Czas dla matki i samotnia na Dolnym Śląsku.

Czas dla matki i samotnia na Dolnym Śląsku.

W życiu takich jak ja ciężko odnaleźć balans. Bierzemy sobie na głowę kilometry zadań, a później kuśtykami wiecznie ranni, kiedy od szybkiego kroku obcierają się palce w butach. Ja mam tę przypadłość. Chcę robić wszystko i dla wszystkich. Być w domu, ale w nim nie bywać wcale, rozwijać się, ale i osiąść. Nie narażać dzieci na niewygody, a później brać ich wszędzie. Niech wiedzą i czują do jakiej prędkości zdolne jest się rozpędzić ciało.

 

O duszy nie wspomnę. Dusza jest już dawno z przodu.  

 

Czasem uciekam i szukam sobie samotni. Nie boję się zostawić domu bo wiem, że jest w dobrych rękach. Na pytania: „co robisz z dziećmi w tym czasie?” odpowiadam – mają dwoje rodziców. Składam wtedy w sobie rozszarpane kawałki pochodzące ze spontanicznych pomysłów i w miejscach takich jak to; zielonych aż bez skali,  nasyconych dźwiękami, ale i zaklętych w ciszy – odpoczywam.

Tak. To są zrywy od dzieci i domu, ale od złych dezercji różnią się tym, że ich pejoratywny charakter zmienia się na terapeutyczny. Wyjazdy w pojedynkę nie są straszne. Czasami dają nowe możliwości i spokój, upragniony przez wszystkich. Dbanie o siebie nie jest zaniedbywaniem rodziny. Zanim zostałam funkcjonariuszem macierzyństwa, małżeństwa i pracy – byłam po prostu kobietą. Tęsknię do bycia swoją własną przyjaciółką. Chciałabym czasem wrócić do siebie.

 

Ostatnie miesiące przyniosły tempo, którego nie znałam wcześniej. W tym samym czasie kończyłam kilka projektów, które były wręcz jak na mnie szyte. Spraw tak sexy, że nie było mowy o odpuszczaniu. Z tego ten najważniejszy, który pochłonął rok życia – druga książka. Rozmowy, rzetelne słuchanie, zapisywanie i interpretacja, przeplatane codziennością; obiadami, przedszkolami, wyjazdami do pracy i powrotami z niej.

 

Coraz mniej sypiam. Coraz więcej marzę co jeszcze ze sobą zrobić i na co mnie stać.

 

Ostatnie akapity pisałam we Wrzosówce <KLIK>. Dużym, poniemieckim folwarku schowanym na dolnośląskiej ziemi, którego gospodarzami  jest ponad trzysta owiec, dwa osły i inne futrzaste piękności. Kotów nie zliczę. Zielona rzeka ciszy i spokoju, zamknięta za pięknymi, drewnianymi okiennicami przyjęła mnie ciepło i już od wjazdu, od pierwszego wdechu oznajmiła „uspokój się, oddychaj”. Śmiałam się z zagranicznych filmów, w których autorowi do pisania potrzebny był osobny pokój na poddaszu i wieś, tymczasem głos Pani Tosi, która oprowadziła po posiadłości i oczy jej wiecznie uśmiechnięte, zmrużone, były dokładnie tym przystankiem, do którego zmierzałam ponad czterysta kilometrów.

 

Widoki we Wrzosówce i uwielbione okiennice

 

Pościel, wybory i własne towarzystwo

 

Rzuciłam torby na sofę i ściągnęłam niedbale buty. Położyłam się na białej pościeli i gapiłam w sufit. Zza uchylonego okna przekrzykiwały się zwierzęta. Gdyby ktoś spróbował zakwestionować wtedy moje wybory i podejmowane wyzwania, lub chciał oceniać, jakim prawem matka opuszcza dzieci na kilka dni w poszukiwaniu ciszy, uśmiechnęłabym się lekko i zaprosiła do podobnego wyzwania: – Zrób to, zrób jak ja, a później wróćmy do rozmowy. Reset należy się nam jak powietrze i nie wolno przed nim uciekać. Warto od czasu do czasu porozmawiać ze sobą szczerze. Pobyć tylko we własnym towarzystwie.

 

Apartament „Zimowy Las” i SPA

Strona za stroną zmierzałam do końca opowieści zamkniętych w nadchodzącej książce. Wyciągnięte nogi w folwarkowym jacuzzi i widok na Sudety wklejały na twarz szeroki uśmiech. Długie spacery z aparatem fotograficznym przekonywały mnie do pomysłu ucieczki i do miejsca, w którym czułam się bajecznie. Gdyby nie zawodowe powinności i fakt, że o Wrzosówce dowiedziałam się dzięki konkursowi Polskiej Organizacji Turystycznej <KLIK>, pewnie nigdy bym tu nie trafiła. W serpentynach ulic i w zasłonach traw, które zawładnęły Dolnym Śląskiem stoi perła gospodarza Niemca, lenno Hrabiego Szawgocza, z pierwszą datą na więźbie – 1911. Magia.

 

Wjazd do Folwarku i wejście do domu

Ludzie i ich miłości

 

Pan Adam, pracownik, który zajmuje się tu wieloma sprawami, głównie technicznymi, opowiada o ojcowiźnie ze szczegółami. Wspomina właścicieli, przejęcia posiadłości, pożar wozowni. Nie oszukuje, że bywało ciężko, kiedy krajem targały wojny i nie lepiej, kiedy dom kupili obecni właściciele. – Pani droga, tu była ruina. Oni to wszystko stawiali od zera... Kiedy opowiada ile włożono tu pracy, ile rzeczy się zmieniło i na jak dobrze – błyszczą mu się oczy. Kolejny człowiek z niesamowitą pasją i sercem do rzeczy niematerialnych. Wspomnienia powinny być przecież pieniędzmi tego świata.

 

Ruiny niemieckiej wozowni, podpalonej w XX wieku przez ostatniego właściciela

Podróże kształcą na wielu płaszczyznach. Ta oprócz potrzebnego spokoju dała poznać kolejnych pasjonatów, ludzi przede wszystkim silnych na tyle, żeby ryzykować. Nie ma dwóch żyć i nigdy ich nie będzie, a jeżeli chcemy kiedyś walczyć o marzenia, to teraz jest czas. Lepszego nie będzie. Asi i Kamilowi, którzy wkładają w ten eden całe serce dziękuję. Za drzewa zielone, pyszne śniadanie, pachnącą pościel, przyjaciela osła, co chciał się tulić godzinami i ostatnie zdania książki, na którą czekałam mocniej niż na inne. Pani Antosi i Panu Adamowi – za poświęcony czas i dużo uśmiechów. Do Wrzosówki zapraszam z całego serca. Więcej szczegółów o moim pobycie w relacji na Instagramie tutaj: <KLIK>, a poczynania właścicieli można podglądać na Facebooku tutaj: <KLIK>. Książka „Krysia. Mała książka wielkich spraw.” już 30 października w księgarniach. Sięgając po nią pomyślcie ciepło o owcach i górach z dolnośląskich pól…

 

Budynek SPA, własne przetwory i sad                    

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

1 Comment

  • @witek_ewa

    12.09.2019 at 15:39 Odpowiedz

    Uwielbiam Twoje pióro Michalina. Uwielbiam również twoje poczucie humoru, twój sposób mówienia, opowiadania, podejścia do wielu spraw. Musisz być wyjątkowo pięknym człowiekiem …I wiesz o którym organie mówię 😉

Post a Comment