i za to, że się nie spakował rwąc włosy z głowy i że mnie nie zostawił. Co do zostawiania – Podczas ciąży przez głowę przeszło mi kilka rozstań. – No trudno, jakoś sobie poradzę. Przecież nie będę się zmuszać do tego wszystkiego – myślałam za każdym razem, kiedy opuszczałam po raz enty nieopuszczoną deskę w toalecie i prostowałam zmolestowaną tubkę od pasty do zębów Jakoś to sobie wszystko poukładam, mama sobie dała radę to i ja dam. Tak skrajne myśli odchodziły kiedy tylko pojawiał się na horyzoncie po powrocie po długiej nieobecności, kiedy przytulałam się i mówiłam – dobrze, że już jesteś, kocham nad życie. Jak szybko odchodziły tak szybko wracały – ciągły rollercoaster.
Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu cieszę się ogromnie, że daliśmy radę i że nikt nie wziął sobie do serca pospiesznie wypowiadanych, nieprzyjemnych słów. Patrzę na swoje dziecko i dziękuję, że jednak wychowujemy ją razem. Dziękuję, że hormony odpuściły zaraz po porodzie a w swoim mężczyźnie zakochałam się na nowo jak tylko zobaczyłam zaszklone oczy, kiedy trzymał Ryśkę na rękach pierwszy raz w szpitalu we flanelowym becie. Po tym doświadczeniu nadal została nadwrażliwość podczas patrzenia na reklamy, małe pieski i porody w telewizji, ryczę jak nienormalna kiedy się wzruszę a wzruszam się nawet mieszając zupę. Myśląc o powiększaniu rodziny nie martwi mnie tak sam poród, co ciążowe piekło Pana Focha, ale co tam! Na szczęście teraz już wiemy z czym to się je i najprawdopodobniej podejdziemy do tematu z większym luzem.  Drodzy Panowie, nie poddawać się. To minie.

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

11 komentarzy

  • ~Marzena

    28.05.2014 at 11:04 Odpowiedz

    Bozeee ile znajomych sytuacji,tez targal mna wkurw tyle razy ile musialam poukladac buciory,pozmywac gary albo poscierac blat po zrobionej nawet jeszcze nie zjedzonej kolacji 😉 dla mnie musialo to byc na juz teraz wykonane 😉 i zawsze slyszalam jedno powtarzajace zdanie…wez ty juz urodz bo nir mozna z toba wytrzymac 😀 ale 9 mies minelo,wytrzymalismy ciaze he jak i 8 lat calego zwiazku takie nasze zycie :p trraz od 2 mies cieszymy sie naszym malym wielkim cudem 😉 pozdrawiam i tak jak mowisz TO MINIE hehe

  • ~Gabi

    28.05.2014 at 13:38 Odpowiedz

    A u mnie przeszlo gladko. Przeciwienstwo calkowite. Moze to i dobrze bo moj maz to raczej tak wyrozumialy by nie byl 😉

  • ~kittek

    28.05.2014 at 14:09 Odpowiedz

    Dobrze wiedzieć że nie tylko ja sie nadal wzruszam mimo ze u mnie minęło DZISIAJ 18 miesięcy 😉 Dzisiaj płakałam jak w radiu leciała piosenka „Jestem Bogiem” – chyba nie pwinnam słuchac radia w samochodzie prowadząc bo to niebezpieczne 😉
    Co do ciążowych jazd hahaha mój mąż jest tak wyszkolony, że jak bylam w drugiej ciąży to na słowo KEBAB nauczony poprzednimi doświadczeniami od razu ubierał butki :)) hahaha
    A histeryczny płacz ktory mi sie zdarzał milion razy dziennie doprowadzał go do łez spowodowanych śmiechem, co mnie doprowadzało do jeszcze wiekszej furii więc on najpierw musial sie ogarnąć po to , żeby mnie utulić i uspokoić bo ja sama nigdy nie umialam 😉 Masakra – jeny jak ja sie bałam ze mi to do końca życia zostanie!!!!!!!!!!

  • ~Patrycja

    28.05.2014 at 19:06 Odpowiedz

    Juz myslalam ze tylko ja tak mam a tu prosze.. 🙂 super wpis

  • ~hartypia

    28.05.2014 at 21:37 Odpowiedz

    tak zgadzam sie z kazdym slowem chociaz ciazowe fochy mnie dopadly w dzien porodu to i tak jestem wdzieczna mej malzowine ze ze mna wytrzymal. i przy nastepnej ciazy bedzie latwiej:)

  • ~Kasia

    29.05.2014 at 07:26 Odpowiedz

    Fajnie tu. Macierzyństwo jakie jest każdy widzi 🙂 Warto tylko wspomnieć, że jest jeszcze coś bardziej hardcorowego…. Samotne macierzyństwo! Kobitka taka robi co może. Jest sterem, okrętem, żaglem, wiatrem i czym tam jeszcze, kotwicą se na przykład może być, lub pokładem i kołem ratunkowym. Bynajmniej nie o budowę statku tu chodzi. Chodzi o to, że Samodzielna (samotna brzmi nie fajnie) mama potrafi się rozerwać, rozdzielić i magicznie rozmnożyć. Po za trybem podstawowym praca-zakupy-dom-praca-zakupy-dom, potrafi też jednocześnie prać, sprzątać i gotować, a w głowie już planuje spacer z dziecięciem, obiady na najbliższy tydzień i umawia lekarza. Tu nie ma opcji, że przyjdzie tatuś jeden z drugim i przejmie Gada. W tej bajce to Gad mały, słodki czeka aż mama taka wróci z fabryki i pójdą na spacer. Nie, mama nie jest zmęczona, czym jest cały dzień łażenia przy maszynach 🙂 Ale jedno jest pewne – szczęście dziecka jest najlepszą nagrodą!

  • ~gumofon

    29.05.2014 at 18:36 Odpowiedz

    Marek pakuj dupsko w Markowóz,
    Mi po dziesięć kul na badyl dowóz, Pronto bo ci ścisnę Twe homonto,
    Tak, już lecę moja żonko.

    Tak się drodzy władzcy składa,
    Że to Kleo w zamku włada
    Biada wam prze-złote Pany
    Chciałeś dziecię, bądź karany 🙂

  • ~Kasia

    29.05.2014 at 23:15 Odpowiedz

    HAHAHAHA!!!
    Gumofon rules! 😉
    Post zajefajny. Chyba się zsikałam 😛

  • ~Strzyga

    30.05.2014 at 17:54 Odpowiedz

    Oj, do dziś pamiętam, jak przegięłam pałę, i mąż mój (narzeczonym wtedy zwany) wyjął z szafy torbę i warknął, że potrafiłabym do ostateczności wodę w rzece doprowadzić i on wypada.

    Ale był ryk…

Post a Comment