Jak Helena Kolodziey.

Jak Helena Kolodziey.

Postanowiłam sobie. Od dzisiaj jestem inna. Wyszło słońce, trawa chlupie wręcz zielenią, mam słomkowy kapelusz, umalowane paznokcie, nie mogę wiecznie być osiedlowym prymitywem. Skoro już odgrodziłam swoje włości od betonowej ulicy miasta, przęsłami drewnianymi z Castoramy za dwadzieścia siedem złotych, warto byłoby odkryć nogę, kawałek piersi, może zmienić wyraz siebie z twarożka wiejskiego na ostry heban albo brąz bliskiego wschodu. Opalę się. Zrobię sobie wody z pomarańczą, figlarnie nasypię lodu i wcisnę dwie, grube słomki zamiast papierowego parasola. Nie mam parasola dziś. Niedopatrzenie okropne. kupując słomkowy kapelusz palemkę do drinków powinni dawać w gratisie, tak myślę, ale co ja wiem o przedsiębiorczości. Dawno nie byłam nawet w markecie, bo zbliża się dzień dziecka i jakiś specjalista od marketingu sprytnie zawalił przejście na wędliny zabawkami, a ja próbując resztką sił odciągnąć dziecko od Barbie Rokowej księżniczki, za równowartość  egzotycznego zwierzęcia z przemytu, poddaje się i tracę cierpliwość przy klapkach japonkach, używam słownej perswazji przez zaciśnięte zęby,  a każdy zakup mielonego na wagę okraszony jest łzami dwulatki ze specyficznym wyrazem w oczach:  dlaczego jestem taką suką i nie kupiłam nowego pet shopa, wielkości paznokcia u stopy. Nie kupiłam, bo musiałabym sprzedać dwie krowy, kurę i CB radio męża, z którego to nie korzysta, ale zostawił na czarną, finansową godzinę. To definitywnie nie jest ta godzina.

 

Ale do rzeczy.

 

Siedzę w ogrodzie jak Alexis. Słomkowy kapelutek podryguje na lekkim wietrze, kostki lodu obijają się głośno o moje krzywe zęby, które miałam naprawić w tym roku, tak sobie noworocznie postanowiłam, ale kto by pomyślał, że Grzesiek skasuje auto i całe oszczędności, zamiast prostej szuflady będą krążyły wokół w miarę sprawnego auta, młodszego niż Krystyna Janda. Paluszek na szklance wyginam, unoszę, nogi skwierczą wręcz w słońcu, Boże jaki poziom utrzymuję od rana, to sama się sobie dziwię. To ewidentnie nie jest impreza dla byle kogo, to jest taki mój posh spice lunch time. Jestem Helena Kolodziey i Kinga Korta w jednej odsłonie. Bardziej Kolodziey, Korta nie piła tyle szampana. I myślę sobię, tak jest cudownie, nie przeklęłam już od kilku godzin, zaraz nie wytrzymam, i niesiona chwilą puszczę Grzegorza Turnaua, albo oszaleję do reszty i pośpiewam patriotycznie z Jackiem Kaczmarskim. Jezusie Niebieski, uspokój się myślę nagle, bo cię sąsiedzi, dzieci, męże nie poznają. I już miałam wstawać, kable rozciągać, „żeby Polska była Polską” w takt tego wstawania pod nosem mi grało, „między ciszą, a ciszą” Grzesia liście na drzewach łaskotało. Taka byłam uniesiona. Tak już, jak rusałka po tej trawie sunęłam…

 

Zaszło słońce.

 

No pewnie. Zaszło, bo nie musiałam zmywać, prać, odplamiać, zakupów z bagażnika Opla, co w środku chyba z pięćdziesiąt stopni normalnie łapie na parkingu Lidla wyciągać, ale dzisiaj nie, nie złapie, bo właśnie zaszło słońce. Normalnie świeci, dzisiaj zaszło. Gdyby nie fakt, że obiecałam sobie poziom trzymać, to nazwałabym rzeczy brzydko.  Ale nie teraz, bo teraz jestem do wyższych rzeczy stworzona. Ja się dzisiaj nie dam.

 

 

 

Wtem, kiedy tak zastygłam  zastanawiając się, czy dzisiaj jeszcze wypalę nogi w tropikach łódzkiego, głos zza wysokiego żywopłotu zdał się współgrać z moim żalem do świata, że mi nie w te nuty gra i że w sumie to ja się gniewam. I tak cały romantyzm Grzesia Turnaua, liryczność słów piosenki jego i nastroju, podsumował strapiony sprawą przechodzień, zza bluszcza willi mojej rzucił od serca: – Już się musiała jakaś kurwa wredna,  chmura przypałętać. Aaaa,  jebał pies takie słońce. Świst opadającej w dezaprobacie ręki jego, było wręcz słychać w stereo. Chyba mu obie opadły jednocześnie. Kapelusz mi wymownie z głowy odfrunął. Panie! Nasi! Nasi tu byli! Uratowani, uratowani jesteśmy! Patrz Matko, bocian…. jak on żyje to znaczy, że my też możemy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

It\'s only fair to share...Share on Facebook518Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

13 komentarzy

  • Anka

    23.05.2016 at 14:38 Odpowiedz

    Jacek to był Kaczmarski a nie Kaczmarek 🙂

    • MamaRysiowa

      23.05.2016 at 14:44 Odpowiedz

      słuszna uwaga.

  • Dziubasowa

    23.05.2016 at 14:49 Odpowiedz

    To mi przypomniało jak kiedyś sunęłam przez miasto uniesiona piękną wczesną złotą jesienią. Poczułam mrowienie w dolnych ósemkach z nadmiaru kultury i zachwytu światem. Prawie się zachłysnęłam, kiedy usłyszałam ciche śpiewanie jednego z robotników siedzącego na rusztowaniu zaczepionego do jednej z kamienic: „Tu cicho-sza! Tam cicho-sza!” – Odpływam, zamykam oczy, jest bosko i widzę światełko w tunelu, unoszę się nad ziemią w anielskiej ekstazie, takie to wszystko razem skomponowane…kiedy pan robotnik kończy „Chodzi kutas w bamboszach, heheeeeee!”.
    Także I know what you mean 😉
    Słońca! 🙂

  • Janina

    23.05.2016 at 15:09 Odpowiedz

    „Kurwa wredna, chmura”. O MÓJ BOŻE, JAKIE TO DOSKONAŁE.

    • MamaRysiowa

      23.05.2016 at 15:44 Odpowiedz

      Janina! Gwiazdo nieba mego internetowego! Bądź pozdrowiona!

      • Janina

        23.05.2016 at 18:08 Odpowiedz

        To znów ja. Wciąż się nie przestałam śmiać z tej chmury. Przyszłam powiedzieć, że wymyśliłam, że jakby poliszbrand miał taką koszulkę, taką z napisem: „jakaś kurwa wredna, chmura” to totalnie bym nosiła.

  • Karolina

    23.05.2016 at 16:09 Odpowiedz

    pewnego lata dwaj panowie, którzy u sąsiadów łopatami robili „ogrodową rewolucję” za 60 tysi, po całym dniu harówy w skwarze ponad 30 stopni, śpiewali chórem: „wszyscy mamy źle w głowach, że żyjemy… hej hej lala lala hej hej…”

  • kakarokoliki

    23.05.2016 at 19:45 Odpowiedz

    padlam 😀

  • sylwiavcha

    23.05.2016 at 22:45 Odpowiedz

    Znam ten bol, a najgorzej jest jak np kobietki na ogrodzie od godziny się praza, a ty tylko cos dokonczysz i juz będziesz na naftę jechać z nimi…wjezdzasz na ogród spocona vbo targasz ze strychu leżał rozkladasz kladziesz się i właśnie ta jebana chmura…one wiadomo ze mahon a ty potowki miedzy cyckami. Pozdrawiam

  • Danny

    24.05.2016 at 08:34 Odpowiedz

    Chyba założe radiowęzeł w firmie i będę czytał Twoje wpisy, bo żal mi tych ludzi którzy nie znają tego bloga:) Perfekcyjne ujęcie rzeczywistości.

  • Dziubasowa

    24.05.2016 at 11:55 Odpowiedz

    O! Potówki! To mam! Zawsze od opalania! A jak już przytargam i usiądę to wszystkie owady nade mną krążą i kończy się tym, że uciekam do domu przed jakąś nienormalną osą.
    Tak btw. tak myślę i myślę, kto to ta Kolodziey i nagle oświecenie nadeszło – żony Holiłudu! Oglądałam kiedyś jak kandzioł nie pozwalał zasnąć – wtedy dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak aplikacja owulacji! Albo owulacja aplikacji…whatever. Potem uslyszałam, że na Aj-Waj Fonie są też testy ciążowe! Wyobrażacie sobie działanie? „Nanieś na ekran próbkę płynu ustrojowego i aplikacja powie ci, czy się spodziewasz/owulujesz” 😉

  • Agata - Pani Miniaturowa

    25.05.2016 at 15:41 Odpowiedz

    Yep. Ja to znaju. Mnie piętnastu chłopa w pracy dziennie ratuje przed popadnieciem…tfu, przed choćby próbą polizania odrobiny obycia i kultury…mądre słowa, przemyślenia, zarys nowej notki w głowie, wysłane zamówienie, kolejny mail wysłany, cięta riposta pod bloga przygotowana, wtem czuję zbliża się ona – złota myśl godna zanotowania…już prawie jest. Kiwa się chwiejnie na czubku języka, lecz wciąż nieuchwytna…

    -Ale jak to ku***a od 12?!!! Jak dostawy od 12?!!!
    – ma pan w dokumentach napisane te godziny…
    – co ku***a?!?!

    I wena, mądre słówka, złote myśli, wszystkie poszły się…kopulować 😛

Post a Comment