Baby boom Michasi: O ciążowych socjopatach.

Baby boom Michasi: O ciążowych socjopatach.

Zanim zacznę zanurzać się w komentarzach, że to co napisałam jest nieprawdą, bo Pani Kasia i Asia nie przeszły przez to samo, a przecież były w ciąży z siedmiorgiem dzieci, wytłumaczę, że poniższy tekst nie jest o normie zachowania kobiet spodziewających się dziecka. Jest jedynie chęcią otworzenia oczu niektórym nieświadomym matkom, że nie są potworami i niektórym zagubionym ojcom, że wszystko jest do naprawienia. To nie jest obraz każdej ciąży. To jest historia mojej i może Twojej.

Człowiek przez całe życie wpaja w siebie wartości zarówno na podstawie doświadczeń  jak i przemycanych przez różne źródła informacji  faktów i mitów. Co do ciąży to chyba najmniejsza niespodzianka, że według wyrobionej przez świat szeroki famy powinna być niezwykle duchowa. Powinna wciskać matce skrzydła w plecy, unosić napuchnięte nogi minimum pięć centymetrów nad poziomem dywanu, a ojca dziecka stawiać obok niej jak Anioła Stróża całej zabawy, który dzielnie głaszcze inkubator  po plecach, poprawia włosy za uszkiem i szepce co pięć minut „kocham was”. Ten wyidealizowany obraz was jako matek i ojców w zestawieniu z wybiórczą (podkreślam ponownie, wybiórczą) rzeczywistością wali waszymi głowami o ścianę jak szmacianymi lalami i karmi frustracją. Stawia tak dobrze zapowiadające się związki i relacje na skraju wytrzymania i cierpliwości, no ale jak to?! Przecież dziecko miało nas scalać, sklejać i dopasowywać gdzie jeszcze wystaje po centymetrze, a tymczasem wszystko pada na kolana.

Zachodząc w ciążę z Krystyną przeszłam przez średniej klasy piekło. Z jednej strony było to najbardziej chciane i z premedytacją zmajstrowane dziecko w Polsce, z właśnie „tym” facetem, we właśnie „tym” czasie, a z drugiej strony, w związku z totalnie dziewiczym terenem, na którym się znalazłam i z najbardziej nieznanymi uczuciami, jakie mną szarpnęły,  największym emocjonalnym rollercoasterem życia. Ekstaza, że jest i histeria, że padłam ofiarą nieprzemyślanej decyzji, że pospieszyłam swoje działania, że nie przemyślam wszystkiego wzdłuż i wszerz, a teraz zostanę z tym sama, bo najprawdopodobniej rozejdziemy się zanim przyjdzie nam się pozabijać. Zamiast puszczania motylich bąków i rzygania tęczą stałam się ciążowym socjopatą. Nie tylko dla Niego, tego, który stał obok mnie najbliżej, ale dla każdej jednej duszy, która napatoczyła się po drodze. Irytowało mnie w Nim absolutnie wszystko. To jak patrzył i jak nie patrzył, to jak unosił rękę i ją opuszczał, co mówił i to jak milczał, kiedy  wymagałam potoku słów.  Najmniejsze „przewinienie” było zapalnikiem do pokaźnej kłótni. W ciąży nienawidziłam ludzi, ich pierdolenia, historii opowiadanych zupełnie życzliwie i normalnie potrzebnie. Wtedy nie mogłam ich znieść. Nie mogłam udźwignąć  tego, że ktoś do mnie dzwoni, nie mogłam udźwignąć, że nie dzwoni. Mapa myśli była jedną wielką sinusoidą. Zaczynając od depresji, pouczania i niezrozumienia poglądów innych, do szczytów, w których otwierałam oczy ze zdumienia, że stałam się taką suką, przepraszania na prawo i lewo za swoje zachowanie. Tu się można śmiać z rozhisteryzowanych matek płaczących na reklamie szamponu, ale na dłuższą metę tej hormonalnej sieki dopada człowieka totalne wyżucie, zmęczenie i bezsilność. Chcesz być inna, a zupełnie nie wychodzi. Co się stało, że wczoraj kochałam Go nad życie, a dzisiaj pokazuję mu drzwi i mówię pewnym tonem „cześć i czołem, nie wracaj”. Dlaczego dzwonię do matki i przepraszam, że nic z tego nie będzie, że drogi nam się zagubiły, drzwi pozamykaliśmy sobie przed nosem.  Moja głowa i umiejętność rzeczowego myślenia zostały na tych dziewięć miesięcy poszatkowane jak kapusta. Zmięte jak kartka i wyrzucone do śmieci. Nie było racjonalnego myślenia. Jako rasowy socjopata dbałam jedynie o sobie. Było mi źle, a cała reszta latała mi skromnie koło dupy, reszta miała się dostosować i koniec.

Urodziła się cała i zdrowa we wtorek w południe. Cały czarny parasol, który zawisł nad moim, nad naszym domem zwiał chyba porodówkowy przeciąg. Nie było nawet wspomnienia tej nienawiści, wahań i niepewności. Przeszliśmy przez najgłębsze i najciemniejsze odmęty oceanu, stawiając sobie na drodze wizję ciąży idealnej a meta, która przeszła moje najśmielsze oczekiwania zawiązała między nami sztamę. Żadne z nas nie przewidziało, że nie będziemy książkowym przypadkiem, co wyhodowało to okropne uczucie rozczarowania rzeczywistością. Spadł mi z serca głaz i z hukiem rozgonił bzdury, jakie kłębiły się w głowie. Zakochałam się na nowo dwunastego listopada i wtajemniczyłam w kolejne ciasne zakamarki samej siebie.

Po co właściwie o tym piszę?

Spodziewam się kolejnego dziecka. Wpadłam do tego samego worka misia socjopaty z tą różnicą, że nie jestem w nim pierwszy raz i jestem mądrzejsza o poprzednich trzydzieści osiem tygodni obaw. Wiem, że na końcu czeka nas tłusta nagroda i że to, co teraz mną miota jest przejściowe. Tłumaczę sobie więcej, wiem co, jak i dlaczego. On też za co mu dziękuję, bo cierpliwość, której i tak już mało nam zostało,  w tym przypadku utrzymuje się na stabilnym poziomie. Piszę o tym, bo niektórzy z was stoją w tych butach pierwszy raz i pewnie nie spodziewają się, że z takiego dołka naprawdę da się wygrzebać, znowu zacząć stawiać mocne domy na solidnych fundamentach. Ile ja się nasłuchałam komentarzy o byciu niewdzięczną kobietą, której życie niedostatecznie doświadczyło, kiedy mówiłam szczerze, że ciążę znoszę źle. Ile mądrych głów wiedziało lepiej, że nie powinnam tak czuć i że każdy normalny, zasłużony rodzic lata po domu w spazmach zachwytu na wysokość  lamperii. Gówno prawda. Nikt nie może wiedzieć za was lepiej.

Całe to socjopatyczne doświadczenie nie zrobiło ze mnie gorszego rodzica. Miałam prawo przejść wszystko po swojemu i wy też macie taką możliwość. Nie wpychajcie się na siłę w wyrzuty sumienia. Ojcowie, Panowie, Mężowie – w was siła. Wy musicie wykazać nadludzką wyrozumiałość i przede wszystkim cierpliwość. Żadna z kobiet nie tapla się w zachwycie zachowując się w ten sposób. Mało tego, podejrzewam, że oczy otwiera jeszcze szerzej w panice, jaka jej wcześniej nie spotkała. To jest prawdziwa Księga Dżungli, tu trzeba o siebie walczyć. Walczyć o swoje dzieci i normalną przyszłość.

Mocy przybywaj.

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

23 komentarze

  • ~Paula

    25.09.2015 at 22:59 Odpowiedz

    Kochana Ty moja. Ja ciążę zniosłam tak ze nie jedna mogłaby mi pozazdrościć. Zero płaczu smutku sto pytań Nie wiadomo do kogo. Ale żeś jedna ważna rzecz napisała w Was Panowie siła. Nawet nie wiecie jakie zmiany zachodzą w kobiecie podczas ciąży. Jak wiele sie zmienia. Jak ona sama się zmienia. Mamo Rysiowa mocno Cię ściskam !!

    • ~Tanin

      02.10.2015 at 07:39 Odpowiedz

      Myśmy to przeżyli dopiero po porodzie. Rzeczywistość umie dopaść zawsze i wszędzie. Nie skończyło się po 9 miesiącach, bo po porodzie brak juz „przełomów”. Skończyło się po prawie 3 latach w poradni małżeńskiej. Dziękuje Bogu, bogom i wszystkim siłom natury za jedna, że zdążyliśmy.

  • ~aga

    25.09.2015 at 23:00 Odpowiedz

    no po prostu: ich liebe Dich!

  • ~see

    25.09.2015 at 23:05 Odpowiedz

    jak tylko Cię gdzieś spotkam na spacerze to usciskam do utraty tchu! napisałaś dokładnie to o czym myślę. My też drugi raz w oku cyklonu. W trudnych chwilach powtarzam sobie, że na 99% ostatni.

  • ~Karolina

    25.09.2015 at 23:05 Odpowiedz

    Ja nie przechodziłam aż takiej wichury , za to , po porodzie dorwało mnie baby blues. Najgorsze było to , że nikt mnie nie rozumiał. A ja chciałam skakać z 4 piętra. Dlatego rozumiem każdą kobietę , i tą która źle znosi ciążę , i tą która karmi butelką a nie piersią a nawet tą która miała cc.
    Mamo Rysiowa , życzę Ci dużo zdrowia i cierpliwości. Wiesz już z czym to się je i Twoj mąż też , więc teraz będzie łatwiej 🙂

    • ~ja

      26.09.2015 at 10:09 Odpowiedz

      O tak, baby blues i skoki z 4 piętra… To był hormonalny koszmar!

  • ~MamaJana

    25.09.2015 at 23:12 Odpowiedz

    O matko i córko! Prawda to!
    Do dnia dzisiejszego przez 3 lata już niemalże zastanawiam się jakim to cudem/narkotykiem/hipnozą/pomieszaniem zmysłów mój Pan Mąż wytrzymał ze mną te prawie 35 tygodni. No nie wiem za cholerę. Byłam porworem. Oj nie ma co ukrywać. To o czym piszesz przy mnie było tyciutkim Smoczkiem Wawelskim. Ja byłam wielkim, przerażającym tyranozaurem. Albo innym takim.
    Pewnie Pan Mąż pójdzie od razu do nieba, bo piekło ma już za sobą.
    Pozdrawiam i spokoju Wam życzę. Wszystkim czworo.
    P. S. Aż się boję pomyśleć co to będzie jak uda nam się nareszcie zaskoczyć drugi raz. W ZOO mnie zamkną obok innych niebezpiecznych zwierząt jak nic.

  • ~sienka47

    25.09.2015 at 23:12 Odpowiedz

    Ja w pierwszej ciąży tak dałam małżowi popalić ,że na dziesięć lat miał po kokardki i twierdził,że drugiej już nie udźwignie.
    Udźwignął a jakże 🙂 Tylko, że ja już miałam inne podejście ,może hormony mi tak bardzo nie szalały a może byłam dojrzalsza. W pierwszej ciąży sugerowałam się przeżyciami innych, a w drugiej może przez mega pozytywne podejście do wszystkich aspektów tego stanu włącznie z porannym rzygiem 😉 chłonęłam ten czas pełnymi garściami bo kolejnej ciąży już raczej nie będzie. Pozdrawiam

  • ~Paula

    25.09.2015 at 23:19 Odpowiedz

    To o mnie! Przeżywam swoją pierwszą ciążę okropnie, zdaje sobie sprawę ze dla otoczenia jestem też potworem ale boję się… i ten remont w mieszkaniu wkurza! I strach a jak to nie minie?

  • ~nie-matka

    26.09.2015 at 00:00 Odpowiedz

    śledzę losy Krystyny i rodziny po cichutku, ukradkiem rzec by można od dłuższego czasu. i choć zdecydowana większość notek napawa mnie przerażeniem, to jednak absurdalnie z lektury większości z nich wychodzę z przekonaniem, że może jednak warto, że może jednak da się ten huragan jakoś przetrwać… matko Rysiowa, czy zdajesz sobie sprawę ze swej siły motywującej? może czas zacząć na tym zarabiać? 😉 zamiast in vitro – krystyno, nie denerwuj matki! 🙂

  • ~omar

    26.09.2015 at 00:46 Odpowiedz

    Kochana. Ja pierwsza przeszlam dobrze ale kolejne juz tak jak Ty. W dodatku nadczynnosc tarczycy przy obu. Myslalam ze umre a maz zeby zaciskal i masowal godzinami zbolale nogi i plecy. Wysluchiwal narzekan i ocieral lzy. Tylko po 3 porodzie juz mi ta zlosc nie przeszla a wrecz przeciwnie. Narastala. Tak juz jest… Bywa. Depresja poporodowa. To juz ponad rok a ona nadal tu jest. . nie wiem czy to ja nauczylam sie z nia zyc czy moi bliscy nauczyli sie ze mna, ale dajemy rade. Bedzie dobrze. Nie win sie. Tak juz mamy, kobiety. Ale jestes silna i Twoje love tez wiec moze sie nie pozabijacie 😉

  • ~mimbla

    26.09.2015 at 06:45 Odpowiedz

    Jeden,drobny szczegół… Ślub. Tfu, tfu!

  • ~mimbla

    26.09.2015 at 06:47 Odpowiedz

    I że ci ją robię o szóstej rano w sobotni ranek w kuchni…? Ściskam krew po morderstwie…

    • ~mimbla

      26.09.2015 at 11:05 Odpowiedz

      Ścieram… Te poranki….

  • ~alex

    26.09.2015 at 07:51 Odpowiedz

    Kurde tak czytam i czytam…. Nalezę do tych, które cudownie znosiły ciążę, tak jak napisałaś latałam parę centymetrów nad ziemią, a mój małżon to z tych głaskających i czule mówiących do brzusia. Zdarzyło się kilka szarych chwil, ale to nic w porównaniu do twoich odczuć. Jakie to niesprawiedliwe, że tak jest 🙁 bardzo współczuję wam kobietki, że nie było wam dane i podziwiam, że pomimo takich odczuć decydujecie się kolejny raz, bo ja jakoś nie mogę. Mnie było ciężko po porodzie, babyboom mnie dopadł i z tej euforii nic nie zostało.Do tego jeszcze problemy z karmieniem i non stop płaczące d
    dziecko….boję się, że drugi raz tego nie zniosę i wyprzedaję już rzeczy po małej. Produkcja zamknięta! Trzymaj się mocno!!!!!

    • ~Kaśka

      28.10.2015 at 14:47 Odpowiedz

      Miałam tak samo z pierwszą ciążą. Po porodzie depresja, płakałam ja i mała, problemy z karmieniem, kryzys w małżeństwie- koszmar. Po 7 latach dopiero zdecydowaliśmy się na drugie dziecko. I… różnica diametralnie. Ciąża bardzo ciężka, ale po porodzie czułam się wspaniale! Wiedziałam już czego się spodziewać, wrzuciłam na luz i jestem superszczęśliwą mamuśką dwójeczki.

  • ~aś

    26.09.2015 at 12:57 Odpowiedz

    Ja obie ciąże znosiłam dobrze (no może poza krótkim epizodem wymiotów w drugiej ciąży ) ale po obu porodach masakra…przy pierwszym wyłam, że sobie nie poradzimy i żepoconamtobyło 😉 przy drugim wyłam, że z dwójką to już na pewno sobie nie poradzimy, że starszakowi dzieciństwo zmarnowałam (starszak miał 1,5 roku gdy pojawiła się młodsza), i żepoconamtobyło 😀

  • ~lavinka

    27.09.2015 at 16:11 Odpowiedz

    Ja miałam to szczęście, że emocjonalnie z początku byłam bardzo zen. Co prawda ciąża nie była planowana, więc trochę byłam wystraszona, ale to szybko minęło. Dopiero pierwsza wizyta w szpitalu sprawiła, że wszelkie dolegliwości typu bolący żołądek czy początki rwy kulszowej – zniknęły z mojej głowy. Całkowicie wypełnił je strach o dziecko i jego życie. Pół roku codziennych wieczornych skurczy, które mogą się skończyć przedwczesnym porodem. Pół roku pukania się w brzuch, żeby dziecko łaskawie się ruszyło, a więc udowodniło, że jeszcze żyje. Ciąża była piekłem, ale ja raczej byłam dla otoczenia miłym człowiekiem. Nie mam w zwyczaju odreagowywania na innych na szczęście. Ciężki poród to była w zasadzie nagroda, dziecko było uwolnieniem od męki noszenia go. Taaak, osobno było nam zdecydowanie lepiej. Może dlatego nie było też rozczarowania. Nie wiem skąd się biorą pomysły o metafizyce porodu i pierwszych dniach po. Dla mnie to czysta fizjologia, kurczenie macicy, wymiana zakrwawionych podpasek przez kilka tygodni i wreszcie spokój, że człowiek ma to za sobą.

  • ~Mama3

    28.09.2015 at 14:05 Odpowiedz

    Pisz Kobieto – pisz jak najwięcej!!
    i uwierz mi – jesteś głosem tak wielu z nas:)
    pozdrawiam bardzo serdecznie

  • ~Twoja bezczelna pewność jutra

    29.09.2015 at 09:53 Odpowiedz

    Przepraszam, ale skąd wiesz, że „na końcu czeka was tłusta nagroda”?

  • ~Femifertil

    05.10.2015 at 15:18 Odpowiedz

    jestem szczęśliwa mogąc czytać szczere wpisy. ja rzygam fałszem i próbą podobania się innym, jaka tak często gości w innych, coraz częściej w naszych czasach.
    Dziewczyny, czy wiecie, że weszła w użycie aplikacja na smartfony, w której można oceniać innych ludzi? ludzie dają innym ludziom ilość gwiazdek… koszmar

    powiem tak: jak czujesz się okropnie, to przecież wiesz, że jesteś jednostka indywidualna, a hormony grają Ci na nosie, pisz, pisz
    Joaśka

  • ~ksieńka

    09.10.2015 at 11:21 Odpowiedz

    Ciąże znoszę dobrze może dlatego że dbam o siebie. Na początku czułam się źle i ciągle płakałam. Chyba najgorsze byly te nudnosci. Lekarka zaleciła mi prenatal uno z imbirem. Jak rzyganie przezszlo, to nastroj mi się poprawił. Teraz już trzeci trymesrt, chwala Bogu 🙂

  • ~Agata

    23.10.2015 at 07:55 Odpowiedz

    Ja wszystkim polecam ciążę i stany około ciążowe. Sama super przeszłam ciążę, zero huśtawki, spazmow. Poród to cc ale szybko doszlam do siebie, dziecko super! W pierwszym tyg juz spala po 6-7h, chętnie przeszła na mm. I tylko boje sie ze kolejne dziecko moze mocno zweryfikować moja wiedzę i doświadczenia. Narazie plany na przyszłość nie przewidują kolejnego dzieciątka, choć przy każdym napotkanym bobasie czuje jak mi cycki nabrzmiewaja

Post a Comment