Pamiętam pierwszą miłość. Taką na śmierć i życie. Pamiętam. Miałam osiemnaście lat, on dwadzieścia jeden. Wtargnął w moje młodziutkie jestestwo, zakorzenił się i został. Był moim pierwszym i swego czasu najważniejszym, tym, do którego porównywałam wszystkich następnych i tym, na myśl o którym uśmiechałam się delikatnie nawet lata po zakończeniu związku.  Nie raz rozmawialiśmy przez telefon o tym co słychać, nie dwa pozwalaliśmy sobie na życiowe mądrości z kim być powinniśmy a z kim nie. Kiedy przywołuje wspomnienia z tamtych lat mam przed sobą gamę różnych uczuć, od skrajnego zakochania, po pierwsze rozczarowania, dlaczego właśnie dziś do mnie nie przyjechał? Przecież zrobiłam mu ciasto. Człowiek był taki młodziutki, naiwny, pełen wiary i bez grama doświadczenia. Pamiętam wyjazdy na działki różnego rodzaju, dalsze i bliższe,  w pamięci mam śpiewy przy ognisku, ucieczkę przed rojem pszczół, któremu właśnie przypadkowo rozbroiliśmy gniazdo. Średnio pływał, średnio tańczył, był zawsze w centrum wydarzeń, miał zero absolutne wrogów, człowiek orkiestra, do rany przyłóż. Mój P. Nasza historia trwała blisko trzy lata i pomimo tego, że wydawała się być tylko pierwszym zakochaniem – bardzo wiele mi dała. Nauczyłam się doceniać, wymagać, potrafiłam poszukiwać, stałam się wybredna dążąc do namiastki jego i namiastki niewinności jaką mieliśmy razem osiem lat temu.
Dziele się tym nie bez przyczyny. Sa takie dni, że ciężko mi o czymś pisać, ale wiedząc, że blog jest o moim życiu, czułabym jakbym pomijała bardzo ważny wątek, jakbym próbowała na siłę coś  przemilczeć nie dopuszczając do siebie pewnych  myśli. P po ciężkim okresie walki z rakiem, po wzlotach i upadkach, po chwilach beznadziejnych i po rzucanych jak ochłapy promykach nadziei, przegrał. W piątek, pierwszego dnia wiosny,  odszedł, umarł, w swoim domu, wśród rodziny. Zostawił za sobą tłum płaczących i niedowierzających ludzi, przyjacół, nas – jak to w ogóle możliwe, że Cie nie ma?! Oszalałeś, wracaj!
Ja miałam Ci jeszcze tyle do powiedzenia. Ale zawsze albo człowiek tracił zasięg, albo właśnie przyjeżdżał autobus i trzeba się było żegnać. Dzwoniłam do Ciebie ostatnio, spałeś, nie chciałyśmy Cie budzić z mamą, źle się czułeś. Teraz bardzo żałuję, że Cie nie ściągnęłam z tego łóżka.  Sto razy wolałabym dostać reprymendę, że wydzwaniam po nocach, niż bić się z  myślą, że nie zdążyłam. Bardzo  mi źle, przykro, wszystko niby takie realne bo przecież przygotowywałeś wszystkich na ten dzień, dzisiaj traci jakikolwiek sens.
Wyobrażasz sobie, że właśnie prasuje koszulę?  Nie na Twoje welsele czy chrzest Twoich dzieci, ubieram się, maluję, szykuję na Twój pogrzeb. Zupełnie jakbyśmy się mieli za chwilę zobaczyć i porozmawiać przy piwie. Nie mogę w to uwierzyć, moja głowa jest za ciasna na pojęcie tego co się stało i dobudowanie do tego sensownej ideologii, tak, żeby nie cierpieć a móc sobie tłumaczyć przez resztę życia, że tak być musiało i że teraz jest lepiej. Są takie chwile kiedy na prawdę człowiek nie wie co powiedzieć, co zrobić, żeby sobie pomóc, to jest właśnie ten dzień. Chciałabym jeszcze raz zagrać z Tobą i ojcem turniej w badmintona w Zofiówce, nie chciałeś mnie w swojej drużynie, o jaki zdziwiony byłeś kiedy wygraliśmy ja i tata. Chciałabym żebyś jeszcze raz pouczył mnie jak zmieniać biegi w starym Golfie i wyśmiał, kiedy nie dawałabym sobie rady. Chciałabym Cie jeszcze raz opieprzyć, że nie składasz ubrań. Chciałabym się do Ciebie przytulić od tak i życzyć Ci mnóstwa szczęścia i miłości. Teraz już nie mogę. Za późno.
Tym samym dziękuję Ci Kochany za lata beztroskiego, szczeniackiego życia, za tą moją młodzieńczą naiwność, za wszystkie  uśmiechy i łzy. Za Ciebie Ci bardzo dziękuję. A teraz idę włożyć buty i kurtkę, za chwilę wychodzę, żeby się z Tobą pożegnać. Chcę wierzyć, że jesteś wolny i szczęśliwy, gdziekolwiek poniósł Cię los.

It\'s only fair to share...Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone

6 komentarzy

  • ~Anna

    26.03.2014 at 13:04 Odpowiedz

    Przykro mi… Trzymaj się jakoś…

  • ~BonaLisa

    26.03.2014 at 14:45 Odpowiedz

    Współczuję

  • ~Ewel

    26.03.2014 at 18:21 Odpowiedz

    Nie wiem co napisać, bo żadne słowa w tym momencie nie ukoją smutku i bólu po stracie

  • ~anhela

    26.03.2014 at 19:02 Odpowiedz

    Trzymaj sie!

  • ~malenka

    26.03.2014 at 19:50 Odpowiedz

    półtora roku temu przezywałam dokładnie to samo, też z P.
    Mój P. był ze mną 3 lata szczenackich studenckich czasów. Potem nasze drogi się rozeszły, ale piwo raz do roku musiało być. W listopadzie dowiedziałam się, że P. przegrał walkę z rakiem, zostawiając żonę i dziecko. Dla mnie przygotowania do ślubu na jakiś tydzień przestały istnieć. Musiałam swoje przeryczeć, a narzeczony wykazał się zrozumieniem. Mimo to tydzień wyjęty z życiorysu. Przeżyj to po swojemu. Nikt Ci nie pomoże i nikt nie wytłumaczy. Najważniejsze, że czas naprawdę leczy rany. Trzymaj się matka!

  • ~Martyna

    26.03.2014 at 19:52 Odpowiedz

    Ten wpis taki inny niż wszystkie na tym blogu. I potwornie smutny.
    Popłakałam się, czytając niektóre zdania.
    Trzymaj się. Wiem, że słowa obcego komentatora niewiele dadzą, ale wierzę, że uda Ci się z tym uporać.
    Pozdrawiam i ściskam mocno.
    Martyna

Post a Comment